wtorek, 16 sierpnia 2016

Ao no Exorcist: Rozdział 4

Beta: Piegusek




Rozdział 4

Czarny jeep powoli piął się wąską, krętą drogą w górę zbocza, a siedząca na tylnym siedzeniu Rei zacisnęła zęby i, nieco panicznie, sprawdziła, czy pas na pewno da się odpiąć. Kiedy auto podskoczyło na kolejnym wyboju, chwyciła się uchwytu i zacisnęła palce tak mocno, że knykcie jej pobielały, a plastik zatrzeszczał w proteście.

- Co z tobą?- zapytał, siedzący po drugiej stronie, Rin.

- Nic.- wycharczała przez zaciśnięte zęby, zamykając powieki i oddychając głęboko przez nos.

- Rei panicznie boli się jazdy samochodami nawet po mieście.- wyjaśnił kierowca. Młody brązowowłosy egzorcysta, który przedstawił się jako Sakuya, kiedy odbierał ich z dworca.- Przynajmniej tak mówił kapitan.

- Jesteś z oddziału Tobiasa?- Młoda egzorcystka włączyła się do rozmowy, nie zmieniając jednak pozycji.- I co to w ogóle za zmiana lokalizacji? Nie podoba mi się to ani trochę.- oznajmiła zrzędliwie, a Rin ledwie zdławił uśmiech. Odkąd rozpoczęli podróż Rei upodobniła się do jakiejś wyjątkowo niezadowolonej z życia staruszki.

- Nic na to nie poradzę. Kapitan wolał informować dowództwo przez Kioto.- Kierowca spojrzał na nich w lusterku.- Swoją drogą sądziłem, że wyślą kogoś więcej niż dwójkę nastolatków.

- Mój oddział też jest w drodze.- oznajmiła dziewczyna i pisnęła głośno kiedy autem szarpnęło.- Jeśli się nie mylę dotrą dzisiaj, najpóźniej jutro. Ewentualnie ktoś zapłaci głową.- oznajmiła spokojnie, odzyskując rezon, chociaż w obecnych warunkach nie było to dla niej łatwe.

- Jesteś okropna, wiesz?- jej towarzysz uśmiechnął się wesoło, a ona zmiażdżyła go ostrym spojrzeniem czerwonych oczu.- I masz niepokojące oczy.

- Odwal się od moich oczu!- wrzasnęła oburzona, chwile później kuląc się, kiedy samochód zahamował nagle.

- Jesteśmy.- Sakuya przerwał tę wymianę zdań, a fioletowowłosa wystrzeliła jak z procy i zatrzymała się dopiero dobre dziesięć metrów od maszyny.- Ta to ma tempo.

Rei nawet nie spojrzała na samochód, pochylona, z rękoma opartymi o kolana i wielkimi haustami pochłaniając czyste górskie powietrze.

- Nigdy więcej.- wydyszała, a słysząc znajomy śmiech poderwała głowę. Nawet nie zauważyła kiedy podeszły do niej trzy osoby w mundurach.- Już tu jesteście?

- Dobry, kapitanku.- jako pierwszy przywitał się chłopak, z długimi do pasa włosami farbowanymi na platynowy blond, upiętymi w luźnego kucyka na karku. W jego brązowych, jak karmel oczach czaiły się wesołe iskierki, a usta wykrzywione miał w sarkastycznym uśmieszku.

- Ayato, szacunku trochę.- obsztorcowała go kobieta z ciemno-brązową czupryną i chłodnymi zielonymi oczyma. Przy pasie nosiła długą katanę.- Proszę wybaczyć spóźnienie, pani kapitan.

- Tylko, że tym razem to my byliśmy wcześniej, Mara.- zauważył wyraźnie najstarszy, ogolony na łyso, mężczyzna z blizną, biegnąca tuż pod spokojnymi szarymi oczami.- Miło cię widzieć, Kapitanie.

- Was tez bardzo dobrze znowu zobaczyć, Hideki.- uśmiechnęła się i wyprostowała plecy, ściskając dłoń każdemu ze swoich podwładnych- Muszę wam kogoś przedstawić.- rozejrzała się, po chwili marszcząc brwi.- Rin!- wrzasnęła na tyle głośno, że stojący najbliżej wzdrygnęli się, a Ayato przyzwyczajony, że to on zazwyczaj pada ofiarą wrzasków swojej kapitan odskoczył w tył.

- Jestem. Rany Rei, niezłe masz płuca.- stwierdził z uznaniem chłopak podchodząc do towarzystwa.- Okumura Rin.- przedstawił się.

- To moi porucznicy. Zajmują się oddziałem pod moją nieobecność.- wyjaśniła dziewczyna, zakładając ręce na piersiach.- Przedstawcie się.

- Takamura Ayato. Miło cię poznać, młody.- blondyn doskoczył do Okumury i objął ramieniem, szczerząc zęby w uśmiechu tak szerokim, że jego twarzy groziło rozszczepienie.- Coś czuję, że się dogadamy.

- Ty się ze wszystkimi dogadujesz, kretynie.- wtrąciła brunetka, mrużąc oczy.- A teraz zostaw tego biednego chłopaka. Anatsu Mara.- ukłoniła się formalnie, oceniając go swoim niezmiennym spojrzeniem.

- Oboje dajcie mu żyć.- Hideki odgonił towarzyszy i sam zamknął dłoń młodzieńca w mocnym uścisku.- Kawaki Hideki. Przepraszam za nich. Mam nadzieje, że nasza urocza kapitan pokazała się z dobrej strony.- uśmiechnął się ciepło, a pozostała dwójka nagle rozejrzał się szybko.

- Swoją drogą to gdzie ona poszła?- zainteresował się Ayato, wlepiając pytający wzrok w Marę.

- Zapewne udała się do kapitana Tobiasa. W końcu to on nas tu wezwał.- zauważyła kobieta.- Chodźmy może do środka.

- Dobry pomysł.- zgodził się Hideki.- Może uda nam się uprosić kucharki o coś do jedzenia dla oddziału.

- Zawsze ja mogę coś ugotować.- wtrącił się Rin, a cała trójka wlepiła w niego zaskoczony wzrok.

- Potrafisz gotować?- upewnił się łysy, a kiedy ten potwierdził roześmiał się szczerze.- Rei musi być nieziemsko zazdrosna.

- A ona nie potrafi?- zaciekawił się brunet, po chwili znów znajdując się w uścisku ramienia Takamury.

- Nasz kapitanek…- zaczął konspiracyjnym szeptem.- W kuchni staje się jedną z najgorszych katastrof znanych ludzkości. Poważnie. Ta kobieta nawet kanapki spartaczy.- zaraz wyprostował się i rozejrzał czujnie, a potem odetchnął z wyraźną ulgą.- A tak poza tym to ma bardzo bolesne ciosy.




- I co sądzisz?- zapytał mężczyzna z czerwonymi oczami i brązowymi włosami, wygodniej rozpierając się na fotelu.

Siedząca po drugiej stronie biurka, Rei zmarszczyła brwi pochylając się nad dokumentami i jeszcze raz uważnie przestudiowała dokumenty. Wszystko wskazywało na ghule oprócz jednego drobnego szczegółu. Trucizny, którą wtłaczały w ciało ofiary przy najdrobniejszym cięciu.

- Nie rozumiem.- jęknęła, nawet nie podnosząc wzroku na brata.- Z tego co mi opowiadasz wychodzi na to, że to powinny być ghule. Śmierdzą jak ghule, wyglądają jak ghule, brzmią jak ghule.

- Ale to nie ghule.- westchnął Tobias.- Ta cholerna trucizna rozłożyła mi już dwie trzecie oddziału. Medycy robią co mogą, szukając odtrutki.

- Poproszę Ayato, żeby też na to zerknął.- obiecała.- Nieważne jak się zachowuje, to wciąż jeden z najlepszych Doktorów w Zakonie i potrafi być poważny.

- Dzięki, młoda.- chwycił dłoń siostry i uścisnął lekko.- Ja mam już powoli dosyć. Potrzebuję kawy.

- Na moje oko to potrzebujesz snu.- oceniła przyglądając się jego podkrążonym oczom i poszarzałej cerze.- Idź się zdrzemnij, ja zajmę się resz…- przerwał jej odgłos gwałtownie otwieranych drzwi. Do pokoju wpadł jakiś młody chłopak.

- Kapitanie! Atakują od wschodu!- wrzasnął na jednym wdechu.

- Cholera!- przeklęło równocześnie rodzeństwo, zrywając się na równe nogi i ruszając do drzwi.

- Poinformuj zdolnych do walki, żeby stawili się na dziedzińcu.- poinstruował go Tobias.- Nici z mojego odpoczynku.- dodał już do siostry, kiedy młody oddalił się wzdłuż korytarza.

- Niekoniecznie.- zaprotestowała, zamaszyście otwierając drzwi. Rzeczywiście, do świątyni zbliżała się spora grupa demonów, z wyglądu uderzająco podobnych do ghuli.- Odpoczniesz, jak odeślemy tę bandę do Gehenny.- przegryzła kciuk i ochlapała krwią ziemie.- Oto wiążący nas pakt krwi! Winnyście odpowiedzieć na me wezwanie! Przybywajcie z piekielnych otchłani strażnicze ogary! Przekroczcie bramę, Houkou, Akuma!- z kłębów dymu wyłoniły się dwa potężne psy zajmując swoje miejsca po obu stronach dziewczyny i obnażając potężne zębiska.- Zmiana! Zbroja Czarnych Skrzydeł.

Całą sylwetkę Rei okryło światło, a kiedy znikło miała na sobie czarny pancerz z parą ogromnych nietoperzowych skrzydeł. Włosy zostały związane w ciasny koński ogon z tyłu głowy. Oblizała usta, wyciągając do przodu prawą dłoń, a jej palce zacisnęły się na, pojawiającym się znikąd, potężnym mieczu, którego ostrze po bokach miało masę przypominających kolce wypustek. Uśmiechnęła się i zakręciła ostrzem młyńca, sprawdzając wyważenie. Co było zresztą zupełnie nie potrzebne. Każde ostrze, które posiadała było idealnie dla niej wyważone.

- Kapitanie!- usłyszała z tyłu i dojrzała szybko zbliżających się poruczników i młodego Exrive. Rin i Mara obnażyli katany, Hideki odbezpieczył pistolety, a Ayato przyzwał swoich sługusów.- Gotowi do działania.- zameldował przywoływacz, a dziewczyna skinęła mu tylko głową.

- Przygotować się do obrony.- rozkazała.- W środku są ranni, których mamy chronić. I nie dajcie się zadrasnąć. Wydzielają jakąś dziwną truciznę, na którą nie mają odtrutki. Ayato, chcę potem z tobą porozmawiać..- zakończyła i obruciła się do przeciwników. Znajdowali się już dostatecznie blisko.- Zaczynamy!- krzyknęła i zanim ktokolwiek zareagował pomknęła do przodu. Mara i Hideki westchnęli tylko ciężko, powtarzając to kiedy za nią ruszył Rin. Ayato w tym czasie rozlokował oddział i z szerokim uśmiechem dołączył do nich, meldując, że wszystko już gotowe. Już z daleka mogli dostrzec jak ich kapitan tworzy wyrwę w oddziałach nieprzyjaciela.




Rei okręciła się uderzając demona w kark płazem miecza i szybkim cięciem pozbywając się kilku kolejnych. Gdzieś na granicy pola widzenia zamajaczyły jej niebieskie płomienie, ale zaraz dwa kolejne stwory ściągnęły jej uwagę. Zastosowała szybki wypad i płaskim, szerokim cięciem pozbyła się trzech. Zatrzymała się na moment przerzucając miecz do drugiej ręki. Ledwie zdołała przyzwać kolejny, musiała zastosować znany blok, kiedy szpony bestii, opadły na nią z góry. Spróbowała odsunąć go kopniakiem, ale chwycił ją za nogę i rzucił na ziemię. Miecze wypadły jej z dłoni i, kiedy demon szykował się do potężnego ciosu, odrzuciła go od siebie wielką maczugą nabijaną kolcami. Poderwała się i zręcznie zakręciła się z kilkudziesięciu kilogramową bronią. Talent i lekkość z jaką posługiwała się nią, ukazywały, że wie co robi i nie pierwszy raz trzyma ją w dłoni. Uśmiechnęła się szeroko, mrużąc oczy, które wręcz lśniły jakimś niebezpiecznym blaskiem.




Koniec końców udało się pozbyć wrogów, a Rei i Rin oboje nieco zziajani wrócili do świątyni. Mara starannie czyściła ostrze, a Ayato krążył między rannymi. Kiedy ujrzał Rei doskoczył do niej i przyjrzał się uważniej. Nastolatka była blada, a po twarzy spływał jej pot. Utykała lekko na prawa nogę i kiedy ją obejrzał odkrył drobne rozcięcie, od którego odchodziły zielone żyły, pnąc się coraz dalej i dalej. Przeklął szpetnie, wyciągnął bandaż i owinął ranę.

- Zanieś ją do sali z rannymi.- poinstruował Rina.- Zaraz do was dołączę.

Rei spróbowała zaprotestować, ale przez jej ciało popłynęła fala potwornego bólu. Zachwiała się i gdyby nie Okumura upadła by na ziemię. Ledwie widząc przez łzy, zacisnęła zęby i dłonie wbijając paznokcie, aż do krwi. Zanim chłopak dotarł z nią do sali chorych zbawcza ciemność otoczyła ją, odgradzając od bólu.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Istoty: Rozdział 6


- Natsu? Możemy pogadać?- wsunęła się do pokoju brata, ale w środku nie zastała nikogo. Z głośnym westchnieniem podeszła do biurka i oderwała jedną z żółtych, samoprzylepnych karteczek. Chwile zajęło jej odnalezienie działającego długopisu pośród masy szkiców i mniej lub bardziej ukończonych rysunków. Z gniewną rezygnacją wypisała pięć słów i z impetem przykleiła wiadomość do ich rodzinnego zdjęcia stojącego na biurku. Ostatni raz omiotła spojrzeniem luźne kartki i opuściła pokój.
Leżący na wierzchu, portret pięknej, długowłosej kobiety zsunął się bezszelestnie na podłogę.



Wybił północ, kiedy w końcu wrócił do domu. W całym mieszkaniu panowała cisza, tylko telewizor cicho pogrywał w salonie. W jej pokoju paliło się światło, ale, kiedy wsadził do środka głowę, odetchnął z niejaką ulgą. Jego siostra siedziała na podłodze, oparta o łóżko, z głową nienaturalnie wspartą na mostku i starą oprawioną w skórę księgą na kolanach, ciągle ubrana w jego czarną koszulkę i za długie dresowe spodnie. Spała.
Po cichu wślizgnął się do pokoju, zabrał książkę i, odłożywszy ją na biurko, delikatnie przeniósł dziewczynę na posłanie. Okrył ją ciepłym, czerwonym kocem w białe plamki i obrócił się do wyjścia.
- Na...tsu...- usłyszał, będąc już na progu i obejrzał się gwałtownie. Nadal spała, ale teraz skulona, przyciskając do piersi jaśka. Westchnął przeciągle, zgasił światło i udał się do swojej sypialni. Marzył tylko o tym, by móc położyć się na łóżku i zasnąć. Wziął szybki prysznic i wszedł do siebie, ubrany w spodnie od piżamy, małym ręcznikiem wycierając włosy. Podszedł do biurka, by podnieść z podłogi rysunek, kiedy w oczy rzuciła mu się karteczka z doskonale znanym pismem, przyklejona do zdjęcia.


Czemu mnie ignorujesz? To boli.”


Zmiął liścik w dłoni i wrzucił do stojącego w kącie kosza na śmieci. Spuścił głowę pozwalając, by oklapłe włosy zasłoniły mu oczy.
Jeszcze nie teraz.



- Już nie wiem, jak mam z nim rozmawiać.- jęknęła, przemierzając korytarz w drodze na pierwszą lekcje.- Minął tydzień! W domu go nie ma, a w szkole mnie unika. Jak tak dalej pójdzie to o-sza-le-je!- przesylabizowała, zatrzymując się przy swojej szafce, wyciągając książki i z hukiem zamykając drzwiczki.
- Może nie tak gwałtownie, co?- poprosiła niebieskowłosa dziewczyna, biorąc swoje książki.- Juvia uważa, że Nemu zbytnio się przejmuje.
Nemu tylko przewróciła oczami. Z Juvią poznała się dopiero kilka dni temu, ale niemal od razu przypadły sobie do gustu. Loxar była rok starsza i chodziła do tej samej klasy, co Gajeel i Laxus. Nawet przyjaźniła się z tym pierwszym. A poza tym również należała do Istot.
- Jesteś kochana, wiesz?- zapytała młodsza, podpinając spinką grzywkę, żeby nie wchodziła jej do oczu.
- Przesadzasz.- starsza klepnęła ją tylko w ramię i ruszyła po schodach na górę.- Juvia i Nemu spotkają się na lanchu!- zawołała jeszcze na pożegnaniu.
Nemu westchnęła przygnębiona i ruszyła do swojej klasy. Sting już siedział w środku, z zbolałą miną, wpatrując się w podręcznik od chemii. Usiadła obok niego i zajrzała przez ramię.
- Co jest?- zapytała, opierając o niego głowę. Zazwyczaj na taki gest, zacząłby się do niej łasić i przytulać, ale tym razem tylko jęknął żałośnie.
- Nie zdam.- pacnął głową o ławkę, a Nemu tylko zmarszczyła brwi.- Nic a nic nie rozumiem. To chore!
- Nie dramatyzuj. Rogue ci przecież pomógł. Na pewno coś umiesz!- z determinacją zacisnęła pięści, ale, widząc jak blondyn zaciska usta i ucieka wzrokiem w bok, zwiesiła głowę w akcie rezygnacji.- Ale że zupełnie nic?
- Nawet jednej, cholernej definicji.- potwierdził, a potem wbił z nią pełne nadziei oczy.- Nemuś...- zaczął przymilnie.
- Nie, Sting. Doskonale wiesz, że mi nie wolno.- zdławiła jego zapał, skacząc wzrokiem po pomieszczeniu. Byle tylko nie patrzeć na jego minę zbitego psa.
- Proszę, Nemuś! Błagam.- chwycił ją za policzki i zmusił, by spojrzała mu w twarz.- Proooooooszę!
- Ale tylko ten jeden raz, jasne?!- westchnęła, wyrywając się i poprawiając spinkę.- Jak rada się o tym dowie...- jęknęła boleśnie, przymykając oczy.



Przerwa na lunch przebiegała prawie tak, jak powinna. Do ich standardowego składu dołączyły dziewczyny, które niemal od razu odcięły Nemu od brata i przyjaciół.
- Gadaj.- rozkazała Erza, powoli delektując się ciastem.- Co jest między tobą a Laxusem?
- A co ma być?- nastolatka odgarnęła włosy z czoła, przegryzając pocky i częstując nimi Wendy.- To tylko kumpel. Większość życia spędzam z tymi o tam.- ruchem głowy wskazała chłopców.
- Mówiłam, że Mira przesadza.- Cana rozsiadła się wygodniej.- Laxus nie umówi się z młodszą dziewczyną.- oznajmiła, a Wendy nie udało się stłumić parsknięcia.
- Przepraszam!- pisnęła, czerwieniąc się jak szalona, kiedy wszystkie, nie licząc Nemu, spojrzały na nią. Różowowłosa była zbyt zajęta próbą wydostania pocky z pustej paczki. Mimo iż było to zajęcie z góry skazane na porażkę, za każdym razem próbowała tak samo. W końcu jednak odrzuciła pudełeczko, podciągnęła kolana pod brodę i owinęła je rękoma. Zacisnęła powieki tylko po to, by po chwili ponownie je unieść i zobaczyć tuż przed swoją twarzą nowe pudełko jej ukochanych przekąsek. Odchyliła głowę, ale widząc, pochylającego się nad nią, brata odwróciła głowę i nadęła policzki, niczym obrażone dziecko.
- Możemy pogadać?- zapytał cicho.
- Niet.
- Ej no, mała!- jęknął płaczliwie.- A to za co?!- krzyknął, kiedy Nemu nagle kopnęła go w głowę na tyle mocno, że się wywrócił.
- Za tydzień bez słowa.- oznajmiła z złośliwym uśmieszkiem i pokazała mu język. Natsu również wyszczerzył się szeroko, czując jak ogromny kamień spadł mu z serca. Bał się, że obraziła się na dobre czy coś.

środa, 22 czerwca 2016

Smoczy Strażnicy: Rozdział 10

Ohayo!
Dzisiaj mamy bardzo szczególną okazje, więc wstawiam kolejny rozdział opowiadania, które zapoczątkowało istnienie tego bloga.
Rozdział ze specjalnymi życzeniami zdrowia, szczęścia i spełnienia marzeń dla ZielonyTygrys, czyli tutejszego wspaniałego grafika. Sto lat!





Rozdział 10

Na miejsce dotarli dwa dni później. Haru i Vivierna, wyczerpani nieprzerwanym, wielogodzinnym lotem, ciężko opadli na trawę, miażdżąc ogonami kilka drzew. Podróżnicy, równie zmęczeni, zsuneli się z grzebietów.

-Ale zdrętwiałem!- jęknął Nezumi, przeciągając się i krzywiąc z powodu bólu w plecach.- To jak zejdziemy do podziemi?

Zatrzymali się u stóp potężnego łańcucha górskiego, gdzie według wiadomości Vivierny znajdował się kwiat. Niestety, skalne ściany były gładkie jak szkło i nic nie wskazywało na to, żę znalezienie dalszej drogi będzie takie proste. Risa z przeciągłym westchnieniem oparła palce na chłodnym kamieniu. Tyle podróży już za nimi, a teraz czekał ich kolejny etap, zapewne jeszcze trudniejszy. „I co teraz?” zapytała samą siebie w myślach.

- Risa! Uważaj!- wrzask Astry z powrotem ściągnął ją na ziemie.- Na górze!

Marszcząc brwi uniosła głowę i poczyła, jak krew odpływa jej z twarzy. Z górskich szytów leciały w jej stronę tysiące ton chropowatych głazów. Wszystko działo się w zwolnionym tępie. Słyszała ryk swojej smoczycy, przerażone krzyki przyjaciół i, pobrzmiewające w głowie słowa Nexusa: „Uważaj na siebie, mała”. Instynkt samozachowawch przejął kontrole nad ciałem, zanim rozum zdążył przeanalizować sytuacje. Rzuciła się do tyłu. Kamienie gruchneły o ziemię, wzbijając w powietrze chmurę pyłu i pichu.

Nezumi poczuł jak serce podchodzi mu do gardła, a kończyny nie chcą drgnąć. Pierwszy raz w życiu czul się na tyle przerażony, że nie panował nad własnym ciałem. Jego myśli zmieniały się w zawrotym tępie, ale wszystkie one sprowadzały się do jednego. A mianowicie: Co z Risą?. W końcu pokonał paraliż i kilkoma susami pokonał odległość dzielącą go od rumowiska.

- Risa! Żyjesz?!- wrzasnął, ile sił w płucach i zacisnął zęby, nie słysząc odpowiedzi.- Błagam nie.- jęknął rozpaczliwie.- Risa! Risa!

- Nezumi!- usłyszał w końcu spomiędzy kamienie. Kilka z nich upadło tak, że stworzyły pod sobą małą komorę, w której to skuliła się dziewczyna.- Wyciągnij mnie stąd!

Kiedy w końcu odało im się znaleźć sposób i wprowadzić go w życie, chłopak porwał przyjaciółkę w objęcia i, chowając twarz w jej włosach , pozwolił, aby dała upust emocją poprzez urywany szloch. Kilka minut zajęła je uspokojenie rozszalałego serca i myśli.

Nagle tuż obok nich na ziemie upadł z hukiem nieznajomy mężczyzna.

- To on spowodował lawine.- oznajmiła Astra, unosząc się kilka metrów nad ziemią z miną zawodowego zabójcy.- I powinnien za to zapłacić.

Po plecach Strażniczki i zmiennokształtnego przebiegły dreszcze, a mężczyzna zaczął się wycofywać. Daleko jednak nie zaszedł, natrafiając po drodze na smoczą łapę. Vivierna spojrzała na niego z nieskrywaną nichęcią i dmuchnęła mu prosto w twarz. Człowiek krzyknął,odtoczył się i, w akcie czystej głupoty, cisnął w ogromne, złote oko garscią piachu i małych kamyków. Smoczyca zawyła z bólu i z ściekłą zaciętością rozpoczęła próbe zadeptania szkodnika.

Sparaliżowany strachem leżał na plecach, wpatrując się w szybko zbliżającą się śmierć pod postacią smoczej łapy, kiedy nagle białowłosa dziewczyna stanęła przed nim i rozpostarła szeroko ręcę. Bestia zatrzymała się i zawarczała cicho, ale nastolatka jedynie pokręciła głową. Ponowny charkot i zprzeczenie.

- Więc przestań.- usłyszał i spojrzał na dziewczynę.- Jeśli nie chcesz mnie skrzywdzić, przestań. Vivierno, nie mamy na to czasu. Już sama podróż w tę stronę pochłonęła jego ogromną ilość, a czekają nas jeszcze przeprawa przez podziemia i powrót do legowiska. Dlatego błagam cię, przestań. Musimy znależć to lekarstwo bo inaczej Nexus…- w jej gardle pojawiła się ogromna gula, która nie pozwliła jej mówić dalej. Zacisnęła więcy tylko usta, przełykając łzy.

Vivierna uspokoiła się i czule polizała ogromnym jęzorem swoją młodą podopieczną. Risa miał całkowitą racje. Jeśli się nie pośpiszą, ten młodzieiec straci życie, a Kuro oszaleje z rozpaczy lub całkowicie odetnie się od wszystkich. Może i udawał twardego, ale ona i Haru zdawali sobie sprawę, jaka więź łączy strażnika i jego smoka.

Risa tymczasem uspokoiła się i obruciła zamaszyście do mężczyzny. Wyglądał na góra 40 kilka lat, miał krótkie rude wlosy i zielone oczy. Jego ubiór i zmęczona twarz wskazywały na wiejskie pochodzenie oraz lata pracy na roli.

- Znasz te okolice?- zapytała, przyklękając obok.

- Wychowałem się tu.- odparł krótko, siadając powoli i obserwując białowłosą. Zmarszczył brwi, zastanawiając się po co jej ta wiedza i dlaczego miałby jej pomóc.

- Potrzebujemy twojej pomocy.- zaczęła jakby czytając mu w myślach.- Ja i moi przyjacile musimy dostać się do podziemia, inaczej ktoś bardzo mi drogi umrze. Gdzieś tu jest jedyne lekarstwo i jedyna szansa.- patrzyła w jego oczy z jawna rozpaczą i błaganiem.- Błagam cię, pomóż nam.- pochyliła się, niemal dotykając czołem ziemi.

Stojący w pobliżu Nezumi odwrócił wzrok, nie mogąc patrzeć na stan przyjaciółki. Astra w ciszy przyglądała się sytuacji, czując jak szklą jej się oczy.

- Zrobię to.- mężczyzna sam nie wiedział, czemu zgodził się na to. Może zmusiła go rozpacz i cierpienie w tych ogromnych, fioletowych oczach.

sobota, 14 maja 2016

IM:AA: Część 7

# Następnego dnia #
* Tony *
Ze snu wyrwało mnie gwałtowne dźgnięcie w ramie. Zignorowałem je, ale powtórzyło się. Niechętnie uchyliłem powieki i zmierzyłem wzrokiem kurdupla z brązową szopą loków na głowie.
Tony: Czego?
Star: Wstawaj.
Tony: Nie.
Przewróciłem się na drugi bok, obracając się do niej plecami, z głupią nadzieją, że sobie pójdzie. Niestety, z nią nie ma tak łatwo.
Star: Tony! Tony! TONY!
Tony: Znajdź sobie inną ofiarę. Może Rhodey'ego pomęczysz.
Star: Ale zaraz przychodzi Pepper.
Usiadłem niechętnie na łóżku, a Star wyszczerzyła wszystkie ząbki w szerokim uśmiechu, który znaczył tyle co głośne ,,wygrałam".
Tony: Rhodey wstał?
Star: Nie sam. Troche się nakombinowałam, bo mamrotał coś o jakiś jednorożcu. Wyspany?
Tony: Ani troche. A teraz za drzwi.
Jakieś 5 minut później siedziałem w kuchni, wraz z kuzynką i przyjacielem, i zawzięcie maltretowałem jajecznice. Tuż obok siedziała Star, z uporem maniaka rozkręcając suszarkę. Wolałem nie pytać. Roberta pojechała do kancelari z samego rana, obiecując, że nie wróci późno.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Obaj spojrzeliśmy na Star, która jako jedyna kobieta powinna otworzyć. Z furią cisnęła śróbokrętem o stół i wstał, mamrocząc coś o dyskryminacji i, że nam jeszcze pokaże. Potem był już tylko pisk przy drzwiach. Po chwili wróciła do kuchni w towarzystwie Pepper i ponownie zajęła się suszarką.
Pepper: Straszne dzisiaj upały. Już się boje co będzie w wakacje. Przy okazji macie może jakieś plany.
Star: Ja proponuje wypad do Californi. W sobotę rano.
Tony: Jednak masz coś w tej makówce.
Rhodey: Ja się piszę.
Pepper: Nie stać mnie na opłacenie hotelu.
Tony: To akurat najmniejszy problem.
* Pepper *
Pepper: Nie będziecie za mnie płacić!
Star: On nie o tym. Mamy tam po prostu dom.
Tony: A dokładniej Star ma. W spadku po ojcu.
Słysząc to spojrzałam na szatynkę błyszczącymi oczami, ale ta nie oderwała się od kokejnego urządzenia. Wolałam nie wiedzieć, co majstruje.
Pepper: W takim razie zgoda. Ile moglibyśmy tam siedzieć? I co z Iron Manem?
Tony i Star wymienili krótkie spojrzenia, a dziewczyna odsunęła dłubanine.
Tony: Zbroje można wziąść ze sobą.
Star: Droga nimi zajmie coś około 5 minut. 6 zbroją War Machine.
Rhodey: Nie da się wzmocnić sliników?
Tony: Tłumaczyłem ci już, że ta zbroja powstała dla dużej siły ognia.
Star: Najszybsze są Mark 1 i Rescue. Mam racje?
Tony tylko kiwnął głową, wyrzucając zmaltretowaną jajecznice do śmieci. Klasnęłam w ręce z szerokim uśmiechem, a Star tylko przewróciła oczami, kwitując w ten sposób moje podekscytowanie.
Pepper: Czyli lecimy zbrojami?
Tony: Wzbudzą zbyt wielkie zainteresowanie. I Star zostanie w tyle.
I tyle było ze spokoju. Przez kuchnie przeleciał śrubokręt, ciśnięty z taką siłą, że wbił się w ściane. Razem z Rhodey'm, wycofałam się po za zasięg mojej drobnej przyjaciółki. Tony trafił w jej czuły punkt.
Star: Jak śmiesz, ty...! Jestem szybsza niż ta twoja cholerna, zardzewiała kupa złomu!
Tony wciągnął gwałtownie powietrze i spojrzał na krewniaczkę z mordem w oczach.
Tony: Co powiedziałaś o mojej zbroi?!
Rhodey: Znowu się zaczyna? Naprawde musicie kłócić się o takie głupoty?
Gdyby wzrok mógł zabijać nasz czarnoskóry kumpel już leżałby na podłodze w kałuży krwi i własnych wnętrzności.
Pepper: A może urządzicie sobie wyścig? Jeśli Star wygra, Tony przyzna, że jego zboja to nie cud nowoczesnej techniki, tylko zwykła zabawka. Ale jeśli to Tony okaże się szybszy, Star przez miesiąc nie tknie się technologi, a przez trzy zbroi.
Tony, Star: Stoi.
Pepper: Przy remisie stawiacie lody.
Ruszyliśmy do zbrojowni. Kiedy oboje  byli gotowi, poczekałam jeszcze chwile, aż Star rozrusza te swoje, ogromne, czarne skrzydła.
Pepper: Kto pierwszy okrąży Nowy York, wygrywa. J.A.R.V.I.S. będzie pilnował, czy nie oszukujecie. Prawda?
J.A.R.V.I.S.: Wedle życzenia, panno Pots.
Pepper: Skoro wszystko jasne, można zaczynać. Na miejsca! Gotowi! Start!
Wystrzelili w powietrze, jak torpedy, a gigantyczna skrzydła wywołały podmuch, który zmusił mnie do cofnięcia. Kiedy zniknęli, przeczesałam włosy, wyjmując z nich kilka piór i obracając je w dłoniach. Wrócili szybciej niźli się spodziewałam. Wylądowali i odsłonili twarze, a ich oczy niemo pytały werdykt.
Pepper: J.A.R.V.I.S.? Kto wygrał?
J.A.R.V.I.S.: Panna Stark, w kostiumie Dark Angel, i pan Stark, w zbroi Mark 1, wrócili do zbrojowni w tym samym momencie.
Pepper: Czyli idziemy na lody.
Star zamiast pozbyć się stroju, rozwaliła się na podłodze, opatulając się skrzydłami jak kokonem. Kaptur zsunął się jej z głowy, pozwalając, by, przypominające gorzką czekolade włosy, rozsypały się dookoła jej głowy.
Star: Ja mam dość. Jeszcze nigdy tak nie zasuwałam. Idź z Tony'm.
Spojrzałam na przyjaciółke i dostrzegłam w jej oczach ten podstępny błysk. Tony pozbył się zbroi i wyszliśmy.
* Rodey *
Spojrzałem na leżącą na podłodze Star.
Rodey: Wcale nie jesteś zmęczona. Co?
Star: Nie jestem. Ale jak nie wezme spraw w swoje ręcę to będą do końca życia tylko przyjaciółmi. Pepper szaleje za Tony'm.
Rodey: A Tony też lubi ją bardziej niż przyjaciółke. Ale w życiu się do tego nie przyznają.
Star: Właśnie dlatego im pomoge. I przed naszym powrotem z Kaliforni będą już parą.
Rodey: Tylko mnie w to nie mieszaj.
Star: Ej! Troche mi chyba pomożesz?
Zerknąłem na nią i to był błąd. Siedziała na podłodze z miną zbitego psa. Oczy jej błyszczały jakby miała się zaraz  rozpłakać. I jak jej odmówić, jak wlepia w człowieka te fantazyjnie niebieskie gały?
Rodey: Dobra. Ale jak przez to Tony mnie znienawidzi to cie zabije.
Star: Prędzej on mnie zabije, ale tym się będę martwić później. Poza tym jak mój plan się uda to będzie mi jeszcze dziękował. A uda się.
Pokręciłem głową. Żeby się przypadkiem nie przeliczyła. Znów wbiłem spojrzenie w ekran i w tej samej chwili rozległ się alarm. Star poderwała się na nogi.
Star: Kto tym razem?
Rodey: Mandaryn. W końcu Tony ma pierścień.
Star: Ale zbroi to już nie wziął, geniusz od siedmiu boleści. Dobra. Lece.
* Star *
Wsunęłam maske, rozłożyłam skrzydła i ruszyłam na spotkanie z tym dziwakiem. Po co myśmy mieszali się w całą tą sprawe z pierścieniami? I co z tego, że to ja ich w to wciągnęłam? Zawsze można zwalić wine na Tony'ego. Nie obrazi się na mnie. Chyba... Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie wiem, gdzie mam tak właściwie lecieć. Nawiązałam połączenie ze zbrojownią.
Star: Gdzie ja mam lecieć?
Rodey: Myślałem, że nie zapytasz. Wschodnia 71.
Dobra. To Wschodnia 71. Ej, chwila! To kompletnie nie w tą strone. Dlaczego, do jasnej ciasnej, Rodey mnie nie zawrócił? Jak wróce do zbrojowni, to go normalnie powiesze! Po kilku minutach dotarłam na miejsce i, rzeczywiście, kilka metrów nad ziemią wisiał Mandaryn, trzymając szamoczącą się Pepper. Ej! Bez takich! Ty tam na górze mniej go lepiej w opiece! Tony starał się chyba negocjować. Ja tam się w to bawić nie będe.
Obróciłam się w powietrzu i obiema nogami kopnęłam przecienika w plecy. Puścił Pepper i zaczął strzelać do mnie z tych pierścionków. Oczywiście, nie pozostałam mu dłużna i ciskałam wniego sztyletami.
Mandaryn: Nie mam czasu się z tobą bawić. Ja tu wróce!
I odleciał. Pomachałam mu na pożegnanie i poleciałam z powrotem do zbrojowni. Pora rozpocząć operacje ,,Uprzykrzanie życia Rodey'emu''.
* Pepper *
Wracałam do domu obok Tony'ego. Przeklęty Mandaryn! I durna Star. Po co pakowała nas w tą sprawe z pierścieniami?! Jakby nie miała dość problemów. Nawet nie zauważyłam jak dotarliśmy na miejsce.
Tony: To... Widzimy się jutro?
Pepper: Pewnie.
Wspiełam się na palce i lekko pocałowałam go w policzek. Zaraz potem pobiegłam do domu, żeby nie mógł zobaczyć moich rumieńców. Jakie licho kazało mi to zrobić? Zbyt długie przebywanie ze Star mi nie służy. Zaczynam działać jak ona. Czyli szybko i bezsensu. To, że jest genialna, wcale nie oznacza, że czesto myśli. Ona raczej liczy na fart. Wspiełam się po schodach, weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Wypadałoby odrobić lekcje. O Boże! Jutro mamy dwie fizyki. Nie! Ja tego nie przeżyje! Tony i Star to mają szczęście. Nie muszą słuchać nauczyciela, bo opanowali to wszystko jako dzieci. Na szczęście to ostatni tydzień. Sięgnęłam po zeszyt od angielskiego, kiedy w okno coś uderzyło. Podniosłam się i wyjrzałam na zewnątrz. Na chodniku stała Star z szerokim uśmiechem. Gestem kazałam jej wejść. Chwile później kopnięciem otworzyła sobie drzwi i wparowała do środka. Nie zdążyłam się nawet przywitać.
Star: Oddasz za mnie referat z fizyki jutro?
Pepper: A co? Nie będzie cie?
Star: Właśnie nie. Jade zacząć ogarniać ten domek. Musze zaktualizować komputer, sprawdzić oprogramowanie, zainstalować J.A.R.V.I.S.'a. I jeszcze pare innych dziwnych rzeczy.
Pepper: Zdążysz na zakończenie?
Star: Czy kiedykolwiek się spóźniłam?
Pepper: Tak. Nawet półtorej godziny.
Star: Cicho. Nikt nic nie wie. Nikt nie pamięta. A tak z innej beczki... Jak randka?
Posłałam jej złe spojrzenie. Po co się głupio pyta?
Pepper: Żadna randka. Poza tym pojawił się Mandarynka i zaliczyłam twarde lądowanie.
Star: Wiem. Przepraszam. Liczyłam, że Tony ruszy głową i  cie złapie. Niestety, zapomniałam, że to Tony. To oddasz?
Pepper: Zrób za mnie prace domową a oddam.
Star: Stoi. To co było zadane?

Istoty: Rozdział 5

Ohayo! dzisiaj wyjątkowo pojawią się dwa rozdziały. Istoty i IM:AA. A to tylko dlatego, że równo o 12 skończyłam !7 lat. Staro się czuje, oj staro.




Rozdział 5
Siedziała po turecku na łóżku, wpatrując się w telefon. Zastanawiała się, czy powinna powiedzieć Natsu i pozostałym o spotkaniu z matką. Wiedziała, że brat był bardzo przywiązany do Hany i to, jaka się stała, sprawi mu ból. Potargała włosy i zagryzła wargi, tłumiąc pełen frustracji krzyk.
Nagle drzwi uchyliły się, a do pokoju zajrzał ojciec. Zmrużył oczy, wypatrując w panującym półmroku córkę. Westchnął cicho i wszedł do środka, zamykając drzwi. Podszedł do dziewczyny i potarmosił jej włosy siadając na krawędzi materaca.
- Co tak po ciemku siedzisz?- zapytał cicho, rozpalając na palcach mały płomyczek.
- Myślałam o mamie.- mruknęła w odpowiedzi, kładąc nogi na kolanach ojca.
- Och...- wyrwało mu się. Czasem zapominał, że dzieciaki ją pamiętają.- Rzadko ją wspominasz. Wszystko w porządku? Masz jakieś problemy w szkole? Może mógłbym ci pomóc.
- Nie trzeba, tato. W szkole wszystko gra. Tylko...- zawiesiła się na chwile, szukając wymówki.- Widziałam dzisiaj dwójkę małych dzieci z mamą, jak wracałam ze szkoły i tak mnie jakoś naszło.- skłamała, bawiąc się włosami.
Igneel przez chwile wpatrywał się smutno w córkę, a potem wyciągnął rękę i usadowił ją na swoich kolanach. Przycisnął jej drobne ciało do siebie, głaszcząc długie różowe włosy.
- Przepraszam cię, malutka. Wiem, że, cokolwiek zrobię, nie zastąpię wam matki. Starałem się, ale nie potrafię. Mam świadomość, że jestem okropnym ojcem i sobie nie radz...
- Przestań!- wrzasnęła, odsuwając się od ojca.- Przstań, przestań, przestań! Dosyć! Nigdy więcej tak nie mów.- krzyknęła, łamiącym się głosem i wtuliła w tatę.- Nie potrzebuję mamy. Ty jesteś lepszy, tatku.
Po dobrych kilkunastu minutach,  ojciec ponownie zostawił ją samą, a Nemu porwała telefon i wstukała wiadomość do pozostałych.
Od: Nemu
Za 20 minut w warsztacie. Mamy do pogadania. WAŻNE!
Leżał na desce, naprawiając przewody w starym Audii. Słyszał dochodzące z góry głosy ojca, różowego pokurcza i Levi. We troje walczyli z bałaganem administracyjnym, zostawiając cały warsztat na jego głowie. Westchnął wkurzony, kiedy kolejny klient wkroczył do środka. Wyjechał spod samochodu i wytarł ręce o kombinezon mechanika. Odetchnął z ulgą, kiedy okazało się, że to tylko Sting i Rouge. Czyli brakowało tylko Salamandra.
- Gdzie Nemu?- blondyn uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu.
Gajeel bez słowa wskazał na schody, po których zbiegły dwie dziewczyny.
- Dobrze się spisałyście!- zawołał za nimi Metalicana, zatrzaskując drzwi biura.
- Wszystko załatwione.- zameldowała Levi, zakładając czarną kurtkę i słuchawki.- Widzimy się w szkole.
- Ta. Dzięki.- potarmosił jej lekko włosy.- Wiszę ci kawę.
Niebieskowłosa pożegnała się z resztą i wyszła, zderzając się w drzwiach z Natsu, za którym szła Wendy.
Po pięciu minutach siedzieli na blatach w pomieszczeniu gospodarczym, a Nemu relacjonowała ostatnie wydarzenia, obracając w dłoniach kubek herbaty. Pozostali słuchali w ciszy, nie przerywali, wiedząc, że to tylko utrudni jej powiedzenie wszystkiego. W końcu zamilkła, niepewnie unosząc wzrok na przyjaciół. Gajeel i Rouge nie wyglądali na szczególnie poruszonych, Sting ze smutkiem kiwał głową, Wendy przyglądała się koleżance ze współczuciem, a Natsu... A Natsu wpatrywał się w siostrę z takim bólem, że ścisnęło ją serce. Wyciągnęła ręce, próbując objąć brata, ale ten odepchnął ją, z hukiem wybiegając z warsztatu. Patrzyła za nim bez słowa, zaplatając palce. Poczuła jak czyjeś palce zaciskają się na jej ramieniu.
- Będzie dobrze.- pocieszył ją Rouge, lekko wzmacniając uścisk.- On tylko potrzebuje czasu.
- Wiem.- kiwnęła głową, przełykając łzy.- Tylko się o niego boję. Mam złe przeczucia.
- Wróżką ty raczej nie jesteś.- prychnął Gajeel.- Ale ja też to czuję.
- Nadchodzi coś silnego.- potaknął Sting.
- I niebezpiecznego.- westchnęła Wendy zbolałym tonem.- Pójdę poszukać Natsu-san.- dodała, zeskakując z blatu i wychodząc.
Siedział na ławeczce, rzucając kamieniami w gołębie. W głowie wciąż odtwarzał opowieść siostry. Nieźle namieszała mu w myślach. Matkę pamiętał jako ciepłą, kochającą kobietę, gotową oddać wszystko za szczęście rodziny. Wspominał, jak chwaliła go, kiedy trenował z ojcem, jak dostrzegała nawet najmniejsze postępy i chwaliła go.
Nagle ktoś usiadł obok niego, opierając się o jego bok. Po zapachu rozpoznał Wendy, która klepała go po kolanie.
- Wszystko będzie dobrze, Natsu-san.- powiedziała cicho, spokojnie.
- Po co szłaś za mną?- warknął oschle, odsuwając dziewczynkę.
- Nemu-san bardzo się o ciebie martwi. Boi się, że jesteś na nią zły.- wyjaśniła.- Została z pozostałymi w warsztacie.
- Nic mi nie będzie.- przewrócił oczami i odsunął od siebie dziewczynkę.- Muszę tylko wszystko przemyśleć i ułożyć sobie w głowię. Wracaj do reszty i zaopiekuj się Nemu.
- Dobrze, dobrze.- westchnęła, zostawiając przyjaciela samego.
Patrzył jak odchodzi, samemu ruszając w drugą stronę. Pogrążył się w myślach, próbując zrozumieć o czym myśli jego siostra. Wierzył jej. A przynajmniej się starał. Niby byli bliźniętami i łączyła ich niecodzienna więź, ale teraz wszystko się sypało. Oddalali się od siebie, przestawali być nierozłączni.
Pogrążony w myślach, nie zauważył szybko zbliżającej się z naprzeciwka blondynki, pogrążonej w lekturze jakiegoś opasłego tonu. Zderzenie przypłaciła upadkiem na chodnik. Wściekła uniosła wzrok i rozpoznała sprawcę wypadku.
- Natsu?- pisnęła zdziwiona rozpoznając charakterystyczne różowe kudły.
- O! Hej, Luigi!- przywitał się, jakby dopiero wrócił na ziemie.
- Jestem Lucy.- pouczyła go, wzdychając ciężko. Znali się krótko, ale chyba wystarczająco, żeby zapamiętał jej imię. W końcu jego siostra nie miała z tym najmniejszych problemów.
Dopiero na te myśl zauważyła, że nigdzie w pobliżu nigdzie nie ma, nie tylko jego bliźniczki, ale również reszty tej stale towarzyszącej im bandy.
- Gdzie zgubiłeś siostrę i resztę paczki?- zapytała, rozglądając się dla pewności.
- Musiałem coś przemyśleć, więc ich zostawiłem.- przyznał, pomagając jej się podnieść.- W sumie... Dobrze, że na siebie wpadliśmy. Przejdziemy się gdzieś?
- Pewnie.- zgodziła się bez najmniejszego wahania. Naprawdę polubiła tego dziecinnego chłopaka, mimo jego wad.
Rouge po raz kolejny, pociągnął swojego przyjaciela za kołnierz, kiedy ten zatrzymał się przy jaskrawej witrynie. Kiedy Gajeel wykopał wszystkich z warsztatu, Sting zaproponował, żeby przeszli się po mieście. Nemu wykręciła się zmęczeniem i masą pracy domowej, ale on wykazał się szczytem głupoty i zgodził.
- Ej, zobacz!- wykrzyknął podekscytowany blondyn, przyklejając się do szyby.- To się rusza!
- Sting, błagam.- jęknął, próbując odciągnąć przyjaciela, jednak wszystkie jego wysiłki spełzły na niczym. Chłopak nie ruszył się nawet o milimetr, zapierając z całych sił.- Przestań zachowywać się jak dziecko.
- Bo wciąż jestem dzieckiem!- obruszył się, natychmiast tracąc zainteresowanie wystawą.- Nie postarzaj mnie!
- Ludzie się na nas gapią.- wytknął mu brunet, posyłając wrogie spojrzenie kilku, bezczelnym, rozchichotanym nastolatką.
- A niech się gapią!- Sting uśmiechnął się szeroko i obrócił do przyjaciela plecami.- Przecież niecodziennie mają okazję podziwiać kogoś tak pięknego i wspaniałego, jak ja!- oznajmił, Cheney tylko przewrócił oczami. Znowu się zaczyna.
- Tak, tak, tak. Oczywiście.- klepnął go w plecy i chwycił za kłaki, zaczynając ciągnąć do domu.- Skończ w końcu odstawiać te durne szopki, co?
- Ej, czy to nie Yukino?- blondyn zignorował wcześniejsze słowa przyjaciela, ruchem ręki wskazując na dziewczynę, wychodzącą ze sklepu z płytami.
- Tak, to ona.- puścił blondyna i wytarł dłoń o jego kurtkę. Cała lepiła się od żelu do włosów.- Tylko nie zrób nic głupiego, ok? Najlepiej w ogóle się nie odzywaj.
- Dobra, dobra.- Eficluf machnął lekceważąco ręką i pchnął przybranego brata w kierunku koleżanki.- Oi, Yukino!- wrzasnął, przywołując ją gestem. Zaraz potem jęknął z bólu, kiedy przyjaciel kopnął go w kostkę.

niedziela, 17 kwietnia 2016

IM:AA: Część 6

Witam serdecznie. Dzisiejszy post ze specjalną dedykacją dla mojej Onee-chan! Specjalne życzenia zdrowia, szczęścia, weny, żelków i innych cudów tego świata z okazji 17 urodzin. Uwielbiam cię, siostrzyczko.

Beta: ZielonyTygrys. Arigatou gozaimasu.


 * Pepper *
Siedziałam na kanapie z nogami podkulonymi pod siebie, miską płatków na kolanach i pilotem od telewizora w dłoni. Co jakiś czas spoglądałam na zegarek, zastanawiając się czy Star już wyjechała czy jeszcze byczy się w łóżku. Znając ją, istnieje szansa, że po prostu zapomniała o spotkaniu i siedzi w zbrojowni, składając coś z niczego.
Virgil: Zamierzasz calutką sobotę spędzić na kanapie?
Podskoczyłam wystraszona, niemal zalewając się mlekiem. Pogrążona w myślach nawet nie zauważyłam, że tata w pełnym umundurowaniu wszedł do salonu.
Pepper: Czekam na Star. Mamy jechać na zakupy.
Virgil Tylko niech tym razem przestrzega przepisów.
I właśnie w tym momencie rozległ się klakson równocześnie z gwizdem mojej komórki oznaczającym nową wiadomość. Zerknęłam na wyświetlacz.
     Od: Fire
   ,,Rusz się, Pep! Czekam pod twoim domem!"
Chichocząc pod nosem, złapałam torebkę, wciągnęłam buty i wybiegłam z domu.  Na podjeździe stało białe Audi TT, a na jego masce siedziała Star z wburzoną miną, klikając coś w telefonie.
Star: Doszłam do wniosku, że niektórzy nowojorczycy to idioci. Jeden wypadł mi z podporządkowanej tuż przed maskę. Jakby tego było mało, zablokował mi drogę i zaczął wyrzucać, że nie umiem jeździć, chamidło jedne. Zagiełam go paroma przepisami, a ten mnie zaczął obrażać. Dopiero jak mu zagroziłam policją, dał mi spokój. Zastanawiałam się, czy go nie stuknąć, ale szkoda mojego auta.
Z czułością pogłaskała maskę auta, a ja tylko przewróciłam oczami. Star miała bzika na punkcie wszystkiego, co ma silnik i służy do transportu. Jeśli dodać do tego jej talent, otrzymało się niczego sobie mechanika. Nieraz robiła szybkie przeglądy ludziom ze szkoły. Bywała przez to uciążliwa. Raz nawet zmusiła mnie, żebym poszła z nią na wyścigi.
Pepper: Idziemy?
Star: Ta. Wskakuj.
Zajęłyśmy miejsca i Star odpaliła silnik, wyjeżdżając z podjazdu. Po chwili pędziłyśmy już ulicami Nowego Yorku, a na liczniku pokazywało się 190 km/h.
Pepper: Zwolnij, kobieto! Chcesz nas zabić?!
Star: Nie panikuj, Pep. Jadę powoli.
Spojrzałam na nią znacząco, a ona przewróciła oczami, posłusznie zmniejszając prędkość. Tony i Rhodey twierdzili, że jestem jedyną osobą, która ma nad nią jakąkolwiek kontrolę.
Star: Ej, mów coś.
W końcu dotarłyśmy do centrum. Kiedy weszłyśmy do gmachu, komórka Star dała o sobie znać. Odeszła kawałek i wróciła dopiero po około 15 minutach.
Pepper: Kto dzwonił?
Star: J.A.R.V.I.S. miał coś dla mnie znaleźć. Słyszałaś o tej serii tajemniczych zabójstw?
Pepper: Yhm. Próbowałam coś znaleźć w bazie FBI. Ale nic nie ma. Zupełnie nic.
Star: I właśnie to mnie męczy! Nawet Duch...
Zatkałam jej usta. Czego ta kretynka krzyczy?! Jeszcze nas ktoś usłyszy.
Pepper: Ciszej może.
Star kiwnęła głową, przewracając oczami. Zdjęłam dłoń z jej twarzy.
Star: Próbuję znaleźć tego gościa i go zatrzymać, ale łatwe to to nie jest. Ciężko zebrać informacje o kimś, kto nie zostawia śladów. Dobra, odłożę to na później. Chodźmy zaszaleć.
# 3 godziny później #
Dzięki ci, Panie, że założyłam wygodne buty. W szpilkach już by mi nogi odpadły. Nie rozumiem, jakim cudem Star może zasuwać tyle czasu w koturnach. Skąd zresztą tyle energii w tak małym ciałku?
Właśnie zaciągnęła mnie do kolejnego sklepu, tym razem bardziej wieczorowego. Nim się obejrzałam zniknęła między wysokimi pułkami. Zrezygnowana, przejrzałam wieszaki, a moją uwagę przykuła długa, czarna suknia z satyny. Była bez ramiączek, a górę pokrywały wyszywane srebrną nicią wzory. Po piersiami biegł biały pasek, a tren spływał luźno do kostek. Spojrzałam na cenę i natychmiast zostawiłam materiał, cofając się gwałtownie. Ile może kosztować jedna sukienka?!
Rozejrzałam się w poszukiwaniu przyjaciółki. Stała w pobliżu przebieralni, niecierpliwie wymachując na mnie ręką. Wepchnęła mi w ręce jakiś materiał i zamknęła w kabinie.
Pepper: Star?!
Star: Przymierz to!
Przewróciłam oczmi i przebrałam się, starannie ignorujące metkę. Miałam na sobie długą fioletową sukienkę z połyskliwego materiału. Gorset opinał się na mojej sylwetce, a tren spływał luźno od bioder aż do ziemii. Suknia nie miała ramiączek, ale głębokie wcięcie na plecach. Star wydała z siebie podekscytowany piski i obeszła mnie w okòł.
Star: Wyglądasz obłędnie. Bierzemy tą kiecke. Tylko daj mi chwile bo musze znaleźć coś dla siebie.
Wybrała kilka sukienek i weszła do przebieralni. W końcu zdecydowała się na czerwoną, opiętą kreacje z tiulowym dołem. Sięgała kolan i miała cienkie ramiączka. Do zestawu dobrała czarne szpilki z paseczków i obróciła się wokół własnej osi.
Star: I co myślisz?
Nie było się nad czym zastanawiać. Sukienka i szpilki ładnie eksponowały nogi i sylwetkę Starfire, a czerwony kolor podkreślał głęboki brąz włosów i cudny błękit oczu.
Pepper: Wyglądasz jak modelka.
 
Kiedy wyszłyśmy ze sklepu, Star zaczęła przyglądać się mojej przybitej minie. Przekrzywiła głowę, potem wydęła wargi, a w końcu zmrużyła gniewnie oczy.
Star: Dlaczego wyglądasz, jakby ktoś spuścił z ciebie powietrze?
Pepper: Ta jedna sukienka kosztowała więcej niż wynoi moje półroczne kieszonkowe.
Star: Nie marudź. Nie bez powodu wybrałam te kiecki. Ale ciii! Więcej powie ci Tony. Jak będzie pamiętał. A skoro o nim mowa, zaczynam żałować, że nie wzięłam go ze sobą. Przydałby się tragarz.
W duchu przyznałam jej racje. Obie uginałyśmy się pod ciężarem masy toreb. Zakupy ze Star to ciężki kawałek chleba. Zwłaszcza, kiedy ma jakieś tajemnicze pomysły.
Po krótkiej dyskusji zdecydowałyśmy się na kawę. Znalazłyśmy wolny stolik, a ja pogrążyłam się w przeglądaniu menu. Kiedy oderwałam od niego wzrok, zdałam sobie sprawę, że moja droga przyjaciółka myślami jest w innej galaktyce. Pomachałam jej dłonią przed oczami. Zero reakcji. Pstryknęłam kilka razy przy uchu. Nikogo nie ma w domu. W końcu, w akcie desperacji wbiłam jej palec w policzek. Otrząsnęła się, odskakując z piskiem,  wraz z krzesłem lecąc do tyłu.
Star: Kiego licho jedno ode mnie chce? I dlaczego dźga zimnymi paluchami? Serio, masz łapy jak trup!
Posłała mi przy okazji swoje słynne spojrzenie ,,zginiesz marnie któregoś dnia" zazwyczaj przeznaczone dla Tony'ego i Rhodey'ego. Postawiła z powrotem siedzisko i zajęła miejsce.
Pepper: Czegoś znowu odpłynęła?
Star: Dużo za dużo myśli, od co! Ciężkie jest życie geniusza!
Pepper: Tak, tak, tak. A o czym teraz myślałaś?
Star: O twoim pseudozwiązku! A o czym miałam?!
Pepper: Star, błagam, nie drąż.
Star: Tyle czasu się znamy, a ty nadal naiwna. Oczywiście, że będę drążyć! Nie pozwolę ci ranić...
* Star *
Zamilkałam gwałtownie, gryząc się boleśnie w język. W ustach poczułam miedź.
Star: Boli! Chyba zbyt dosłownie wzięłam tamto powiedzenie! Język mi krwawi!
Pep, zamiast okazać współczucie, roześmiała się, chowając twarz w dłoniach. Spojrzałam na nią karcąco, ale przez wytknięty język raczej nie wyglądało to jak powinno. Wzbudziło tylko większą radość u rudej. Małpa jedna!
Star: Czemu ja się z tobą przyjaźnię?
Pepper: Bo mnie kochasz, w przeciwieństwie do twojego kuzyna.
Ponownie dziabnęłam się w język, żeby tylko nie wybuchnąć śmiechem. Wielu rzeczy nie wiesz, Pepper. Oj, wielu.
Star: A wracając do przerwanego tematu. Uważam, że powinnaś zerwać z Gin'em. On jest zły. Nie lubię go.
Pepper: Nie jest zły, tylko nie daje ci sobą rozporządzać. I dlatego go nie lubisz. Ale co do zerwania, chyba masz racje.
Star: Zawsze ją mam.
Uniosłam wzrok, napotykając niedaleko znajomą postać. Na moją twarzyczkę wpłynął uśmiech, zazwyczaj określany jako diabelski.
Pepper: Czuję kłopoty.
Star: A ja widzę Gin'a. Teraz wstajesz, idziesz do niego i ładnie mówisz ,,adios, frajerze". Rozumiemy się?!
Pepper: Ale...!
Uciszyłam ją ruchem ręki i posłałam spojrzenie, mówiące ,,będzie po mojemu, albo przestane być miła". Zawsze działało, nawet na Tony'ego. Pep podniosła się z westchnieniem i oddaliła w kierunku, chyba, chłopaka. Nawet na moment nie spuściłam z niej wzroku.
Więc kiedy ten cholerny drań zamachnął się na Pepper i uderzył ją na tyle mocno, że się wywróciła, poderwałam się na nogi i w dwóch susach dopadłam do nich, zatrzymując kolejny cios. Wpatrywałam się zimno w jego płonące gniewem oczy, z palcami zaciskającymi się na jego nadgarstku. Gniew powoli zastępował niepokój, a potem strach wymieszany z bólem. Z mściwą satysfakcją patrzyłam, jak uginają się pod nim nogi, kiedy moja drobna dłoń powolutku miażdżyła jego nadgarstek. Przestałam dopiero, kiedy zawył żałośnie, a jego oczy wypełniły się łzami. Przywołałam na twarz słodki uśmiech, który jednak nie obejmował oczu i pochyliłam się nad nim. W słowa włożyłam cały swój gniew i zapas jadu.
Star: Spróbuj na mnie donieść, a na nadgarstku się nie skończy.
Obróciłam się zamaszyście, pozwalając, by moje spięte w warkocz włosy uderzyły go w twarz. Pomogłam Pepper wstać, zebrałam zakupy i opuściłam centrum. Dopiero w samochodzie dałam upust wściekłości i z dzikim rykiem uderzyłam głową w klakson. Trwałam w tej pozycji, dopóki nie zaczęłam oddychać równo i spokojnie, a dźwięk klaksonu nie stał się irytujący. Wyprostowałam się powoli i spojrzałam na Pepper, która nie odezwała się od tej akcji nawet słowem. Przyglądała mi się z mieszaniną podziwu i troski. Założyłam za ucho kosmyk włosów i uśmiechnęłam smutno.
Star: Chyba muszę ci co nieco wyjaśnić. A więc jestem mutantem, ale to już wiesz. Tylko że skrzydła i ten cały a arsenał to nie jedyne moje talenty. Jestem silniejsza od normalnego człowieka. Może i ciężarówki nie zatrzymam, ale złamanie paru kości to dla mnie żaden problem. Poza tym posługuje się też telekinezą, chociaż idzie mi to dość opornie. Pewnie masz mnie teraz za jakiegoś cholernego potwora, ale taka już jestem i nic z tym nie zrobisz. Ani ty, ani nikt inny.
Zamknęłam oczy, oczekując wyrzutów, ale poczułam tylko jak jej ręce owijają się wokół mnie, zamykając w uścisku. Oparłam się o nią głową i pozwoliłam na chwilę słabości.
Pepper: Dziękuję, Star. Za wszystko.
I wszelkie tamy szlag trafił. Rozryczałam się jak ostatnia kretynka, mocząc łzami jej koszulkę i ramię.
Po parunastu minutach uspokoiłam się i przez następne dwie doprowadziłam do porządku. Potem obejrzałam policzek Pepper.
Star: Będzie piękne limo. Ufasz mi?
Kiedy skinęła głową, oparłam dłoń na urazie i zacisnęłam oczy. Poczułam rozchodzące się po pacach ciepło i delikatne mrowienie całego ramienia, a potem i prawego policzka. Kiedy otworzyłam powieki, Pepper wpatrywała się we mnie z szokiem wymalowanym na twarzy. Ignorując to, odwróciłam się do lusterka i patrzyłam, jak przejęty siniak znika w przeciągu zaledwie minuty.
Pepper: Jak...?
Star: Mogę przejmować czyjeś urazy, ale, niestety, tylko niewielkie. Sama regeneruje się w tempie natychmiastowy, więc nie robi mi to różnicy.
Pepper: I ty tak spokojnie o tym mówisz?!
Star: A jak mam mówić?! Dla mnie to codzienność!
Po godzinie wpadłyśmy do zbrojowni z trzema kartonami gorącej pizzy i czterema butelkami coli.
Pepper: Chłopaki! Obiad!
Po posiłku rozłożyłam się na podłodze, machając na pożegnanie Tony'emu i Pepper. Rhodey został ze mną, siedząc w fotelu i czytając jakąś książkę o wojnie egipsko-izraelskiej. Ja za to pogrążyłam się w rozmyślaniach na arcyważny temat. A mianowicie, wakacji. W piątek będzie zakończenie roku i wypadałoby coś wykombinować.
...
Chwila! Dlaczego tylko ja o tym myślę?! Przecież Tony też może! I Rhodey! Na nieistniejącego Boga, nawet Withney by coś wymyśliła! A ona ma inteligencje pierwotniaka po testach laboratoryjnych!
Przechyliłam głowę i wbiłam ponaglające spojrzenie w James'a.
Rhodey: Przestań wytrzeszczać gały? Czego chcesz?
Star: W piątek mamy zakończenie roku?
Rhodey: I co w związku z tym?
Star: Może byśmy zorganizowali sobie jakieś wakacje?
Rhodey: Dobry pomysł. Propozycje?
Star:Hmmmm. Wiem! Califormia! Mamy tam dom. Jeszcze po moim ojcu.
Rhodey: Nawet, nawet. Kiedy zamierzasz wyjechać?
Star: Najlepiej w sobotę rano. Tylko ja zerwę się z ostatniego tygodnia, bo wypadałoby tam ogarnąć.
Rhodey: Jednak czasem potrafisz ruszyć głową.
Star: A co to miało niby zna...?!
Przerwał mi alarm, który rozwrzeszczał się zupełnie niespodziewanie. Przewróciłam się na brzuch i wstałam, przywołując maskę.
Star: Kto? Co? Po co? Gdzie?
Rhodey: Napad na jubilera. Pierwsza Aleja. Policja już wysłała ludzi.
Star: I tak się rozejrzę.
Zmieniłam się i poleciałam na miejsce. Mimo że zajęło mi to może z minutę, na miejscu już nikogo nie było. Obleciałam okolicę, używając kamer termowizyjnych, ale nic nie przyuważyłam. Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Podleciałam więc do okradzionego sklepu, gdzie już stała policja. Ignorując funkcjonariuszy, zeskanowałam sklep i, zanim zdołali mnie zatrzymać, ponownie oderwałam od ziemi, wracając do zbrojowni.
Rhodey: I co? Masz coś?
Star: Na pierwszy rzut oka nie.
Przesłałam na komputer skan i wyświetliłam model trójwymiarowy.
Star: J.A.R.V.I.S.! Mam dla ciebie robotę!
J.A.R.V.I.S.: W czym mogę służyć, panno Stark?
Star: Zostawiam ci plany i model wymiarowy. Przebadaj mi miejsce zbrodni pod każdym kątem. Wszystko, jasne?
J.A.R.V.I.S.: Oczywiście, panno Stark. Niestety, potrzebuję minimum kilku godzin.
Star: Przekaż mi wszystkie dane, kiedy skończysz.
Razem z Rhodey'm opuściliśmy zbrojownie i udaliśmy się do domu.
Rhodey: Co o tym myślisz?
Star: Ani trochę mi się to nie podoba. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam się obserwowana.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Łowcy: Rozdział 2


Obserwował, jak trolle przygotowują się do walki, pławiąc się w poczuciu wyższości nad tymi prostymi stworzeniami. Cofnął się w głąb groty, kiedy promienie słońca padły na ziemie tuż przy jego butach. To była największa wada tego pustynnego terenu. Ale tym razem stanowiła też pewnego rodzaju atut.

Dowódcą Łowców, wedle jego informacji, był młody dhampir, a one, jak i czystej krwi wampiry, były podatne na działanie słońca. Jeśli więc nie chcieli stracić Stratega, musieli poruszać się po zmroku. Ta świadomość zapewniła mu złudne poczucie bezpieczeństwa i spokoju.

Rothan był pewny siebie. Aż za bardzo.



Zatrzymali się dobre półtora kilometra od Ostrych Szczytów. Roy chodził niespokojnie w tą i z powrotem rozpierany energią. Jako jedyny, nie musiał martwić się przygotowaniem broni, ale czekanie, aż pozostali się przygotują irytowało go. Zwłaszcza, że poszukiwanym był wampir.

Nagle jego wzrok przykuła El, siedząca po turecku na suchej ziemi. Rysowała palcem po piasku delikatne, powyginane symbole. Chwile zajęło mu rozpoznanie w nich liter z pisma neriad. Wiedział, jak wyglądają chociaż nie potrafił ich odczytać. Podszedł do niej i przysiadł obok, rzucając cień na znaki.

- Co piszesz, kundlu?- zapytał z typową dla siebie złośliwością.

- Że cuchniesz mokrym psem.- odparła, marszcząc nosek.- Czego chcesz?

- Nudzę się.- spojrzał w kierunku Savanny, pochłoniętej rozmową z Chasem.- Kiedy ruszamy dalej?

- Jak wszyscy będą gotowi.- burknęła podnosząc się i otrzepując ubranie z drobnego piasku.- A ty już obniuchałeś każdy kamyk w okolicy?- zmrużył oczy, gromiąc ją wzrokiem. Jak ona może być tak złośliwa?

- To twoje zadanie, kundlu.- prychnął, a Tropicielka wykonała gest określany w międzygatunkowej etykiecie jako, delikatnie mówiąc, obraźliwy.

Savanna siedziała na ziemi, dokładnie owinięta płaszczem i zdawało się, że obserwowała sprzeczkę El i Roya. Tak naprawdę jednak, jej myśli krążyły wokół nadchodzącego starcia. Plan, który ułożyła był prosty, ale właśnie w tym aspekcie tkwiła jego siła. Im bardziej skomplikowana strategia, tym więcej rzeczy mogłoby pójść nie tak. Analizowała miliony, bardziej lub mniej, możliwych scenariuszy, szukając jakiegoś szczegółu, który mogła pominąć. I który mógł doprowadzić do tragedii.

- Ej! Ziemia do Savy!- jak przez mgłę dotarł do niej głos Chasea.- Wracaj do nas!

- Jestem.- potrząsnęła głową, rejestrując, że Snajper siedzi obok niej.- Mówiłeś coś?

- Tylko, że za dużo myślisz.- klepnął ja w ramię i wyszczerzył wszystkie zęby w beztroskim uśmiechu.- Wszystko będzie dobrze, panikaro. Poradzimy sobie.

- Jestem aż tak przewidywalna?- zapytała skonsternowana.

- Albo po prostu za dobrze cie znam.- podniósł się i wyciągnął dłoń do Strateg.- Uwierz w nas choć trochę.

- Wierzę, wierzę.- założyła za ucho kosmyk włosów i przyjęła pomoc przyjaciela.- Zbierz wszystkich. Zaraz wyruszamy.



Nagły rumor odciągnął Rothana od planowania podboju. Co te trolle wyprawiają?! Zdawał sobie sprawę, że jego podwładni do istot szczególnie inteligentnych nie należą, ale nie były chyba ma tyle głupie, by samemu się znokautować. Tak przynajmniej uważał, dopóki nie stanął na granicy cienia.

Cały oddział leżał pozbawiony przytomności. Niepokój wzbudzał brak, jakichkolwiek śladów walki. Rozejrzał się uważnie tylko dzięki wampirzemu refleksowi zdołał uniknąć długiej, czarnej strzały, która miała wbić się w jego pierś. Wzrokiem odszukał łucznika, okrytego czarną peleryną. Nie zdołał jednak przyjrzeć mu się bliżej, gdyż znad wejścia zeskoczyły dwie podobnie ubrane postacie. Zdołał umknąć przed pięścią jednego, ale drugi podciął mu nogi, powalając na plecy. Chciał się podnieść, ale uniemożliwił mu to drobniejszy napastnik, wbijając kolana w mostek. Rothan zakrztusił się przez niespodziewany nacisk i spróbował zrzucić chłopaka. Zrezygnował z walki, kiedy zimne srebro musnęło jego szyję. Wampiry trudno zabić, ale dekapitacja działała równie skutecznie, co w przypadku innych gatunków.

- Nie szarp się.- pod obszernym kapturem błysnęły brązowe oczy.- Mam w zanadrzu stal święconą.

- Skończ się wydurniać.- warknął wyższy, a z cienia wyglądały złote oczy z pionowymi źrenicami.- Zwiąż go i po kłopocie.

Po chwili wampir siedział przy ścianie, obwiązany liną, której żadnym sposobem nie potrafił rozerwać. Dwaj wojownicy przemierzali korytarze, cały czas mając go jednak na oku. Zdążył już przekonać się, że nie warto ryzykować ucieczki. Elfi młodzik mógł pochwalić się ponad przeciętnie celnym rzutem, a wilkołak tylko szukał pretekstu, by móc go rozszarpać. Co kilka minut w jaskini pojawiał się czarownik, wymieniał z nimi kilka szeptanych uwag i wychodził. Rothanowi nie podobała się obecna sytuacja, a na samą myśl o karze, jaką zgotuje mu Mistrz, po plecach przebiegały mu dreszcze.

- Ej, Roy!- rozległo się z korytarza, w którym zniknął elf.- Możesz się tu przywlec?!

- Czekaj!- odpowiedział i na chwile wymknął się na zewnątrz, wracając po minucie z brodatym mężczyzną, trzymającym w dłoni łuk.- Jeśli zaczepiłeś się o jakieś głazy, to przysięgam, że urwę ci ten durny łeb!- warknął, idąc śladem Snajpera.

Jednak już po kilku krokach zrozumiał, że nie chodziło o jakąś głupotę. Odór starej krwi i gnijącego mięsa nasilał się z każdą chwilą, a, kiedy dotarł do Chasea, musiał zasłaniać nos materiałem płaszcza. W miejscu gdzie się zatrzymali, drogę kończyła szczelina. Dalej korytarz zmieniał się w okrągłą grotę. Na podłodze, w równych odstępach, leżały ludzkie szczątki, a ściany zdobiły namalowane krwią znaki.

- Trzeba sprowadzić tu Savę.- wilkołak skrzywił się, czując, jak żołądek zaciska się w ciasny węzeł.



- Cholera!- przeklęła Strateg, zasłaniając nos. Miała wrażenie, że zemdleje przez ten odór.- Rada mnie za to wykończy.

- Przecież nie mogłaś wiedzieć.- Chase poklepał ją po ramieniu.

- Co ze mnie za…- urwała nagle, ruszając między rzędami trupów.- Zawołaj tu Eliasa i Lunę.- nakazała, przyglądając się symbolom na ścianach.

- Znalazłaś coś nowego?- upewnił się, spoglądając na przyjaciółkę.-, pogrążoną w świecie myśli.

- Jeszcze nie wiem.- odparła z roztargnieniem, szukając czegoś w sakwie doczepionej do pasa.- Co ty tu jeszcze robisz?- huknęła, posyłając mu spojrzenie bazyliszka.



Cerry nie lubił wart przy bramie. Nudziło go ciągłe sprawdzanie wozów, ciągnących do Cavendish z różnych stron Środkowego Kontynentu. I chociaż w czasie zebrania Rady handel miasta niemal zamierał, nadal sprawdzali wielu podróżnych.

Kiesy nadszedł czas przerwy, usiadł w cieniu bramy i leniwie odpakował kawałek placka bakaliowego, który upiekła mu żona. Nagle dojrzał szybko zbliżającą się siódemkę koni i jednego wilka.

Mimo powiewającej nad bramą niebieskiej flagi, podróżni nie zatrzymali się. Cerry odrzucił posiłek , dobywając miecza i wypadł na środek traktu, potrząsając obnażoną klingą, by odstraszyć przybyszów. Nagle coś ciężkiego uderzyło go w palce, a ostrze z metalicznym brzdękiem uderzyło o ziemię. Obok upadł niewielki czarny kamyczek. Zanim minął pierwszy szok, rozpędzone wierzchowce okrążyły go, wpadając do miasta. Już miał wszcząć alarm, kiedy pod jego nogami wylądował zwinięty list obwiązany czerwoną wstążką i żelaznym symbolem Łowców.



- Muszę się z nimi spotkać.- Erion zatrzasnął księgę rachunkową, posyłając Strateg zmęczone spojrzenie.

- Savanno, ja rozumiem twoje rozdrażnienie…- zaczął, maskując irytację.- Ale nie mogę wpuścić cię na zebranie. Mogę, co najwyżej przekazać twój raport.

- Czyli nic.- burknęła dhampirzyca, przecierając oczy.- Dobra, sama sobie poradzę.

Trzaskając drzwiami opuściła gabinet sekretarza, zostawiając starego elfa w oszołomieniu. Nigdy nie była aż tak nerwowa, a teraz wystarczyło jedno krzywe spojrzenie, by wytrącić ją z równowagi. Kroczyła przez korytarz niczym burza, ciskając z oczu piorunami. Wojskowi i urzędnicy umykali na boki, byle tylko nie stać się ofiarą złego humoru mistrzyni strategii.

Ale jedna osoba widocznie nie posiadała woli przetrwania. Lub instynktu samozachowawczego.

- Ej, Sava!- jasnowłosy wampir wypadł z jednej z komnat i w mgnieniu oka dopadł do dziewczyny.- Niosę pozdrowienia od ojca.

- Milcz, jak do mnie mówisz!- spojrzenie, które mu posłała wystraszyło by na śmierć każdego normalnego człowieka.- Dannyl, naprawdę nie mam nastroju, by rozma…- przerwała nagle, a potem uśmiechnęła się przymilnie do przedstawiciela wampirzej społeczności w Radzie.- Zrobisz coś dla mnie?

- Czy grozi mi śmierć lub inne nieprzyjemne konsekwencje?- zapytał nieufnie.- Bo coś nie do końca ufam twoim pomysłom.

- Jak możesz?!- obruszyła się.

- To w końcu ty wrobiłaś mnie w tą robotę.

- Żebyś się w końcu do czegoś przydał, obiboku jeden!- fuknęła.- Zresztą nieważne. Przyniosę ci potem raport, który musi zostać bezwzględnie poruszony na spotkaniu.

- A jeśli tego nie zrobię?

- Wtedy zmienię twoje życie w piekło na wiele różnych sposobów.- posłała mu szeroki uśmiech, kontrastujący z grobowym tonem.

- Dobra.- westchnął ciężko.- Robię to tylko dla ciebie, księż…

- Dokończ, a wykończę cię w tej minucie.- ostrzegła, zakładając ręce na piersiach.- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.- klepnęła go w plecy i pomknęła do kwater Łowców.

sobota, 27 lutego 2016

Istoty: Rozdział 4

Po raz kolejny okrążyli okolice knajpki, z której zniknęła Nemu, ale po dziewczynie nie było nawet śladu. Załamany Natsu usiadł na krawężniku i schował głowę w dłoniach. Nigdzie nie było po niej nawet najmniejszego śladu.
- Przecież nie mogła zapaść się pod ziemie.- zauważył Rouge, opierając się o latarnie.- Musi gdzieś być.
- Przeszukaliśmy okolice już kilka razy i ani śladu po niej.- Gajeel jeszcze bardziej potargał swoje i tak już sterczące, w każdym możliwym kierunku, włosy.- Potrzebujemy starszych.
- I co ja mam niby powiedzieć ojcu?! ,,Sorry, tato. Nie dopilnowałem Nemu, a teraz błąka się sama, nie wiadomo gdzie.'' Przecież mnie za to zabije.- warknął Dragneel, zaciskając palce we włosach.
- Znajdziemy ją.-Wendy poklepała go pokrzepiająco na plecach.
- Właśnie. Moja miłość mnie do niej doprowadzi.- Sting uniósł pięść w geście zwycięstwa.
- Debil.- skwitowali równocześnie pozostali i na nową ruszyli na poszukiwania.

Obudziło ją uczucie ciepła, choć, z tego co pamiętała, zemdlała leżąc w deszczu na błocie. Rozchyliła powieki i zdała sobie sprawe, że jest w jakimś samochodzie. Poderwała się do siadu, zrzucając przy okazji czarną kurtkę, którą była okryta. Dopiero po chwili doszło do niej, że jest cała pokryta zaschniętym błotem, a koszula, narzucona na czarny T-shirt jest rozdarta na plecach.
Wygramoliła się z nieznanego auta i rozejrzała. Deszcz przestał padać, a zza chmur nieśmiało wyglądały gwiazdy. Z miejsca, gdzie stała, widziała rozciągający się widok nas miasto i ogromne jezioro Silcora.
- Piękne.- stwierdziła cicho.
- Tak uważasz?- rozległo się tuż za nią. Z wrzaskiem obróciła się do tyłu i odskoczyła o kilka kroków.- Co tak skaczesz?
- Chcesz mnie zabić?!- początkowy szok zastąpił zalążek furii.- Czy może zawsze zachodzisz młode dziewczyny od tyłu?
- Panikujesz.- prychnął, podchodząc do niej i kładąc ręce na jej ramionach.- Co robisz tu sama? I to o tej porze?
- Zgubiłam się.- warknęła, omijając chłopaka i ruszając w kierunku ulicy.
- Może cię odwiozę?- zaproponował doganiając ją.- Ciemno już i w ogóle.
- Nie potrzebuje pomocy.- obróciła się i uśmiechnęła do niego.- Wierz lub nie, ale umiem o siebie zadbać.
On po prostu się roześmiał, nie zważając na oburzone spojrzenie dziewczyny. Laxus pierwszy raz spotkał kogoś takiego. Mimo słodkiej buźki i drobnej sylwetki, miała dusze wojowniczki. Zapewne przed przeprowadzką miała całe rzesze wielbicieli. Na samą myśl, że ktoś mógłby sprawiać, że te duże oczy zaczynały się skrzyć, poczuł ukłucie w sercu. Może i jej nie znał, ale od wczorajszego wypadku nie potrafił wyrzucić jej z głowy. Fascynowała go, ale też niepokoiła. Miała w sobie coś niezwykłego.
- Ej, żyjesz?!- jej poirytowany głos wyrwał go z zamyślenia.- Pytałam czy masz telefon? Mój został w torbie.
Wyciągnął komórkę z kieszeni i podał dziewczynie. Oddaliła się kawałek, dzwoniąc do kogoś. Początkowo spokojna rozmowa zmieniła się w kłótnie, a zrównoważone gesty zaczął wypełnić gniew. Zbliżył się do niej cicho i wyjął komórkę z dłoni.
- Odstawie ją do domu.- rzucił do słuchawki i rozłączył się chowając sprzęt do kieszeni.
- Wiesz, że właśnie w tej chwili naraziłeś się mojemu bratu?- zapytała retorycznie.
- I chłopakowi zapewne.- dodał, łapiąc ją za ramie.
- Durnyś.- oznajmiła, próbując się wykręcić, ale palce chłopaka zacisnęły się mocniej. Syknęła cicho, trafiając piętą w rozmokły fragment ziemi i poleciała do tyłu. Jednak zamiast poczuć pod plecami twardą glebę, została szarpnięta do przodu i przyciśnięta do ciepłego ciała. Kiedy zdała sobie sprawe, w jakiej sytuacji się znalazła, policzki zalało jej gorąco, a głowę wypełniły wspomnienia. Zacisnęła usta i wtuliła w niego twarz. Łzy cisnęły się jej do oczu i spływały po policzkach.
Kiedy się w niego wtuliła nie wiedział jak zareagować, ale, kiedy jej drobną sylwetką wstrząsnął szloch, przytulił ją do siebie i pozwolił płakać. Zanurzył twarz w jej włosach, wdychając ich słodki zapach. Teraz był pewien, że skądś ją zna. I chciał wiedzieć skąd.

Słońce przedarło się przez zasłony, a budzik wydał z siebie drażniący dźwięk. Nemu jęknęła i zakryła głowę poduszką, ale nie zagłuszyło to jazgotu. Wyciągnęła rękę i na ślepo zaczęła macać szafkę obok łóżka. Dopiero po dłuższej chwili natrafiła na to głośne dziadostwo i wyłączyła je. Wygrzebała się z pościeli i wygrzebała spod poduszki komórkę. Z wyświetlacza uśmiechał się do niej symbol SMS-a. Otworzyła go i uśmiechnęła się lekko.
Od: Laxus
Czekam pod blokiem równo o 7:30. Nie spóźnij się.
Zdusiła chichot w poduszce i z westchnieniem, wzięła ciuchy znikając w łazience. Szybki prysznic wybudził ją do reszty i przepędził resztki snu. Szybko ubrała sfatygowane jeansy, koszulkę z logiem Black Veil Brides i czarną bluzę z kapturem. Wróciła do pokoju, po torbę i telefon. O ile to pierwsze leżało pod biurkiem, to komórka wręcz zapadła się pod ziemie. Zamiast niej na poduszce leżał kot z pofarbowanym na niebiesko futerkiem. Zmarszczyła brwi i złapała zwierzaka na kark.
- Gdzie mój telefon, Happy?-zamruczała i lekko potrząsnęła nim.
- Zostaw mojego kota.- obróciła się na pięcie i wbiła wzrok w brata, który, oparty o framugę, podrzucał w dłoni zgubę.
- Natsu, patafianie!- z tym okrzykiem rzuciła się na brata.

Już od ponad piętnastu minut, Igneel, zakrywając głowę poduszką, posyłał w myślach swoje dzieci do wszystkich diabłów. Ta dwójka darła się w wniebogłosy, skacząc po całym mieszkaniu. Starał się wywnioskować o co im znów poszło, ale wyzwiska i krzyki nie naprowadzały go na trop. Z westchnieniem schował twarz w poduszkę i spróbował ponownie zasnąć.
Niestety. Ten właśnie moment wybrały bliźniaki, by wpaść do salonu, który był sypialnią ojca, jak huragan i wskoczyć na łóżko, przy akompaniamencie wrzasków i miauczenia kotów. Kiedy mężczyzna wydostał się z pod kotłującej dwójki, obrzucił ich spojrzeniem pełnym dezaprobaty i złapał za karki, rozdzielając.
- Dosyć, wy małe potwory.- warknął potrząsając nimi.- O co wam znowu idzie?!
- Ten debil, idiota, gnom, poczochraniec, czarci syn...
- Przystopuj z epitetami.- przerwał córce, podnosząc temperaturę dłoni, którą trzymał ją. Nienawidził kiedy się wyzywali.
- Zabrał mi telefon.- zawołała, próbując znowu dosięgnąć bliźniaka.
Przez pierwsze kilka chwil, Igneel wpatrywał się z szokiem w swoje dzieci. A-a-ale...
- I tylko dlatego wydzieracie się z samego rana?!- wrzasnął załamany. Puścił wychowanków i padł plecami na łóżko. Oni wykorzystali chwilową dekoncentracje ojca i dali nogę.

Nemu pochłaniała pocky, starając się ignorować wbite w nią spojrzenia chłopaków, Erzy, Lucy i trzech innych dziewczyn, których nie znała. Gapili się na nią odkąd Natsu wypaplał z kim przyjechała do szkoły. Powinna go za to zabić, ale mimo wszystko bywał przydatny. Podniosła na chwile wzrok, ale zaraz znowu go opuściła. Ile oni się mogą na nią gapić? Nawet nie wiedziała o co chodzi. Zgodnie z Kodeksem Istot nie czytała w myślach ludzi.
- Długo będziecie się gapić na mnie?!- fuknęła nagle.
- Boże, dziewczyno! Ty nic nie wiesz, prawda?!- Erza złapała ją za ramiona.
- Ale że o czym?- wyrwała się przewodniczącej i przezornie schowała za Gajeela.
- Laxus Dreyar nigdy nie przywiózł żadnej dziewczyny do szkoły. I żadnej nie odprowadził pod same drzwi klasy, niosąc jej plecak.- wyjaśniła Lucy.- Jesteś pierwsza.
- Ale że serio?- upewniła się, a gwałtowne potakiwania Stinga i Rouga wystarczyły jej za odpowiedź.
- Nawet Cany nigdy nie podrzucił, a znają się od dziecka.- wtrąciła niebieskowłosa drobnica z pomarańczową opaską.
- Kumam.- mruknęła wsadzając do ust kolejną pałeczkę i wyciągnęła dłoń przed siebie.- Nemu jestem. Nemu Dragoneel.
- Levy McGarden.- ta, która jej odpowiedziała, uścisnęła teraz jej rękę.
- Minerva Orlando.- czarnowłosa dama, z klasy wyżej skinęła lekko głową.
- Yukino Aqaria.- białowłosa przerwał rozmowę z Rougem by zapoznać się z różowowłosą.
- Oddaje się pod waszą opiekę.- uśmiech młodej Istoty poszerzył się.- Macie ochotę na Pocky?- zapytała po chwili wystawiając pustą paczuszkę przed siebie.
- Te, mała.- zagadnął ją Natsu, podbierając Lucy rzodkiewki.- Wiesz, że ta paczka jest pusta?
Wzruszyła ramionami, przeszukując torbę, w poszukiwaniu kolejnej paczki. W końcu westchnęła smutno i zwiesiła głowę. Nagle ktoś zrzucił jej na kolana niedużą reklamówkę. Odchyliła głowę uśmiechając się do, stojącego nad nią Laxusa.
- Zostawiłaś w samochodzie.- oznajmił, kucając obok.- O której kończysz?
- Dzisiaj...- przerwała na chwile, zwracając wzrok na brata.- Natsu! O której?
- 14:25.- mruknął, zagryzając rzodkiewkę.