piątek, 25 lipca 2014

Iron Man: Armored Adventures: Część 1

Zdążyłam. Dzisiaj krótko. Zapraszam na bloga przyjaciółki: Inni z tego świata i nie tylko.
Shuja: A co do opowiadania. Małe sprostowanie: Star jest kuzynką Tony'ego. Wychowywali się razem.










Część 1


# Pepper #


            Biegłam najszybciej przed siebie najszybciej jak tylko mogłam. Star dzwoniła, że, razem z Tony’m i Rhodey’m, czeka na mnie przy Stark Tower. Zupełnie zapomniałam, że mamy iść razem do kina. Ja i moja przyjaciółka od dawna planowałyśmy wybrać się na ten film, ale okazało się, że bilety zostały już wyprzedane. Po raz kolejny przekonałam się, że nie należy wątpić w Stark’ówne. Nie wiem, jakim cudem, ale załatwiła wejścia na pokaz premierowy.


            Przebiegałam właśnie przez ulice, kiedy ktoś krzyknął. Usłyszałam pisk opon i poczułam mocne uderzenie. Upadłam na ulice i pogrążyłam się w ciemności.


# Starfire #


            Po raz setny zerknęłam na zegarek, odganiając kuzyna niecierpliwym ruchem ręki. Gdzie ta Pepper?! Droga od jej domu do Stark Tower zajmuje 10, góra 15, minut, a minęło już pół godziny. Chwile temu Rhodey poszedł do domu, więc zostałam sama z Tony’m. Wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer przyjaciółki. Odebrała po drugim sygnale.


Star: Hej, Pep! Gdzie jesteś?! Seans zaczyna się za pięć minut!


- Mówi Thomas Potts. Jestem ojcem Virginii.


Star: Ups. Przepraszam. Jest może gdzieś obok?


- Miała wypadek. Leży w szpitalu przy Central Parku.


            Słysząc rozpacz w jego głosie, byłam pewna, że mówi poważnie. Zszokowana upuściłam telefon. Urządzenie uderzyło o chodnik i rozpadło się na kawałki.


Tony: Stało się coś?


Star: Pepper… Ona… Miała wypadek. Leży w szpitalu.


            Mój kuzyn spojrzał na mnie zdziwiony.


Tony: Gdzie?!


            Nie odpowiedziałam. Złapał mnie za ramiona i potrząsnął mocno.


Tony: Star! Gdzie?!


Star: Przy Central Parku.


            Ruszył w tamtym kierunku, ale kiedy zauważył, że dalej stoję jak słup, cofnął się i pociągnął mnie za kołnierz. Zagubiona ruszyłam za nim.


~ 5 minut później ~


# Tony #


            Wpadłem do szpitala, ciągnąc kuzynkę za kołnierz. Byłem zdenerwowany. W mojej głowie cały czas tłukły się słowa Star: „Pepper. Wypadek. W szpitalu.”. Już z daleka zauważyłem jej ojca i pobiegłem tam.


Tony: Co z nią?


            Mężczyzna spojrzał na nas i zmarszczył brwi. W jego oczach dostrzegłem rozpacz.


- Operują ją.


            Star zsunęła się po ścianie i złapała za włosy. Sam byłem na siebie wściekły. Mogłem iść po nią, a nie sprzeczać się z kuzynką. Nagle rozdzwoniła się moja komórka. Spojrzałem na wyświetlacz. Rhodey.


Tony: No?


Rhodey: Gdzie wy, u licha, jesteście? Dzwoniłem do Star, ale nie odbierała. Znów wpakowała się w kłopoty?


            Bez słowa podałem sprzęt dziewczynie. Podniosła się i odeszła kawałek, a ja wbiłem wzrok w drzwi Sali. Po jakichś 10 minutach ze środka wyszedł lekarz.


Tony: Co z Pepper?


Lekarz: Z kim?


Star: Z Virginią.


Lekarz: Jesteście kimś z rodziny?


- Jestem jej ojcem.


Lekarz: Operacja przebiegła pomyślnie. Udało nam się opanować krwotok. Jest nadal nieprzytomna.


Tony: Można do niej wejść?


Lekarz: Tylko rodzina.


            Doktor odszedł, a pan Potts wszedł do Sali. Ruszyłem za nim, ale ktoś szarpnął mnie do tyłu.


Rhodey: Tony, my nie możemy tam wejść.


            Przekląłem głośno, a Star posłała mi karcące spojrzenie. Włożyłem ręce do kieszeni i, razem z przyjacielem i kuzynką, opuściłem szpital. Skierowałem się do zbrojowni. Przez całą drogę panowała niecodzienna cisza, zważając na fakt, że towarzyszyła na ta gadatliwa wariatka. Będąc już w środku, podszedłem do jednej z wielu zbroi. Zrobiłem ją specjalnie dla Pepper, ale jeszcze nie miałem okazji jej tego pokazać.


Star: Prezent dla Pepper. Nazwa robocza to…


            Uśmiechnąłem się delikatnie.


Tony: Rescue.


Star: Fajnie brzmi. Spodoba jej się.


Rhodey: Nie chce przeszkadzać, ale mamy napad n bank. Może byście się ruszyli.










Data następnego rozdziału: 08.08.14
Do napisania.

piątek, 11 lipca 2014

Ao no Exorcist: Rozdział 1

Witam! Zgodnie z obietnicą coś nowego. Czyta to ktoś jeszcze? Chyba nie bardzo. No ale dalej będę pisała. dzisiaj rozdział z dedykacją dla mojej kuzynki Oliwii. Mam nadzieje, że ci się spodoba.












Rozdział 1


            Głośny, charakterystyczny pisk wyrwał Rei ze snu. Zdenerwowana walnęła ręką w budzik, który przeleciał prze cały pokój i rozbił o przeciwległą ścianę. Dopiero to  obudziło ją do końca. Spojrzała na szczątki urządzenia i westchnęła.


- To 20 budzik w tym miesiącu. Tata mnie zabije.- szepnęła.


            Podniosła się i rozejrzała po sypialni. Mimo iż wprowadziła się dopiero wczoraj, pokój już wyglądał jak po przejściu tornada.


- Taa… Trzeba tu posprzątać.- jęknęła.- Ale to potem. Musze sobie znaleźć przewodnika.- dodała po chwili.


            Ubrała się i opuściła sypialnie. Spacerując po pustych korytarzach, rozglądała się za jakimkolwiek człowiekiem. W końcu została prawie staranowana przez jakiegoś ciemnowłosego chłopaka. Wpadł na nią i przetoczyli się kilka metrów. Swoją „podróż” zakończyli w dość niekorzystnej sytuacji. Brunet leżał na niej, przyciskając ją swoim ciężarem do posadzki. Ich twarze dzieliły milimetry. Ona obejmowała go za szyje i czuła na policzkach jego ciepły oddech. Wpatrywali się w swoje oczy, tonąc w swoich spojrzeniach.


            Z tego swoistego transu wyrwały ich kroki. Niewiele myśląc, Rei wymierzyła mu policzek i zepchnęła go z siebie. Usiadła i spojrzała na niego.


- Ała! To piecze! Mogłaś być delikatniejsza?!- warknął, masując czerwony policzek.- Kim ty w ogóle jesteś? I co tu robisz?


- Kolejno: Ketsuki Rei. Szukam przewodnika.- odparła zwięźle.- A ty to niby kto?


- Zaraz, zaraz. TY jesteś Ketsuki Rei?!- zszokowany zamrugał kilka razy.- TY jesteś egzorcystą najwyższej klasy?!


- Po pierwsze: może trochę ciszej? Po drugie: tak, to ja. I po trzecie: powtarzam: kim jesteś?- założyła ręce na piersiach.


- Wow. Ciężko uwierzyć, że tak potężnym egzorcysta jest dziewczyna.- oznajmił.


- Szowinista!- wrzasnęła, zrywając się na nogi.


- Feministka się znalazła!- prychnął, również wstając.


- A co?! Masz z tym jakiś problem?!- krzyknęła z diabelskim błyskiem w oku.


- Nie, nie, nie.- zaprzeczył gwałtownie.- A tak w ogóle jestem Okumura Rin.- przedstawił się.- Jak chcesz mogę cię oprowadzić.- zaproponował.


- Chętnie.- uśmiechnęła się, a Rin wbrew sobie pomyślał, że ma naprawdę słodki uśmiech.








Data kolejnego rozdziału: 25.07.14
Do zobaczenia!

piątek, 27 czerwca 2014

Tora z Duchów: 3

I kolejny fragment Tory. Nudne jak flaki z olejem. Krótkie i kiepsko opisane. mam problem z opisaniem walki. Dedykacja dla Uli i Pieguska.





3

            Podskoczyłam kilka razy w miejscu. No i gdzie ta mała? Boże! Jak ja nie lubię czekać! Większość członków zakonu zasiadła na trybunach, dyskutując i obstawiając, kto wygra.

- Hej, Tora!- wrzasnął Josh, wysoki blondyn o radosnych szarych oczach.

- Co?- odkrzyknęłam ze śmiechem.

- Nie bądź za ostra dla młodej!

            Uśmiechnęłam się delikatnie i wyciągnęłam miecz.

- Będę uważać!- obiecałam.

            Wtedy do środka weszła Taylor. Stanęła naprzeciwko i wyjęła sztylet. Ruszyła do ataku, celując w serce. Nagle rozpłynęła się w powietrzu. Osz, w mordę! To jednak nie będzie takie łatwe. Mocne kopnięcie w plecy zwaliło mnie z nóg. Przetoczyłam się kawałek. Leżąc twarzą w dół, zaczęłam gorączkowo obmyślać plan działania. Serce waliło mi jak młotem, a ciało oblewał zimny pot. Panika…

- Tora.- spokojny głos Sivy ukoił moje skołatane nerwy.- Uspokój się. Wciąż możesz ją pokonać.

            Odetchnęłam głęboko i przymknęłam oczy. Mam ją… Jej zapach, oddech, bicie serca. Celuje w biodro. Szybkim ruchem podcięłam jej nogi i wbiłam pięść w brzuch. Nie pozostała mi dłużna i sztyletem zadrasnęła mój policzek. Cięłam w nogę, ale kopnęła mnie w splot słoneczny. Odleciałam kawałek i straciłam na chwilę oddech. Nie! Nie mogę przegrać…

            Nagle Taylor znalazła się przy mnie i wbiła mi ostrze w brzuch. Krzyknęłam krótko, a ona zniknęła. Podniosłam się na nogi i przycisnęłam palce do rany.

- Muszę działać szybko.- szepnęłam i natarłam na przeciwniczkę.

 W mgnieniu oka znalazła się za mną i cięła po plecach. Odwróciłam się, próbując trafić w brzuch. Tylko ją zadrasnęłam. Szybko traciłam siły.

- Tora, tracisz dużo krwi.- w głosie Sivy wyłapałam troskę.- Poddaj się.

- Nigdy.- warknęłam i udało mi się trafić Taylor w ramię.

Zaskoczona straciła koncentrację. Wykorzystałam moment i powaliłam ją na plecy. Przystawiłam czubek miecza do jej gardła.

- Poddaję się.- oznajmiła, a ja cofnęłam się.

            Zakręciło mi się w głowie i powoli zapadłam się w mrok. Ostatnim co usłyszałam był zdenerwowany głos Sivy:

- Trzymaj się, mała.





Data kolejnego rozdziału: 11.07.14
Chyba, że się rodzinka zjedzie.

Fairy Tail: 4 lata: Rozdział 1

Zgodnie z obietnicą. Udało mi się coś wstawić. Co znaczy, że rodzice są zadowoleni z mojej średniej.
Shija: Za dużo gadasz.
Tak. Tak. Już to gdzieś słyszałam.
Shija: Ty się lepiej bierz do roboty. Leń parszywy.
Kolejny raz to słyszę. Dedykacja dla Magdy.





Rozdział 1

            Mimo iż nie minęło jeszcze południe, w gildii już panował ogromny rozgardiasz. Wszędzie latały meble i, niekiedy, magowie. Kiedy kolejny z kolei kufel roztrzaskał się na jego plecach, wstał i skierował się do drzwi. Pchnął ciężkie drewno, które uderzyło w coś po drugiej stronie. Rozejrzał się i zauważył dziewczynę, zbierającą się z ziemi przy ogromnym dębie. Nie potrzebował dużo czasu, by ją rozpoznać. Wystarczyły mu jej różowe włosy i duże, ciemnozielone oczy.

- Nemu…- szepnął. Nie miał wątpliwości.

            Zaraz za nim z gildii wybiegła jego dziewczyna Cana. Tak jak on, stanęła zszokowana.

- Niemożliwe! Ty nie żyjesz!- krzyknęła nagle.

            Z budynku zaczęli wychodzić inni, zwabieni krzykami. Wszyscy reagowali tak samo.

            Stała naprzeciw swoich przyjaciół, swojej rodziny i, skrępowana, miętoliła w dłoniach kraniec szalika. Nerwy zżerały ją od środka. Może to jednak nie był najlepszy pomysł. Zanim zdążyła rozerwać gnieciony rąbek, na szyje rzuciła jej się Juvia.

- Nemuś!- krzyknęła, lądując wraz z przyjaciółka na ziemi.

            Łzy niebieskowłosej moczyły jej ramię. Patrzyła w bezchmurne niebo, czując, że zaraz sama się popłacze. Nad nią latały dwa Exeedy. Niebieski i brązowy. Happy i Eris. Oba wypuszczały z siebie fontanny łez. Wiedziała, że więcej nie wytrzyma. Wybuchła  głośnym śmiechem, a po policzkach spłynęły słone krople. Reszta w końcu otrząsnęła się z szoku i, z radosnymi okrzykami, otoczyli leżące dziewczyny.

- Co tu się wyrabia?!- głos  Gildartsa uspokoił  magów. Tłum rozstąpił się, dopuszczając go do, stojącej w środku, postaci.

- Niesamowite.- zaskoczony mężczyzna przyjrzał się jej.- Ty nadal żyjesz.

- Yo, Gildarts.- przywitała się, ocierając łzy.- Choć może powinnam mówić „mistrzu”.

- Bardzo zabawne.- zaczął, mierząc ją wzrokiem.- Dlaczego wróciłaś?

- Chcę wrócić w szeregi gildii.- odparła, poważniejąc.

- Nemu…- wymawiając jej imię, westchnął cicho.- Minęły cztery lata. Myślisz, że tak od razu cię przyjmę?

- Ale…- zająknęła się.- To mój dom. Moja ro…

- Mam pomysł.- przerwał jej, uśmiechając się podstępnie.- Urządzimy pojedynek. Wybiorę ci przeciwnika i, jeśli wygrasz, zostaniesz. Jeśli nie, pomyślę nad tym.- oznajmił, zacierając dłonie.

            Milczała, trawiąc jego słowa. Czy on mówi poważnie?! Nie wróciła, żeby walczyć z swoimi nakama. Jednak… Westchnęła.

- Zgoda.- przystała na jego propozycje, rozglądając się po magach.

- Wspaniale. Laxus, chodźże tu! Cała reszta cofnąć się!- krzyknął Clive, samemu się wycofując.- Zaczynajcie!- z tym jednym słowem dwójka magów ruszyła na siebie.

            Początkowo mierzyli się jedynie w walce wręcz. Może brakowało jej siły, ale była od niego mniejsza i szybsza. Unikała jego ataków, czekając na dogodny moment na kontratak. Zanim jednak takowy nadszedł, blondyn powali ją na ziemie i unieruchomił jej nadgarstki. Zaklęła i nabrała powietrza. Dosyć cackania.

- Ryk Księżycowego Smoka!- wrzasnęła, wypuszczając z ust ogromny strumień srebrnego światła.

            Atak wysłał go w powietrze, a ona nie czekając, aż spadnie, wyskoczyła w górę. Kiedy znalazła się nad nim, skrzyżowała ramiona.

- Atak Skrzydłem Księżycowego Smoka!- zaatakowała, lecącego w dół chłopaka.

            Wbił się w ziemie, tworząc w bruku sporą dziurę, a ona wylądowała na krawędzi, cudem nie wpadając do środka. Podniósł się, a jego ciało otoczyły błyskawice. Wyskoczył z krateru i zaatakował ją wiązką piorunów.

            Porażona prądem, krzyknęła, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Upadła i skuliła się. Zbliżył się do niej, złapał za włosy i uniósł do góry. Pięścią, otoczoną wyładowaniami, uderzył ją w brzuch. Obdarzyła go grymasem uśmiechu i zacisnęła pięści.

-Sekretna Technika Smoczego Zabójcy Księżyca: Srebrzysta Lilia: Pieśń Andromedy!- z jej dłoni wypłynęły srebrne pięciolinie i obwiązały ją i jej przeciwnika. Zaczęła śpiewać w smoczym języku, a z każdym słowem blask dookoła przybierała na sile. Po kilku sekundach wszystko eksplodowało, a Laxus przebił się przez jedną ścianę gidii.

- Niszczy mi gildie, jak Natsu.- jęknął Gildarts.

- No cóż…- westchnęła, stojąca obok, Mira.- W końcu są rodziną.

- Na szczęście to tylko jedna dziura.- mina mężczyzny zrzedła, gdy Dreyar wyważył drzwi, wracając do walki.- Zamorduje ich.

             Zaklęła cicho, kiedy znów ruszył na nią. Powoli kończyła jej się cierpliwość.

-Koniec zabawy.- warknęła.- Sekretna technika Smoczego zabójcy Księżyca: Srebrzysta Lilia: Księżycowy Armagedon!- wszystko pociemniało, a nad walczącymi pojawiła się ogromna księżycowa tafla, z której wystrzelił słup jasnego światła. Bruk w pobliżu popękał i uniósł się w górę, a obserwujących pojedynek członków gildii odrzuciło. Kiedy wszystko wróciło do normy, wszyscy ujrzeli ogromny krater, a na jego dnie nieprzytomnego blondyna i klęczącą na ziemi Nemu.

            Wpatrywała się w nieprzytomnego chłopaka z niedowierzeniem. Coś za łatwo jej poszło. Uniosła w górę pięść. Zaraz sama padła na ziemie, tracąc kontakt z rzeczywistością. Była wyczerpana.


Zaraz wstawie jeszcze coś. Liczę na komentarze.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Tora z Duchów: 2

Witam znowu. I kolejna dłuższa przerwa. Sorka. No nic wstawiam kolejny rozdzialik.








2



- Tora, musimy pogadać.- słysząc Sive, odłożyłam czytaną książkę i wzięłam miecz z biurka.


- O co chodzi?- spytałam, siadając na łóżku.


-O turniej. Naprawdę chcesz wziąć w tym udział?- ta niepewność w jego głosie ciut mnie zaskoczyła.


- Tak. Chcę pokazać, że nie jestem taka słabiutka.- wyjawiłam po chwili namysłu.


- Kto powiedział, że jesteś słaba?- gdyby mógł, zapewne spojrzałby na mnie jak na idiotkę.


- Nikt.- wzruszyłam ramionami.- Chce sobie coś udowodnić.


- Nie przekonam cię.- westchnął ze zrezygnowaniem.- Możesz na mnie liczyć.


            Zamrugałam parę razy. Czy ja dobrze słyszę? Siva oferuje mi swoją pomoc? Mam chyba omamy.


- Dziękuje.- uśmiechnęłam się delikatnie i, uprzednio zawieszając miecz na plecach, opuściłam sypialnie.


            Idąc do auli, nuciłam wesoło pod nosem. O tej porze na korytarzach kompleksu panował tłok. Spora część młodszych powtarzała przed zajęciami. W końcu nie mogliśmy opuszczać terenów Zakonu, więc to tu kończyliśmy szkołę i studiowaliśmy. Dopiero, kiedy starszyzna ogłaszała, że dana osoba była po szkoleniu, mieliśmy możliwość powrotu do zwykłego świata. Ci, którzy decydowali się zostać, byli nazywani Strażnikami.


            Podeszłam do stolika i wpisałam swoje nazwisko na liste.


- Tora-senpai?- usłyszałam i odwróciłam się.


            Za mną stały dwie dziewczyny, rok czy dwa młodsze. Jedna nazywała się Taylor, a druga Brianna. Chyba…


- Cześć. Stało się coś?- spytałam.


            Ta pierwsza spłonęła rumieńcem i spojrzała na mój miecz.


- Czy Siva-san chciałby ze mną potrenować?- wymamrotała, a ja podrapałam się po głowie. Kolejna. Czy każda panna, oprócz mnie buja się w Sivie? Matko, to chyba ósma w tym tygodniu.


- Wiesz…- z zakłopotaniem zaczęłam skubać bransoletkę.- Ostatnio nie chciał ze mną trenować, ale może z tobą poćwiczy.- zanim zdążyłam, chociażby dotknąć pokrowca, on pojawił się obok.


            Taylor przypominała teraz dojrzałego pomidora. Brianna spojrzała na nas z ogniem w oczach.


- Taylor wyzywa was na Pojedynek Ognia!- wrzasnęła, a ja westchnęłam.


            Pojedynek Ognia był tradycją Zakonu. Walczący stawiali na szali swoje bronie, czyli mogłam stracić Sive. Od początku mojej kariery miałam już 65 wyzwań, ale jeszcze nie przegrałam. Nigdy też nie odbierałam przeciwnikowi broni.


- To prawda?- zimny głos mojego partnera sprowadził mnie na ziemie. Czerwona dziewczyna skinęła głową. Spojrzeliśmy na siebie.- Wyzwanie przyjęte.- brunet odetchnął ciężko.- Za pół godziny na arenie.- dodał na odchodne. Odszedł od nas, ale kiedy zdał sobie sprawę, że nie idę za nim przystanął.- Tora! Ruchy!


- Tak, tak. Idę.- dogoniłam go i ruszyliśmy na arenę.


Data nowego rozdziału: 27.06.14.
Postaram się dotrzymać obietnicy. Jeśli cos by się stało zawiadomię.

czwartek, 22 maja 2014

Z dziennika Ayane: Fragment 1

Witam. Długo mnie nie było. Ciekawe czy ktoś jeszcze czyta tego bloga.
Shija: Ja sądzę, że nie. Poza tym smęcisz, że cię coś rozkłada, a zamiast leżeć siedzisz na komputerze. I gdzie tu sens?
Cichaj. Nikt cię o zdanie nie pytał. A tak w ogóle głowa mnie boli.
Shija: To wyłącz to wycie, albo chociaż ścisz.
Po pierwsze: to nie wycie. Tylko Hunter. Po drugie: mam zatkane uszy, więc jak ściszę to nie będę nic słyszeć. Dobra, kończmy ta dziwną dyskusje. Dedyk dla Uli i Agaty W.






Fragment 1

- Jane, Aya-chan.- usłyszałam za sobą wychodząc ze szkoły.

- Hai, hai. Jane.- odpowiedziałam, uśmiechając się słodko. A że zamiast patrzeć, gdzie idę, spoglądałam na przyjaciółki, to wpadłam na kogoś.- Zimno.- mruknęłam, kiedy wylądowałam na śniegu.

- Sorka. To niechcący.- słysząc znajomy głos, skrzywiłam się. Tylko nie on. Błagam, tylko nie Kouta. Jak ja go nienawidzę.- Nic ci nie jest, Ayane?

- Nie, nie. Nie musisz się martwić, Kouta-kun.- odparłam, cudem opanowując sarkazm. Wyciągnął do mnie dłoń i pomógł mi wstać.- Arigato.- uśmiechnęłam się i odbiegłam. Byle jak najdalej od niego…

Po półgodzinie dotarłam do swojego domu. Otworzyłam furtkę i weszłam do ogrodu. Idąc uliczką, odpowiadałam na powitania ochroniarzy, pracujących w firmie ojca.

Słówko o mojej rodzinie. Mój ojciec jest właścicielem ogromnej firmy ochroniarskiej „Ayazawa Company”. Ma na imię Tsubasa i, tak jak ja, ma rude włosy. Jest wysoki i baaardzo postawny. To po nim mam ten pyskaty i sarkastyczny styl bycia, ale jeśli chcemy potrafimy być uprzejmi. Mimo wyczerpującej pracy, zawsze znajdzie czas na uspokajanie mnie i moich braci.

Moja matka to Mitsuki. Nie pracuje, woli zajmować się domem. Ma 43 lata, ale wygląda na 25. Zawsze znajdzie czas by mi doradzić. Oprócz tego podejrzewam u niej anielską cierpliwość, bo to zawsze ona przychodziła na wezwania dyrektora po moich bójkach. Nie lubi mieszać się w sprawy firmy. Jej włosy są czarne jak smoła, a oczy mają kolor lawendy, zupełnie jak moje. Uczyła się na makijażystkę i fryzjerkę, więc to zawsze ona przygotowuje mnie na imprezy.

Jak wcześniej wspominałam mam braci. Dwóch. Starszy nazywa się Haru i wygląda podobnie do nasze matki. Często się kłócimy, bo mamy identyczne charaktery. Mimo wszystko dba o mnie jak mało kto. Jakbym sama nie umiała się obronić.

Młodszy ma na imię Hiroki. Jest kopią naszego ojca, czyli rude włosy i stalowoszare oczy. Uwielbia doprowadzać mnie do szału i oglądać filmy szpiegowskie. Jest ode mnie dwa lata młodszy, co wykorzystuje, jak tylko może. Jako jedyny w rodzinie nie jest utalentowany plastycznie, za to nieźle śpiewa. Boże! Co ja gadam?! Jest genialny.

Otworzyłam drzwi i, po przywitaniu z matką, ukryłam się w moim pokoju. Rzuciłam torbę pod biurku i padłam na łóżko. Ciesząc się spokojem, spoglądałam na niedokończony obraz. Znów brakowało twarzy. No nic, jak czegoś niewymyślne to wsadzę go do „składziku”.

Panującą ciszą nie cieszyłam się długo, bo do mojego pokoju wpadł Haru.

- Hej, młoda!- wrzasnął na powitanie.- Zabieram cię dziś na imprezę.

- Że co?!- oburzona, usiadłam na łóżku.

- No co?- spytał.- kojarzysz Lucy, nie?- kiwnęłam głową. Oczywiście, że znałam tą gadatliwą blondynkę, do której od 3 miesięcy wzdycha mój brat- No bo rozmawiałem z nią i powiedziałem, że zabieram młodszą siostrę do klubu. Zapytała mnie czy może iść z nami i tak wyszło.- ukucnął przy mnie i złapał za ręce.- To co? Pomożesz mi?- wlepił we mnie oczy szczeniaka.

Dlaczego ja jestem dla niego taka dobra? Już sama nie wiem.

- Zgoda.- spuściłam głowę.- A teraz… Wynoś się zanim połamię ci kości!- wydarłam się i wykopałam go za drzwi.

- Demon.- usłyszałam jeszcze jego głośny jęk.

- Dureń.- odpyskowałam.

Wróciłam na poprzednie miejsce i gapiłam się tępo w sufit.

### Wieczorem ###

Dlaczego ja się na to zgodziłam?! Jakby nie dość, że Hiroki uznał, że warto ze mnie pożartować i popodmieniał mi farby, przez co obraz do szkoły nadaje się do śmieci, to jeszcze musiałam wcisnąć się w tą czarną spódniczkę i srebrny top. No i jeszcze te buty… Grrr… Długie kozaki na obcasach. Złamie nogę jak nic.

-Ayaś.- jęknął po raz kolejny Haru.- Idziemy?

- Chwila.- odpowiedziałam rozdrażniona.

Raz jeszcze spojrzałam na moje odbicie i zeszłam na dół.

- Wow. Aya, wyglądasz… Wow.- skomentował.- Pierwszy raz widzę cie w rozpuszczanych włosach. Chyba…

Prychnęłam i pokręciłam głową.

- Idziemy?- spytałam, zakładając krótką, białą kurtkę z, obszytym futrem, kapturem.

Pokiwał głową i otworzył przede mną drzwi. Wzniosłam oczy do nieba. Za jakie grzechy ja muszę tam iść? Podeszliśmy do samochodu „mojego braciszka”. Czarny lakier sportowego Audi błysnął w świetle latarni. Otworzyłam drzwi i wsiadając, uderzyłam głową w ramę. Opadłam na fotel pasażera, przyciskając dłonie do czaszki. On zajął miejsce kierowcy, chichocząc pod nosem. Zgromiłam go wzrokiem.

-Jedź, a nie się śmiejesz.- warknęłam.

- Już, już, Ayaś.- odparł, odpalając silnik i wyjeżdżając z podwórza.

Podjechaliśmy pod dom Lucy. Blondynka czekała na nas na werandzie. Wysiadłam z auta i pomachałam jej.

- Siemka.- przywitałam się.- Ayane jestem. Siostra Haru.

- Cześć. Lucy. Myślałam, że będziesz młodsza. Ile ty masz lat?- zapytała, podchodząc do samochodu.

- 16.- wyjaśniłam.- Ale Haru lubi traktować mnie jak dziecko. Wsiadaj.- rzuciłam, otwierając drzwi i siadając na tylne siedzenie.

            Ukochana mojego brata zajęła miejsce pasażera i wdała się w rozmowę z brunetem. Znudzona oparłam głowę o zagłówek i oddałam się myślą.

            Kiedy w końcu dojechaliśmy pod klub, wysiadłam z samochodu i przeciągnęłam się. Brat posłał mi ostrzegawcze spojrzenie. Że niby mam zachowywać się jak słodka dziewczynka? Po moim trupie! Tu nie spotkam ludzi ze szkoły. Nie muszę być plastikową Barbie. Aż mnie mdli po całym tygodniu udawania. Myślałam, że zwariuje.

            Weszliśmy do klubu i moi towarzysze udali się na parkiet. Poszłam za nimi. Chwile potańczyłam i udałam się do baru.

            Przyciągałam wzrok. Jak zawsze zresztą. Często mi mówili, że jestem ładna. Tata nazywał mnie swoim klejnotem w rodzinnej koronie. Czasem też porównywali mnie do róży. Pięknej, ale chronionej kolcami.

            Nagle poczułam czyjąś dłoń na tyłku. Złapałam delikwenta za rękę i przerzuciłam go przez ramię.

- Zboczeniec.- prychnęłam wracając do brata. Lucy wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem.- No co?- spytałam.

- Jak ty to zrobiłaś?- wydusiła

- Może nie wygląda, ale Ayaś jest silniejsza niż niejeden chłopak.- wyjaśnił Haru.

- No, a jak!- wyszczerzyłam zęby.- Może wrócimy, za nim ktoś zadzwoni po rodziców.- zaproponowałam.

            Wyszliśmy z klubu i wsiedliśmy do auta. Odwieźliśmy Lucy i wróciliśmy do domu.

- Naprawdę nie mogłaś sobie odpuścić?- brat spojrzał na mnie rozczarowany.

- Facet mnie macał.- skwitowałam zimnym głosem.- Co innego miałam zrobić?

- Mogłaś zacząć krzyczeć jak normalna dziewczyna. Nie musiałaś od razu używać siły.- zrugał mnie.

            I co jeszcze? Miałam może płakać? Za Chiny ludowe. Wyskoczyłam z samochodu i dumnym krokiem weszłam do domu.

             W wejściu zatrzymał mnie Jose, jeden z ochroniarzy z firmy taty. Jeśli tu był, oznaczało to dużą robotę.

- Cześć, młoda. Szef cię szuka.- oznajmił.

- Siema, Jose.- przywitałam się.- Duża sprawa?

- Spostrzegawcza jesteś.- pochwalił się.- Dobry będzie z ciebie ochroniarz.

            Uśmiechnęłam się i weszłam po schodach. Nie zawracając sobie głowy pukaniem, wparowałam do gabinetu i, ignorując pozostałych mężczyzn, podeszłam do ojca, siadając mu na kolanach.

            Ogarnęłam wzrokiem mężczyzn i ze zdziwieniem stwierdziłam, że w pokoju siedzi sześciu najlepszych ludzi taty. Razem z Jose tworzyli elitę firmy i  skoro tu siedzieli, tylko upewniali mnie, że nie będę się nudzić.

            Chwile później dołączył siódmy najlepszy, a ja przesiadłam się na biurko. Tata wstał i podszedł do okna.

- Dziś rano dostałem zlecenie ochrony na balu.- zaczął.- Klient jest kimś bardzo ważnym i obawia się o bezpieczeństwo swojej rodziny. Rozmawiałem z nim i dowiedziałem się, że pewni ludzie mogą wykorzystać bankiet do swoich celów. Prosił o moich najlepszych ludzi, więc wysyłam was. Jakieś pytania?- spytał, lustrując nas wzrokiem.

            Marco, postawny facet o łysej głowie i bliźnie na prawym policzku, wstał ze swojego miejsca.

- Co tu robi ten dzieciak?- ruchem głowy wskazał na mnie, a ja przez chwile zastanawiałam się, czy nie wyjąć z szuflady mojego Deserta Eaglea 0,50 i strzelić mu w łeb. Nikt nie będzie mówił o mnie „ten dzieciak”.

- To moja córka, Ayane, która przestanie próbować wyciągnąć jej kochany pistolet z mojego biurka i zacznie słuchać.- spojrzał znacząco na moją rękę, którą właśnie sięgałam do jednej z szuflad.- Pomoże nam w ochronie.

- Ma świetne oko.- wtrącił Ivan, wiecznie uśmiechnięty brunet.- Raz czy dwa widziałem ją w akcji i nigdy nie chybiła.

- Dzięki, Ivan.- zachichotałam.- Jeśli to już wszystko to wracam do pokoju.- zeskoczyłam z biurka i ruszyłam do drzwi.

- Jutro o 15 jedziemy do klienta.- poinformował mnie tata, kiedy stałam w drzwiach.



Długie to wyszło.
Shija: Taa... 5 stron w Wordzie.
No nic. Do następnego.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Tora z Duchów: 1

Witam serdecznie! Jak widzicie wzięłam się w garść i wstawiam kolejne opowiadanie.
Shija: To dość dziwne bo ostatnio myśli tylko o koncercie.
10 maja w Płocku zagra Perfect! Musze na to iść. Idzie ktoś ze mną?
Shija: Nie.
Ciebie nikt nie pytał. Rozdział dedykuje Martynie i Agacie W.




1

- Tora!- ignorując irytujący głos, przekręciłam się na drugi bok.- Tora, ty leniwa mendo!- słysząc obelgę, usiadłam na łóżku i grzmotnęłam Strażnika pięścią w nos.

- Czego?!- warknęłam.

- Za pięć minut na auli.- poinformował mnie.- Starszyzna chce coś ogłosić.- opuścił mój pokój, rzucając jeszcze ostrzegawcze spojrzenie.

            Niechętnie wyskoczyłam z pościeli i spojrzałam na mój miecz na biurku. Sądząc po tej niecodziennej ciszy, Siva nadal spał.

            A tak. Powinnam się przedstawić… Nazywam się Tora Kitsune i zdecydowanie nie jestem zwykłą dziewczyną. Należę do Zakonu Duchów, specyficznej organizacji, skupiającej ludzi wyjątkowych. Każdy z nas walczy bronią, o duszy człowieka. Do mnie trafił Demoniczne Ostrze Siva. Zdaniem Starszyzny oboje jesteśmy niezwykli. Ja jeszcze nie odkryłam swoich zdolności, a on potrafi przyjąć ludzką formę, z czego korzysta raz na ruski rok. Dodatkowo kompletnie nie potrafimy ze sobą współpracować i ciągle się kłócimy. Idealna para, nieprawdaż?

            W ekspresowym tempie umyłam się, ubrałam i związałam włosy. Kiedy wyszłam z łazienki, zauważyłam, opartego o biurko, chłopaka. Miał czarne włosy, zasłaniające jedno oko, i stalowoszare tęczówki. Ubrany był w skórzaną kurtkę, czarną bluzkę, ciemne spodnie, ozdobione łańcuchami, i glany. Wpatrywał się we mnie z rozbawieniem.

- Wychodzisz.- bardziej stwierdził niż zapytał.

- Zostajesz.- oznajmiłam i ruszyłam do drzwi. Gdy przechodziłam obok, złapał mnie za rękę i, najprościej w świecie, przeistoczył się w miecz.

            Westchnęłam głośno, wsadziłam go do pokrowca i zawiesiłam na plecach. Opuściłam pokój i udałam się do auli.

            Była to ogromna, okrągła sala, zwieńczona szklaną kopułą. Ściany obito czerwonym materiałem, białe płytki na podłodze lśniły czystością. Na środku stała scena, otoczona z każdej strony rzędami krzeseł. Na podium widniało siedem tronów, zarezerwowanych dla Starszyzny.

            Usiadłam na końcu i wbiłam spojrzenie w Starszych, czyli siódemkę najstarszych członków Zakonu. Zdążyłam w samą porę.

- Witam was, wybrańcy!- zaczął przewodniczący.- Obserwując wasze postępy, zdecydowaliśmy się zorganizować specjalny turniej. Zwycięzcy zostaną wcieleni do Strażników.- po sali przetoczył się szmer podniecenia, a moje oczy zabłysły. Turniej…- Zapisy są otwarte do końca tygodnia.- ruchem ręki wskazał nam stolik przy wejściu.- Dobrze to przemyślcie. To wszystko. Rozejść się.

            Podniosłam się i stanęłam przy ścianie.

- Chyba nie chcesz się zgłosić?- głos Sivy odwrócił moją uwagę od innych.

- Zaraz nas zapiszę.- oznajmiłam

- To ma być wspólna decyzja.- przypomniał mi.- Wiesz co to znaczy?

- Oczywiście.- warknęłam.- Dlatego idę nas zgłosić.

- Powinniśmy to obgadać.- wnerwiony brunet pojawił się przede mną.

- Idę nas zgłosić.- powtórzyłam po raz kolejny.

            Siva westchnął głośno i prostym ruchem przerzucił mnie sobie przez ramię.

- Ej!- wrzasnęłam.- Odstaw mnie!- zaczęłam okładać jego plecy pięściami, ale on ruszył przed siebie, nic sobie nie robiąc z moich protestów.

- Zamkniesz się w końcu?!- ryknął na mnie po piętnastu minutach. Wściekła zmrużyłam oczy. Na mnie się nie krzyczy, bo zawsze odpowiadam tym samym.

- Nie wrzeszcz na mnie!- krzyknęłam.

- To bądź cicho!- rozkazał jeszcze głośniej.

- To mnie odstaw!- zażądałam, kiedy wchodził do mojego pokoju. Wściekły rzucił mnie na łóżko z taką siłą, że kilka razy podskoczyłam na materacu. Kiedy przestałam się odbijać, on już leżał na biurku w formie miecza

- Menda.- warknęłam pod nosem i położyłam się plecami do niego. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.  

piątek, 18 kwietnia 2014

Ao no Exorcist: Prolog

Witam wszystkich!
Shija: Wreszcie zagoniłam ją do roboty! I od teraz opowiadania będą wstawiane codziennie!
Co?! Mowy nie ma! Jeszcze nie wszystkie są gotowe!
Shija: A co zamierzasz robić przez święta?
Jak to co? 20h spać, a 4 odpoczywać. I jeszcze raz na jakiś czas pisać.
Shija: Ja mam dla ciebie inny plan. Będziesz 4h spać, 19h pisać, a 1 odpoczywać. Jakieś zastrzeżenia? * mroczny uśmiech*
O moim planie na święta pogadamy później. Rozdział z dedykacją dla moich motywatorów. Wiecie, że o was mówię.





 
Prolog

            Fioletowowłosa dziewczyna zatrzymała się w progu pokoju akademickiego i krytycznym wzrokiem ogarnęła pomieszczenie. Stojący za nią Mephisto, wystawił głowę zza góry toreb.

-Przepraszam, Rei, ale jeśli będziesz tak dłużej stała, to ręce mi zaraz odpadną. Twój bagaż sporo waży.- jęknął.

- Gomenasai.- Rei uśmiechnęła się przepraszająco, przymykając swoje czerwone oczy.

            Usiadła na łóżku, a mężczyzna postawił jej bagaże na podłodze. Odetchnął głęboko, masując obolałe plecy. „ Co ona tam napakowała?”-pomyślał. „ Kamienie?”

-Czuj się jak u siebie w domu. Zostawiam cię teraz samą.- powiedział, wychodząc.- Zajęcia zaczynają się o czwartej po południu. Nie spóźnij się.- dodał na odchodne.

            Opuścił sypialnie, a nastolatka zdjęła bransoletkę, która momentalnie przekształciła się w miecz obosieczny.

-Czekaj na nasz pojedynek, synu szatana. Już nie długo pokaże ci, jak walczy Krwawy Rycerz.- szepnęła, patrząc w ostrze.  




To tyle na dzisiaj.
Shija: Komentujcie!