# Następnego dnia #
* Tony *
Ze snu wyrwało mnie gwałtowne dźgnięcie w ramie. Zignorowałem je, ale powtórzyło się. Niechętnie uchyliłem powieki i zmierzyłem wzrokiem kurdupla z brązową szopą loków na głowie.
Tony: Czego?
Star: Wstawaj.
Tony: Nie.
Przewróciłem się na drugi bok, obracając się do niej plecami, z głupią nadzieją, że sobie pójdzie. Niestety, z nią nie ma tak łatwo.
Star: Tony! Tony! TONY!
Tony: Znajdź sobie inną ofiarę. Może Rhodey'ego pomęczysz.
Star: Ale zaraz przychodzi Pepper.
Usiadłem niechętnie na łóżku, a Star wyszczerzyła wszystkie ząbki w szerokim uśmiechu, który znaczył tyle co głośne ,,wygrałam".
Tony: Rhodey wstał?
Star: Nie sam. Troche się nakombinowałam, bo mamrotał coś o jakiś jednorożcu. Wyspany?
Tony: Ani troche. A teraz za drzwi.
Jakieś 5 minut później siedziałem w kuchni, wraz z kuzynką i przyjacielem, i zawzięcie maltretowałem jajecznice. Tuż obok siedziała Star, z uporem maniaka rozkręcając suszarkę. Wolałem nie pytać. Roberta pojechała do kancelari z samego rana, obiecując, że nie wróci późno.
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Obaj spojrzeliśmy na Star, która jako jedyna kobieta powinna otworzyć. Z furią cisnęła śróbokrętem o stół i wstał, mamrocząc coś o dyskryminacji i, że nam jeszcze pokaże. Potem był już tylko pisk przy drzwiach. Po chwili wróciła do kuchni w towarzystwie Pepper i ponownie zajęła się suszarką.
Pepper: Straszne dzisiaj upały. Już się boje co będzie w wakacje. Przy okazji macie może jakieś plany.
Star: Ja proponuje wypad do Californi. W sobotę rano.
Tony: Jednak masz coś w tej makówce.
Rhodey: Ja się piszę.
Pepper: Nie stać mnie na opłacenie hotelu.
Tony: To akurat najmniejszy problem.
* Pepper *
Pepper: Nie będziecie za mnie płacić!
Star: On nie o tym. Mamy tam po prostu dom.
Tony: A dokładniej Star ma. W spadku po ojcu.
Słysząc to spojrzałam na szatynkę błyszczącymi oczami, ale ta nie oderwała się od kokejnego urządzenia. Wolałam nie wiedzieć, co majstruje.
Pepper: W takim razie zgoda. Ile moglibyśmy tam siedzieć? I co z Iron Manem?
Tony i Star wymienili krótkie spojrzenia, a dziewczyna odsunęła dłubanine.
Tony: Zbroje można wziąść ze sobą.
Star: Droga nimi zajmie coś około 5 minut. 6 zbroją War Machine.
Rhodey: Nie da się wzmocnić sliników?
Tony: Tłumaczyłem ci już, że ta zbroja powstała dla dużej siły ognia.
Star: Najszybsze są Mark 1 i Rescue. Mam racje?
Tony tylko kiwnął głową, wyrzucając zmaltretowaną jajecznice do śmieci. Klasnęłam w ręce z szerokim uśmiechem, a Star tylko przewróciła oczami, kwitując w ten sposób moje podekscytowanie.
Pepper: Czyli lecimy zbrojami?
Tony: Wzbudzą zbyt wielkie zainteresowanie. I Star zostanie w tyle.
I tyle było ze spokoju. Przez kuchnie przeleciał śrubokręt, ciśnięty z taką siłą, że wbił się w ściane. Razem z Rhodey'm, wycofałam się po za zasięg mojej drobnej przyjaciółki. Tony trafił w jej czuły punkt.
Star: Jak śmiesz, ty...! Jestem szybsza niż ta twoja cholerna, zardzewiała kupa złomu!
Tony wciągnął gwałtownie powietrze i spojrzał na krewniaczkę z mordem w oczach.
Tony: Co powiedziałaś o mojej zbroi?!
Rhodey: Znowu się zaczyna? Naprawde musicie kłócić się o takie głupoty?
Gdyby wzrok mógł zabijać nasz czarnoskóry kumpel już leżałby na podłodze w kałuży krwi i własnych wnętrzności.
Pepper: A może urządzicie sobie wyścig? Jeśli Star wygra, Tony przyzna, że jego zboja to nie cud nowoczesnej techniki, tylko zwykła zabawka. Ale jeśli to Tony okaże się szybszy, Star przez miesiąc nie tknie się technologi, a przez trzy zbroi.
Tony, Star: Stoi.
Pepper: Przy remisie stawiacie lody.
Ruszyliśmy do zbrojowni. Kiedy oboje byli gotowi, poczekałam jeszcze chwile, aż Star rozrusza te swoje, ogromne, czarne skrzydła.
Pepper: Kto pierwszy okrąży Nowy York, wygrywa. J.A.R.V.I.S. będzie pilnował, czy nie oszukujecie. Prawda?
J.A.R.V.I.S.: Wedle życzenia, panno Pots.
Pepper: Skoro wszystko jasne, można zaczynać. Na miejsca! Gotowi! Start!
Wystrzelili w powietrze, jak torpedy, a gigantyczna skrzydła wywołały podmuch, który zmusił mnie do cofnięcia. Kiedy zniknęli, przeczesałam włosy, wyjmując z nich kilka piór i obracając je w dłoniach. Wrócili szybciej niźli się spodziewałam. Wylądowali i odsłonili twarze, a ich oczy niemo pytały werdykt.
Pepper: J.A.R.V.I.S.? Kto wygrał?
J.A.R.V.I.S.: Panna Stark, w kostiumie Dark Angel, i pan Stark, w zbroi Mark 1, wrócili do zbrojowni w tym samym momencie.
Pepper: Czyli idziemy na lody.
Star zamiast pozbyć się stroju, rozwaliła się na podłodze, opatulając się skrzydłami jak kokonem. Kaptur zsunął się jej z głowy, pozwalając, by, przypominające gorzką czekolade włosy, rozsypały się dookoła jej głowy.
Star: Ja mam dość. Jeszcze nigdy tak nie zasuwałam. Idź z Tony'm.
Spojrzałam na przyjaciółke i dostrzegłam w jej oczach ten podstępny błysk. Tony pozbył się zbroi i wyszliśmy.
* Rodey *
Spojrzałem na leżącą na podłodze Star.
Rodey: Wcale nie jesteś zmęczona. Co?
Star: Nie jestem. Ale jak nie wezme spraw w swoje ręcę to będą do końca życia tylko przyjaciółmi. Pepper szaleje za Tony'm.
Rodey: A Tony też lubi ją bardziej niż przyjaciółke. Ale w życiu się do tego nie przyznają.
Star: Właśnie dlatego im pomoge. I przed naszym powrotem z Kaliforni będą już parą.
Rodey: Tylko mnie w to nie mieszaj.
Star: Ej! Troche mi chyba pomożesz?
Zerknąłem na nią i to był błąd. Siedziała na podłodze z miną zbitego psa. Oczy jej błyszczały jakby miała się zaraz rozpłakać. I jak jej odmówić, jak wlepia w człowieka te fantazyjnie niebieskie gały?
Rodey: Dobra. Ale jak przez to Tony mnie znienawidzi to cie zabije.
Star: Prędzej on mnie zabije, ale tym się będę martwić później. Poza tym jak mój plan się uda to będzie mi jeszcze dziękował. A uda się.
Pokręciłem głową. Żeby się przypadkiem nie przeliczyła. Znów wbiłem spojrzenie w ekran i w tej samej chwili rozległ się alarm. Star poderwała się na nogi.
Star: Kto tym razem?
Rodey: Mandaryn. W końcu Tony ma pierścień.
Star: Ale zbroi to już nie wziął, geniusz od siedmiu boleści. Dobra. Lece.
* Star *
Wsunęłam maske, rozłożyłam skrzydła i ruszyłam na spotkanie z tym dziwakiem. Po co myśmy mieszali się w całą tą sprawe z pierścieniami? I co z tego, że to ja ich w to wciągnęłam? Zawsze można zwalić wine na Tony'ego. Nie obrazi się na mnie. Chyba... Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie wiem, gdzie mam tak właściwie lecieć. Nawiązałam połączenie ze zbrojownią.
Star: Gdzie ja mam lecieć?
Rodey: Myślałem, że nie zapytasz. Wschodnia 71.
Dobra. To Wschodnia 71. Ej, chwila! To kompletnie nie w tą strone. Dlaczego, do jasnej ciasnej, Rodey mnie nie zawrócił? Jak wróce do zbrojowni, to go normalnie powiesze! Po kilku minutach dotarłam na miejsce i, rzeczywiście, kilka metrów nad ziemią wisiał Mandaryn, trzymając szamoczącą się Pepper. Ej! Bez takich! Ty tam na górze mniej go lepiej w opiece! Tony starał się chyba negocjować. Ja tam się w to bawić nie będe.
Obróciłam się w powietrzu i obiema nogami kopnęłam przecienika w plecy. Puścił Pepper i zaczął strzelać do mnie z tych pierścionków. Oczywiście, nie pozostałam mu dłużna i ciskałam wniego sztyletami.
Mandaryn: Nie mam czasu się z tobą bawić. Ja tu wróce!
I odleciał. Pomachałam mu na pożegnanie i poleciałam z powrotem do zbrojowni. Pora rozpocząć operacje ,,Uprzykrzanie życia Rodey'emu''.
* Pepper *
Wracałam do domu obok Tony'ego. Przeklęty Mandaryn! I durna Star. Po co pakowała nas w tą sprawe z pierścieniami?! Jakby nie miała dość problemów. Nawet nie zauważyłam jak dotarliśmy na miejsce.
Tony: To... Widzimy się jutro?
Pepper: Pewnie.
Wspiełam się na palce i lekko pocałowałam go w policzek. Zaraz potem pobiegłam do domu, żeby nie mógł zobaczyć moich rumieńców. Jakie licho kazało mi to zrobić? Zbyt długie przebywanie ze Star mi nie służy. Zaczynam działać jak ona. Czyli szybko i bezsensu. To, że jest genialna, wcale nie oznacza, że czesto myśli. Ona raczej liczy na fart. Wspiełam się po schodach, weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Wypadałoby odrobić lekcje. O Boże! Jutro mamy dwie fizyki. Nie! Ja tego nie przeżyje! Tony i Star to mają szczęście. Nie muszą słuchać nauczyciela, bo opanowali to wszystko jako dzieci. Na szczęście to ostatni tydzień. Sięgnęłam po zeszyt od angielskiego, kiedy w okno coś uderzyło. Podniosłam się i wyjrzałam na zewnątrz. Na chodniku stała Star z szerokim uśmiechem. Gestem kazałam jej wejść. Chwile później kopnięciem otworzyła sobie drzwi i wparowała do środka. Nie zdążyłam się nawet przywitać.
Star: Oddasz za mnie referat z fizyki jutro?
Pepper: A co? Nie będzie cie?
Star: Właśnie nie. Jade zacząć ogarniać ten domek. Musze zaktualizować komputer, sprawdzić oprogramowanie, zainstalować J.A.R.V.I.S.'a. I jeszcze pare innych dziwnych rzeczy.
Pepper: Zdążysz na zakończenie?
Star: Czy kiedykolwiek się spóźniłam?
Pepper: Tak. Nawet półtorej godziny.
Star: Cicho. Nikt nic nie wie. Nikt nie pamięta. A tak z innej beczki... Jak randka?
Posłałam jej złe spojrzenie. Po co się głupio pyta?
Pepper: Żadna randka. Poza tym pojawił się Mandarynka i zaliczyłam twarde lądowanie.
Star: Wiem. Przepraszam. Liczyłam, że Tony ruszy głową i cie złapie. Niestety, zapomniałam, że to Tony. To oddasz?
Pepper: Zrób za mnie prace domową a oddam.
Star: Stoi. To co było zadane?
sobota, 14 maja 2016
Istoty: Rozdział 5
Ohayo! dzisiaj wyjątkowo pojawią się dwa rozdziały. Istoty i IM:AA. A to tylko dlatego, że równo o 12 skończyłam !7 lat. Staro się czuje, oj staro.
Rozdział 5
Siedziała po turecku na łóżku, wpatrując się w telefon. Zastanawiała się, czy powinna powiedzieć Natsu i pozostałym o spotkaniu z matką. Wiedziała, że brat był bardzo przywiązany do Hany i to, jaka się stała, sprawi mu ból. Potargała włosy i zagryzła wargi, tłumiąc pełen frustracji krzyk.
Nagle drzwi uchyliły się, a do pokoju zajrzał ojciec. Zmrużył oczy, wypatrując w panującym półmroku córkę. Westchnął cicho i wszedł do środka, zamykając drzwi. Podszedł do dziewczyny i potarmosił jej włosy siadając na krawędzi materaca.
- Co tak po ciemku siedzisz?- zapytał cicho, rozpalając na palcach mały płomyczek.
- Myślałam o mamie.- mruknęła w odpowiedzi, kładąc nogi na kolanach ojca.
- Och...- wyrwało mu się. Czasem zapominał, że dzieciaki ją pamiętają.- Rzadko ją wspominasz. Wszystko w porządku? Masz jakieś problemy w szkole? Może mógłbym ci pomóc.
- Nie trzeba, tato. W szkole wszystko gra. Tylko...- zawiesiła się na chwile, szukając wymówki.- Widziałam dzisiaj dwójkę małych dzieci z mamą, jak wracałam ze szkoły i tak mnie jakoś naszło.- skłamała, bawiąc się włosami.
Igneel przez chwile wpatrywał się smutno w córkę, a potem wyciągnął rękę i usadowił ją na swoich kolanach. Przycisnął jej drobne ciało do siebie, głaszcząc długie różowe włosy.
- Przepraszam cię, malutka. Wiem, że, cokolwiek zrobię, nie zastąpię wam matki. Starałem się, ale nie potrafię. Mam świadomość, że jestem okropnym ojcem i sobie nie radz...
- Przestań!- wrzasnęła, odsuwając się od ojca.- Przstań, przestań, przestań! Dosyć! Nigdy więcej tak nie mów.- krzyknęła, łamiącym się głosem i wtuliła w tatę.- Nie potrzebuję mamy. Ty jesteś lepszy, tatku.
Po dobrych kilkunastu minutach, ojciec ponownie zostawił ją samą, a Nemu porwała telefon i wstukała wiadomość do pozostałych.
Od: Nemu
Za 20 minut w warsztacie. Mamy do pogadania. WAŻNE!
Nagle drzwi uchyliły się, a do pokoju zajrzał ojciec. Zmrużył oczy, wypatrując w panującym półmroku córkę. Westchnął cicho i wszedł do środka, zamykając drzwi. Podszedł do dziewczyny i potarmosił jej włosy siadając na krawędzi materaca.
- Co tak po ciemku siedzisz?- zapytał cicho, rozpalając na palcach mały płomyczek.
- Myślałam o mamie.- mruknęła w odpowiedzi, kładąc nogi na kolanach ojca.
- Och...- wyrwało mu się. Czasem zapominał, że dzieciaki ją pamiętają.- Rzadko ją wspominasz. Wszystko w porządku? Masz jakieś problemy w szkole? Może mógłbym ci pomóc.
- Nie trzeba, tato. W szkole wszystko gra. Tylko...- zawiesiła się na chwile, szukając wymówki.- Widziałam dzisiaj dwójkę małych dzieci z mamą, jak wracałam ze szkoły i tak mnie jakoś naszło.- skłamała, bawiąc się włosami.
Igneel przez chwile wpatrywał się smutno w córkę, a potem wyciągnął rękę i usadowił ją na swoich kolanach. Przycisnął jej drobne ciało do siebie, głaszcząc długie różowe włosy.
- Przepraszam cię, malutka. Wiem, że, cokolwiek zrobię, nie zastąpię wam matki. Starałem się, ale nie potrafię. Mam świadomość, że jestem okropnym ojcem i sobie nie radz...
- Przestań!- wrzasnęła, odsuwając się od ojca.- Przstań, przestań, przestań! Dosyć! Nigdy więcej tak nie mów.- krzyknęła, łamiącym się głosem i wtuliła w tatę.- Nie potrzebuję mamy. Ty jesteś lepszy, tatku.
Po dobrych kilkunastu minutach, ojciec ponownie zostawił ją samą, a Nemu porwała telefon i wstukała wiadomość do pozostałych.
Od: Nemu
Za 20 minut w warsztacie. Mamy do pogadania. WAŻNE!
Leżał na desce, naprawiając przewody w starym Audii. Słyszał dochodzące z góry głosy ojca, różowego pokurcza i Levi. We troje walczyli z bałaganem administracyjnym, zostawiając cały warsztat na jego głowie. Westchnął wkurzony, kiedy kolejny klient wkroczył do środka. Wyjechał spod samochodu i wytarł ręce o kombinezon mechanika. Odetchnął z ulgą, kiedy okazało się, że to tylko Sting i Rouge. Czyli brakowało tylko Salamandra.
- Gdzie Nemu?- blondyn uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu.
Gajeel bez słowa wskazał na schody, po których zbiegły dwie dziewczyny.
- Dobrze się spisałyście!- zawołał za nimi Metalicana, zatrzaskując drzwi biura.
- Wszystko załatwione.- zameldowała Levi, zakładając czarną kurtkę i słuchawki.- Widzimy się w szkole.
- Ta. Dzięki.- potarmosił jej lekko włosy.- Wiszę ci kawę.
Niebieskowłosa pożegnała się z resztą i wyszła, zderzając się w drzwiach z Natsu, za którym szła Wendy.
Po pięciu minutach siedzieli na blatach w pomieszczeniu gospodarczym, a Nemu relacjonowała ostatnie wydarzenia, obracając w dłoniach kubek herbaty. Pozostali słuchali w ciszy, nie przerywali, wiedząc, że to tylko utrudni jej powiedzenie wszystkiego. W końcu zamilkła, niepewnie unosząc wzrok na przyjaciół. Gajeel i Rouge nie wyglądali na szczególnie poruszonych, Sting ze smutkiem kiwał głową, Wendy przyglądała się koleżance ze współczuciem, a Natsu... A Natsu wpatrywał się w siostrę z takim bólem, że ścisnęło ją serce. Wyciągnęła ręce, próbując objąć brata, ale ten odepchnął ją, z hukiem wybiegając z warsztatu. Patrzyła za nim bez słowa, zaplatając palce. Poczuła jak czyjeś palce zaciskają się na jej ramieniu.
- Będzie dobrze.- pocieszył ją Rouge, lekko wzmacniając uścisk.- On tylko potrzebuje czasu.
- Wiem.- kiwnęła głową, przełykając łzy.- Tylko się o niego boję. Mam złe przeczucia.
- Wróżką ty raczej nie jesteś.- prychnął Gajeel.- Ale ja też to czuję.
- Nadchodzi coś silnego.- potaknął Sting.
- I niebezpiecznego.- westchnęła Wendy zbolałym tonem.- Pójdę poszukać Natsu-san.- dodała, zeskakując z blatu i wychodząc.
- Gdzie Nemu?- blondyn uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu.
Gajeel bez słowa wskazał na schody, po których zbiegły dwie dziewczyny.
- Dobrze się spisałyście!- zawołał za nimi Metalicana, zatrzaskując drzwi biura.
- Wszystko załatwione.- zameldowała Levi, zakładając czarną kurtkę i słuchawki.- Widzimy się w szkole.
- Ta. Dzięki.- potarmosił jej lekko włosy.- Wiszę ci kawę.
Niebieskowłosa pożegnała się z resztą i wyszła, zderzając się w drzwiach z Natsu, za którym szła Wendy.
Po pięciu minutach siedzieli na blatach w pomieszczeniu gospodarczym, a Nemu relacjonowała ostatnie wydarzenia, obracając w dłoniach kubek herbaty. Pozostali słuchali w ciszy, nie przerywali, wiedząc, że to tylko utrudni jej powiedzenie wszystkiego. W końcu zamilkła, niepewnie unosząc wzrok na przyjaciół. Gajeel i Rouge nie wyglądali na szczególnie poruszonych, Sting ze smutkiem kiwał głową, Wendy przyglądała się koleżance ze współczuciem, a Natsu... A Natsu wpatrywał się w siostrę z takim bólem, że ścisnęło ją serce. Wyciągnęła ręce, próbując objąć brata, ale ten odepchnął ją, z hukiem wybiegając z warsztatu. Patrzyła za nim bez słowa, zaplatając palce. Poczuła jak czyjeś palce zaciskają się na jej ramieniu.
- Będzie dobrze.- pocieszył ją Rouge, lekko wzmacniając uścisk.- On tylko potrzebuje czasu.
- Wiem.- kiwnęła głową, przełykając łzy.- Tylko się o niego boję. Mam złe przeczucia.
- Wróżką ty raczej nie jesteś.- prychnął Gajeel.- Ale ja też to czuję.
- Nadchodzi coś silnego.- potaknął Sting.
- I niebezpiecznego.- westchnęła Wendy zbolałym tonem.- Pójdę poszukać Natsu-san.- dodała, zeskakując z blatu i wychodząc.
Siedział na ławeczce, rzucając kamieniami w gołębie. W głowie wciąż odtwarzał opowieść siostry. Nieźle namieszała mu w myślach. Matkę pamiętał jako ciepłą, kochającą kobietę, gotową oddać wszystko za szczęście rodziny. Wspominał, jak chwaliła go, kiedy trenował z ojcem, jak dostrzegała nawet najmniejsze postępy i chwaliła go.
Nagle ktoś usiadł obok niego, opierając się o jego bok. Po zapachu rozpoznał Wendy, która klepała go po kolanie.
- Wszystko będzie dobrze, Natsu-san.- powiedziała cicho, spokojnie.
- Po co szłaś za mną?- warknął oschle, odsuwając dziewczynkę.
- Nemu-san bardzo się o ciebie martwi. Boi się, że jesteś na nią zły.- wyjaśniła.- Została z pozostałymi w warsztacie.
- Nic mi nie będzie.- przewrócił oczami i odsunął od siebie dziewczynkę.- Muszę tylko wszystko przemyśleć i ułożyć sobie w głowię. Wracaj do reszty i zaopiekuj się Nemu.
- Dobrze, dobrze.- westchnęła, zostawiając przyjaciela samego.
Patrzył jak odchodzi, samemu ruszając w drugą stronę. Pogrążył się w myślach, próbując zrozumieć o czym myśli jego siostra. Wierzył jej. A przynajmniej się starał. Niby byli bliźniętami i łączyła ich niecodzienna więź, ale teraz wszystko się sypało. Oddalali się od siebie, przestawali być nierozłączni.
Pogrążony w myślach, nie zauważył szybko zbliżającej się z naprzeciwka blondynki, pogrążonej w lekturze jakiegoś opasłego tonu. Zderzenie przypłaciła upadkiem na chodnik. Wściekła uniosła wzrok i rozpoznała sprawcę wypadku.
- Natsu?- pisnęła zdziwiona rozpoznając charakterystyczne różowe kudły.
- O! Hej, Luigi!- przywitał się, jakby dopiero wrócił na ziemie.
- Jestem Lucy.- pouczyła go, wzdychając ciężko. Znali się krótko, ale chyba wystarczająco, żeby zapamiętał jej imię. W końcu jego siostra nie miała z tym najmniejszych problemów.
Dopiero na te myśl zauważyła, że nigdzie w pobliżu nigdzie nie ma, nie tylko jego bliźniczki, ale również reszty tej stale towarzyszącej im bandy.
- Gdzie zgubiłeś siostrę i resztę paczki?- zapytała, rozglądając się dla pewności.
- Musiałem coś przemyśleć, więc ich zostawiłem.- przyznał, pomagając jej się podnieść.- W sumie... Dobrze, że na siebie wpadliśmy. Przejdziemy się gdzieś?
- Pewnie.- zgodziła się bez najmniejszego wahania. Naprawdę polubiła tego dziecinnego chłopaka, mimo jego wad.
Nagle ktoś usiadł obok niego, opierając się o jego bok. Po zapachu rozpoznał Wendy, która klepała go po kolanie.
- Wszystko będzie dobrze, Natsu-san.- powiedziała cicho, spokojnie.
- Po co szłaś za mną?- warknął oschle, odsuwając dziewczynkę.
- Nemu-san bardzo się o ciebie martwi. Boi się, że jesteś na nią zły.- wyjaśniła.- Została z pozostałymi w warsztacie.
- Nic mi nie będzie.- przewrócił oczami i odsunął od siebie dziewczynkę.- Muszę tylko wszystko przemyśleć i ułożyć sobie w głowię. Wracaj do reszty i zaopiekuj się Nemu.
- Dobrze, dobrze.- westchnęła, zostawiając przyjaciela samego.
Patrzył jak odchodzi, samemu ruszając w drugą stronę. Pogrążył się w myślach, próbując zrozumieć o czym myśli jego siostra. Wierzył jej. A przynajmniej się starał. Niby byli bliźniętami i łączyła ich niecodzienna więź, ale teraz wszystko się sypało. Oddalali się od siebie, przestawali być nierozłączni.
Pogrążony w myślach, nie zauważył szybko zbliżającej się z naprzeciwka blondynki, pogrążonej w lekturze jakiegoś opasłego tonu. Zderzenie przypłaciła upadkiem na chodnik. Wściekła uniosła wzrok i rozpoznała sprawcę wypadku.
- Natsu?- pisnęła zdziwiona rozpoznając charakterystyczne różowe kudły.
- O! Hej, Luigi!- przywitał się, jakby dopiero wrócił na ziemie.
- Jestem Lucy.- pouczyła go, wzdychając ciężko. Znali się krótko, ale chyba wystarczająco, żeby zapamiętał jej imię. W końcu jego siostra nie miała z tym najmniejszych problemów.
Dopiero na te myśl zauważyła, że nigdzie w pobliżu nigdzie nie ma, nie tylko jego bliźniczki, ale również reszty tej stale towarzyszącej im bandy.
- Gdzie zgubiłeś siostrę i resztę paczki?- zapytała, rozglądając się dla pewności.
- Musiałem coś przemyśleć, więc ich zostawiłem.- przyznał, pomagając jej się podnieść.- W sumie... Dobrze, że na siebie wpadliśmy. Przejdziemy się gdzieś?
- Pewnie.- zgodziła się bez najmniejszego wahania. Naprawdę polubiła tego dziecinnego chłopaka, mimo jego wad.
Rouge po raz kolejny, pociągnął swojego przyjaciela za kołnierz, kiedy ten zatrzymał się przy jaskrawej witrynie. Kiedy Gajeel wykopał wszystkich z warsztatu, Sting zaproponował, żeby przeszli się po mieście. Nemu wykręciła się zmęczeniem i masą pracy domowej, ale on wykazał się szczytem głupoty i zgodził.
- Ej, zobacz!- wykrzyknął podekscytowany blondyn, przyklejając się do szyby.- To się rusza!
- Sting, błagam.- jęknął, próbując odciągnąć przyjaciela, jednak wszystkie jego wysiłki spełzły na niczym. Chłopak nie ruszył się nawet o milimetr, zapierając z całych sił.- Przestań zachowywać się jak dziecko.
- Bo wciąż jestem dzieckiem!- obruszył się, natychmiast tracąc zainteresowanie wystawą.- Nie postarzaj mnie!
- Ludzie się na nas gapią.- wytknął mu brunet, posyłając wrogie spojrzenie kilku, bezczelnym, rozchichotanym nastolatką.
- A niech się gapią!- Sting uśmiechnął się szeroko i obrócił do przyjaciela plecami.- Przecież niecodziennie mają okazję podziwiać kogoś tak pięknego i wspaniałego, jak ja!- oznajmił, Cheney tylko przewrócił oczami. Znowu się zaczyna.
- Tak, tak, tak. Oczywiście.- klepnął go w plecy i chwycił za kłaki, zaczynając ciągnąć do domu.- Skończ w końcu odstawiać te durne szopki, co?
- Ej, czy to nie Yukino?- blondyn zignorował wcześniejsze słowa przyjaciela, ruchem ręki wskazując na dziewczynę, wychodzącą ze sklepu z płytami.
- Tak, to ona.- puścił blondyna i wytarł dłoń o jego kurtkę. Cała lepiła się od żelu do włosów.- Tylko nie zrób nic głupiego, ok? Najlepiej w ogóle się nie odzywaj.
- Dobra, dobra.- Eficluf machnął lekceważąco ręką i pchnął przybranego brata w kierunku koleżanki.- Oi, Yukino!- wrzasnął, przywołując ją gestem. Zaraz potem jęknął z bólu, kiedy przyjaciel kopnął go w kostkę.
- Ej, zobacz!- wykrzyknął podekscytowany blondyn, przyklejając się do szyby.- To się rusza!
- Sting, błagam.- jęknął, próbując odciągnąć przyjaciela, jednak wszystkie jego wysiłki spełzły na niczym. Chłopak nie ruszył się nawet o milimetr, zapierając z całych sił.- Przestań zachowywać się jak dziecko.
- Bo wciąż jestem dzieckiem!- obruszył się, natychmiast tracąc zainteresowanie wystawą.- Nie postarzaj mnie!
- Ludzie się na nas gapią.- wytknął mu brunet, posyłając wrogie spojrzenie kilku, bezczelnym, rozchichotanym nastolatką.
- A niech się gapią!- Sting uśmiechnął się szeroko i obrócił do przyjaciela plecami.- Przecież niecodziennie mają okazję podziwiać kogoś tak pięknego i wspaniałego, jak ja!- oznajmił, Cheney tylko przewrócił oczami. Znowu się zaczyna.
- Tak, tak, tak. Oczywiście.- klepnął go w plecy i chwycił za kłaki, zaczynając ciągnąć do domu.- Skończ w końcu odstawiać te durne szopki, co?
- Ej, czy to nie Yukino?- blondyn zignorował wcześniejsze słowa przyjaciela, ruchem ręki wskazując na dziewczynę, wychodzącą ze sklepu z płytami.
- Tak, to ona.- puścił blondyna i wytarł dłoń o jego kurtkę. Cała lepiła się od żelu do włosów.- Tylko nie zrób nic głupiego, ok? Najlepiej w ogóle się nie odzywaj.
- Dobra, dobra.- Eficluf machnął lekceważąco ręką i pchnął przybranego brata w kierunku koleżanki.- Oi, Yukino!- wrzasnął, przywołując ją gestem. Zaraz potem jęknął z bólu, kiedy przyjaciel kopnął go w kostkę.
niedziela, 17 kwietnia 2016
IM:AA: Część 6
Witam serdecznie. Dzisiejszy post ze specjalną dedykacją dla mojej Onee-chan! Specjalne życzenia zdrowia, szczęścia, weny, żelków i innych cudów tego świata z okazji 17 urodzin. Uwielbiam cię, siostrzyczko.
Beta: ZielonyTygrys. Arigatou gozaimasu.
Beta: ZielonyTygrys. Arigatou gozaimasu.
* Pepper *
Siedziałam na kanapie z nogami podkulonymi pod siebie, miską płatków na kolanach i pilotem od telewizora w dłoni. Co jakiś czas spoglądałam na zegarek, zastanawiając się czy Star już wyjechała czy jeszcze byczy się w łóżku. Znając ją, istnieje szansa, że po prostu zapomniała o spotkaniu i siedzi w zbrojowni, składając coś z niczego.
Virgil: Zamierzasz calutką sobotę spędzić na kanapie?
Podskoczyłam wystraszona, niemal zalewając się mlekiem. Pogrążona w myślach nawet nie zauważyłam, że tata w pełnym umundurowaniu wszedł do salonu.
Pepper: Czekam na Star. Mamy jechać na zakupy.
Virgil Tylko niech tym razem przestrzega przepisów.
I właśnie w tym momencie rozległ się klakson równocześnie z gwizdem mojej komórki oznaczającym nową wiadomość. Zerknęłam na wyświetlacz.
Od: Fire
,,Rusz się, Pep! Czekam pod twoim domem!"
Chichocząc pod nosem, złapałam torebkę, wciągnęłam buty i wybiegłam z domu. Na podjeździe stało białe Audi TT, a na jego masce siedziała Star z wburzoną miną, klikając coś w telefonie.
Star: Doszłam do wniosku, że niektórzy nowojorczycy to idioci. Jeden wypadł mi z podporządkowanej tuż przed maskę. Jakby tego było mało, zablokował mi drogę i zaczął wyrzucać, że nie umiem jeździć, chamidło jedne. Zagiełam go paroma przepisami, a ten mnie zaczął obrażać. Dopiero jak mu zagroziłam policją, dał mi spokój. Zastanawiałam się, czy go nie stuknąć, ale szkoda mojego auta.
Z czułością pogłaskała maskę auta, a ja tylko przewróciłam oczami. Star miała bzika na punkcie wszystkiego, co ma silnik i służy do transportu. Jeśli dodać do tego jej talent, otrzymało się niczego sobie mechanika. Nieraz robiła szybkie przeglądy ludziom ze szkoły. Bywała przez to uciążliwa. Raz nawet zmusiła mnie, żebym poszła z nią na wyścigi.
Pepper: Idziemy?
Star: Ta. Wskakuj.
Zajęłyśmy miejsca i Star odpaliła silnik, wyjeżdżając z podjazdu. Po chwili pędziłyśmy już ulicami Nowego Yorku, a na liczniku pokazywało się 190 km/h.
Pepper: Zwolnij, kobieto! Chcesz nas zabić?!
Star: Nie panikuj, Pep. Jadę powoli.
Spojrzałam na nią znacząco, a ona przewróciła oczami, posłusznie zmniejszając prędkość. Tony i Rhodey twierdzili, że jestem jedyną osobą, która ma nad nią jakąkolwiek kontrolę.
Star: Ej, mów coś.
W końcu dotarłyśmy do centrum. Kiedy weszłyśmy do gmachu, komórka Star dała o sobie znać. Odeszła kawałek i wróciła dopiero po około 15 minutach.
Pepper: Kto dzwonił?
Star: J.A.R.V.I.S. miał coś dla mnie znaleźć. Słyszałaś o tej serii tajemniczych zabójstw?
Pepper: Yhm. Próbowałam coś znaleźć w bazie FBI. Ale nic nie ma. Zupełnie nic.
Star: I właśnie to mnie męczy! Nawet Duch...
Zatkałam jej usta. Czego ta kretynka krzyczy?! Jeszcze nas ktoś usłyszy.
Pepper: Ciszej może.
Star kiwnęła głową, przewracając oczami. Zdjęłam dłoń z jej twarzy.
Star: Próbuję znaleźć tego gościa i go zatrzymać, ale łatwe to to nie jest. Ciężko zebrać informacje o kimś, kto nie zostawia śladów. Dobra, odłożę to na później. Chodźmy zaszaleć.
# 3 godziny później #
Dzięki ci, Panie, że założyłam wygodne buty. W szpilkach już by mi nogi odpadły. Nie rozumiem, jakim cudem Star może zasuwać tyle czasu w koturnach. Skąd zresztą tyle energii w tak małym ciałku?
Właśnie zaciągnęła mnie do kolejnego sklepu, tym razem bardziej wieczorowego. Nim się obejrzałam zniknęła między wysokimi pułkami. Zrezygnowana, przejrzałam wieszaki, a moją uwagę przykuła długa, czarna suknia z satyny. Była bez ramiączek, a górę pokrywały wyszywane srebrną nicią wzory. Po piersiami biegł biały pasek, a tren spływał luźno do kostek. Spojrzałam na cenę i natychmiast zostawiłam materiał, cofając się gwałtownie. Ile może kosztować jedna sukienka?!
Rozejrzałam się w poszukiwaniu przyjaciółki. Stała w pobliżu przebieralni, niecierpliwie wymachując na mnie ręką. Wepchnęła mi w ręce jakiś materiał i zamknęła w kabinie.
Pepper: Star?!
Star: Przymierz to!
Przewróciłam oczmi i przebrałam się, starannie ignorujące metkę. Miałam na sobie długą fioletową sukienkę z połyskliwego materiału. Gorset opinał się na mojej sylwetce, a tren spływał luźno od bioder aż do ziemii. Suknia nie miała ramiączek, ale głębokie wcięcie na plecach. Star wydała z siebie podekscytowany piski i obeszła mnie w okòł.
Star: Wyglądasz obłędnie. Bierzemy tą kiecke. Tylko daj mi chwile bo musze znaleźć coś dla siebie.
Wybrała kilka sukienek i weszła do przebieralni. W końcu zdecydowała się na czerwoną, opiętą kreacje z tiulowym dołem. Sięgała kolan i miała cienkie ramiączka. Do zestawu dobrała czarne szpilki z paseczków i obróciła się wokół własnej osi.
Star: I co myślisz?
Nie było się nad czym zastanawiać. Sukienka i szpilki ładnie eksponowały nogi i sylwetkę Starfire, a czerwony kolor podkreślał głęboki brąz włosów i cudny błękit oczu.
Pepper: Wyglądasz jak modelka.
Kiedy wyszłyśmy ze sklepu, Star zaczęła przyglądać się mojej przybitej minie. Przekrzywiła głowę, potem wydęła wargi, a w końcu zmrużyła gniewnie oczy.
Star: Dlaczego wyglądasz, jakby ktoś spuścił z ciebie powietrze?
Pepper: Ta jedna sukienka kosztowała więcej niż wynoi moje półroczne kieszonkowe.
Star: Nie marudź. Nie bez powodu wybrałam te kiecki. Ale ciii! Więcej powie ci Tony. Jak będzie pamiętał. A skoro o nim mowa, zaczynam żałować, że nie wzięłam go ze sobą. Przydałby się tragarz.
W duchu przyznałam jej racje. Obie uginałyśmy się pod ciężarem masy toreb. Zakupy ze Star to ciężki kawałek chleba. Zwłaszcza, kiedy ma jakieś tajemnicze pomysły.
Po krótkiej dyskusji zdecydowałyśmy się na kawę. Znalazłyśmy wolny stolik, a ja pogrążyłam się w przeglądaniu menu. Kiedy oderwałam od niego wzrok, zdałam sobie sprawę, że moja droga przyjaciółka myślami jest w innej galaktyce. Pomachałam jej dłonią przed oczami. Zero reakcji. Pstryknęłam kilka razy przy uchu. Nikogo nie ma w domu. W końcu, w akcie desperacji wbiłam jej palec w policzek. Otrząsnęła się, odskakując z piskiem, wraz z krzesłem lecąc do tyłu.
Star: Kiego licho jedno ode mnie chce? I dlaczego dźga zimnymi paluchami? Serio, masz łapy jak trup!
Posłała mi przy okazji swoje słynne spojrzenie ,,zginiesz marnie któregoś dnia" zazwyczaj przeznaczone dla Tony'ego i Rhodey'ego. Postawiła z powrotem siedzisko i zajęła miejsce.
Pepper: Czegoś znowu odpłynęła?
Star: Dużo za dużo myśli, od co! Ciężkie jest życie geniusza!
Pepper: Tak, tak, tak. A o czym teraz myślałaś?
Star: O twoim pseudozwiązku! A o czym miałam?!
Pepper: Star, błagam, nie drąż.
Star: Tyle czasu się znamy, a ty nadal naiwna. Oczywiście, że będę drążyć! Nie pozwolę ci ranić...
* Star *
Zamilkałam gwałtownie, gryząc się boleśnie w język. W ustach poczułam miedź.
Star: Boli! Chyba zbyt dosłownie wzięłam tamto powiedzenie! Język mi krwawi!
Pep, zamiast okazać współczucie, roześmiała się, chowając twarz w dłoniach. Spojrzałam na nią karcąco, ale przez wytknięty język raczej nie wyglądało to jak powinno. Wzbudziło tylko większą radość u rudej. Małpa jedna!
Star: Czemu ja się z tobą przyjaźnię?
Pepper: Bo mnie kochasz, w przeciwieństwie do twojego kuzyna.
Ponownie dziabnęłam się w język, żeby tylko nie wybuchnąć śmiechem. Wielu rzeczy nie wiesz, Pepper. Oj, wielu.
Star: A wracając do przerwanego tematu. Uważam, że powinnaś zerwać z Gin'em. On jest zły. Nie lubię go.
Pepper: Nie jest zły, tylko nie daje ci sobą rozporządzać. I dlatego go nie lubisz. Ale co do zerwania, chyba masz racje.
Star: Zawsze ją mam.
Uniosłam wzrok, napotykając niedaleko znajomą postać. Na moją twarzyczkę wpłynął uśmiech, zazwyczaj określany jako diabelski.
Pepper: Czuję kłopoty.
Star: A ja widzę Gin'a. Teraz wstajesz, idziesz do niego i ładnie mówisz ,,adios, frajerze". Rozumiemy się?!
Pepper: Ale...!
Uciszyłam ją ruchem ręki i posłałam spojrzenie, mówiące ,,będzie po mojemu, albo przestane być miła". Zawsze działało, nawet na Tony'ego. Pep podniosła się z westchnieniem i oddaliła w kierunku, chyba, chłopaka. Nawet na moment nie spuściłam z niej wzroku.
Więc kiedy ten cholerny drań zamachnął się na Pepper i uderzył ją na tyle mocno, że się wywróciła, poderwałam się na nogi i w dwóch susach dopadłam do nich, zatrzymując kolejny cios. Wpatrywałam się zimno w jego płonące gniewem oczy, z palcami zaciskającymi się na jego nadgarstku. Gniew powoli zastępował niepokój, a potem strach wymieszany z bólem. Z mściwą satysfakcją patrzyłam, jak uginają się pod nim nogi, kiedy moja drobna dłoń powolutku miażdżyła jego nadgarstek. Przestałam dopiero, kiedy zawył żałośnie, a jego oczy wypełniły się łzami. Przywołałam na twarz słodki uśmiech, który jednak nie obejmował oczu i pochyliłam się nad nim. W słowa włożyłam cały swój gniew i zapas jadu.
Star: Spróbuj na mnie donieść, a na nadgarstku się nie skończy.
Obróciłam się zamaszyście, pozwalając, by moje spięte w warkocz włosy uderzyły go w twarz. Pomogłam Pepper wstać, zebrałam zakupy i opuściłam centrum. Dopiero w samochodzie dałam upust wściekłości i z dzikim rykiem uderzyłam głową w klakson. Trwałam w tej pozycji, dopóki nie zaczęłam oddychać równo i spokojnie, a dźwięk klaksonu nie stał się irytujący. Wyprostowałam się powoli i spojrzałam na Pepper, która nie odezwała się od tej akcji nawet słowem. Przyglądała mi się z mieszaniną podziwu i troski. Założyłam za ucho kosmyk włosów i uśmiechnęłam smutno.
Star: Chyba muszę ci co nieco wyjaśnić. A więc jestem mutantem, ale to już wiesz. Tylko że skrzydła i ten cały a arsenał to nie jedyne moje talenty. Jestem silniejsza od normalnego człowieka. Może i ciężarówki nie zatrzymam, ale złamanie paru kości to dla mnie żaden problem. Poza tym posługuje się też telekinezą, chociaż idzie mi to dość opornie. Pewnie masz mnie teraz za jakiegoś cholernego potwora, ale taka już jestem i nic z tym nie zrobisz. Ani ty, ani nikt inny.
Zamknęłam oczy, oczekując wyrzutów, ale poczułam tylko jak jej ręce owijają się wokół mnie, zamykając w uścisku. Oparłam się o nią głową i pozwoliłam na chwilę słabości.
Pepper: Dziękuję, Star. Za wszystko.
I wszelkie tamy szlag trafił. Rozryczałam się jak ostatnia kretynka, mocząc łzami jej koszulkę i ramię.
Po parunastu minutach uspokoiłam się i przez następne dwie doprowadziłam do porządku. Potem obejrzałam policzek Pepper.
Star: Będzie piękne limo. Ufasz mi?
Kiedy skinęła głową, oparłam dłoń na urazie i zacisnęłam oczy. Poczułam rozchodzące się po pacach ciepło i delikatne mrowienie całego ramienia, a potem i prawego policzka. Kiedy otworzyłam powieki, Pepper wpatrywała się we mnie z szokiem wymalowanym na twarzy. Ignorując to, odwróciłam się do lusterka i patrzyłam, jak przejęty siniak znika w przeciągu zaledwie minuty.
Pepper: Jak...?
Star: Mogę przejmować czyjeś urazy, ale, niestety, tylko niewielkie. Sama regeneruje się w tempie natychmiastowy, więc nie robi mi to różnicy.
Pepper: I ty tak spokojnie o tym mówisz?!
Star: A jak mam mówić?! Dla mnie to codzienność!
Po godzinie wpadłyśmy do zbrojowni z trzema kartonami gorącej pizzy i czterema butelkami coli.
Pepper: Chłopaki! Obiad!
Po posiłku rozłożyłam się na podłodze, machając na pożegnanie Tony'emu i Pepper. Rhodey został ze mną, siedząc w fotelu i czytając jakąś książkę o wojnie egipsko-izraelskiej. Ja za to pogrążyłam się w rozmyślaniach na arcyważny temat. A mianowicie, wakacji. W piątek będzie zakończenie roku i wypadałoby coś wykombinować.
...
Chwila! Dlaczego tylko ja o tym myślę?! Przecież Tony też może! I Rhodey! Na nieistniejącego Boga, nawet Withney by coś wymyśliła! A ona ma inteligencje pierwotniaka po testach laboratoryjnych!
Przechyliłam głowę i wbiłam ponaglające spojrzenie w James'a.
Rhodey: Przestań wytrzeszczać gały? Czego chcesz?
Star: W piątek mamy zakończenie roku?
Rhodey: I co w związku z tym?
Star: Może byśmy zorganizowali sobie jakieś wakacje?
Rhodey: Dobry pomysł. Propozycje?
Star:Hmmmm. Wiem! Califormia! Mamy tam dom. Jeszcze po moim ojcu.
Rhodey: Nawet, nawet. Kiedy zamierzasz wyjechać?
Star: Najlepiej w sobotę rano. Tylko ja zerwę się z ostatniego tygodnia, bo wypadałoby tam ogarnąć.
Rhodey: Jednak czasem potrafisz ruszyć głową.
Star: A co to miało niby zna...?!
Przerwał mi alarm, który rozwrzeszczał się zupełnie niespodziewanie. Przewróciłam się na brzuch i wstałam, przywołując maskę.
Star: Kto? Co? Po co? Gdzie?
Rhodey: Napad na jubilera. Pierwsza Aleja. Policja już wysłała ludzi.
Star: I tak się rozejrzę.
Zmieniłam się i poleciałam na miejsce. Mimo że zajęło mi to może z minutę, na miejscu już nikogo nie było. Obleciałam okolicę, używając kamer termowizyjnych, ale nic nie przyuważyłam. Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Podleciałam więc do okradzionego sklepu, gdzie już stała policja. Ignorując funkcjonariuszy, zeskanowałam sklep i, zanim zdołali mnie zatrzymać, ponownie oderwałam od ziemi, wracając do zbrojowni.
Rhodey: I co? Masz coś?
Star: Na pierwszy rzut oka nie.
Przesłałam na komputer skan i wyświetliłam model trójwymiarowy.
Star: J.A.R.V.I.S.! Mam dla ciebie robotę!
J.A.R.V.I.S.: W czym mogę służyć, panno Stark?
Star: Zostawiam ci plany i model wymiarowy. Przebadaj mi miejsce zbrodni pod każdym kątem. Wszystko, jasne?
J.A.R.V.I.S.: Oczywiście, panno Stark. Niestety, potrzebuję minimum kilku godzin.
Star: Przekaż mi wszystkie dane, kiedy skończysz.
Razem z Rhodey'm opuściliśmy zbrojownie i udaliśmy się do domu.
Rhodey: Co o tym myślisz?
Star: Ani trochę mi się to nie podoba. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam się obserwowana.
Star: Dlaczego wyglądasz, jakby ktoś spuścił z ciebie powietrze?
Pepper: Ta jedna sukienka kosztowała więcej niż wynoi moje półroczne kieszonkowe.
Star: Nie marudź. Nie bez powodu wybrałam te kiecki. Ale ciii! Więcej powie ci Tony. Jak będzie pamiętał. A skoro o nim mowa, zaczynam żałować, że nie wzięłam go ze sobą. Przydałby się tragarz.
W duchu przyznałam jej racje. Obie uginałyśmy się pod ciężarem masy toreb. Zakupy ze Star to ciężki kawałek chleba. Zwłaszcza, kiedy ma jakieś tajemnicze pomysły.
Po krótkiej dyskusji zdecydowałyśmy się na kawę. Znalazłyśmy wolny stolik, a ja pogrążyłam się w przeglądaniu menu. Kiedy oderwałam od niego wzrok, zdałam sobie sprawę, że moja droga przyjaciółka myślami jest w innej galaktyce. Pomachałam jej dłonią przed oczami. Zero reakcji. Pstryknęłam kilka razy przy uchu. Nikogo nie ma w domu. W końcu, w akcie desperacji wbiłam jej palec w policzek. Otrząsnęła się, odskakując z piskiem, wraz z krzesłem lecąc do tyłu.
Star: Kiego licho jedno ode mnie chce? I dlaczego dźga zimnymi paluchami? Serio, masz łapy jak trup!
Posłała mi przy okazji swoje słynne spojrzenie ,,zginiesz marnie któregoś dnia" zazwyczaj przeznaczone dla Tony'ego i Rhodey'ego. Postawiła z powrotem siedzisko i zajęła miejsce.
Pepper: Czegoś znowu odpłynęła?
Star: Dużo za dużo myśli, od co! Ciężkie jest życie geniusza!
Pepper: Tak, tak, tak. A o czym teraz myślałaś?
Star: O twoim pseudozwiązku! A o czym miałam?!
Pepper: Star, błagam, nie drąż.
Star: Tyle czasu się znamy, a ty nadal naiwna. Oczywiście, że będę drążyć! Nie pozwolę ci ranić...
* Star *
Zamilkałam gwałtownie, gryząc się boleśnie w język. W ustach poczułam miedź.
Star: Boli! Chyba zbyt dosłownie wzięłam tamto powiedzenie! Język mi krwawi!
Pep, zamiast okazać współczucie, roześmiała się, chowając twarz w dłoniach. Spojrzałam na nią karcąco, ale przez wytknięty język raczej nie wyglądało to jak powinno. Wzbudziło tylko większą radość u rudej. Małpa jedna!
Star: Czemu ja się z tobą przyjaźnię?
Pepper: Bo mnie kochasz, w przeciwieństwie do twojego kuzyna.
Ponownie dziabnęłam się w język, żeby tylko nie wybuchnąć śmiechem. Wielu rzeczy nie wiesz, Pepper. Oj, wielu.
Star: A wracając do przerwanego tematu. Uważam, że powinnaś zerwać z Gin'em. On jest zły. Nie lubię go.
Pepper: Nie jest zły, tylko nie daje ci sobą rozporządzać. I dlatego go nie lubisz. Ale co do zerwania, chyba masz racje.
Star: Zawsze ją mam.
Uniosłam wzrok, napotykając niedaleko znajomą postać. Na moją twarzyczkę wpłynął uśmiech, zazwyczaj określany jako diabelski.
Pepper: Czuję kłopoty.
Star: A ja widzę Gin'a. Teraz wstajesz, idziesz do niego i ładnie mówisz ,,adios, frajerze". Rozumiemy się?!
Pepper: Ale...!
Uciszyłam ją ruchem ręki i posłałam spojrzenie, mówiące ,,będzie po mojemu, albo przestane być miła". Zawsze działało, nawet na Tony'ego. Pep podniosła się z westchnieniem i oddaliła w kierunku, chyba, chłopaka. Nawet na moment nie spuściłam z niej wzroku.
Więc kiedy ten cholerny drań zamachnął się na Pepper i uderzył ją na tyle mocno, że się wywróciła, poderwałam się na nogi i w dwóch susach dopadłam do nich, zatrzymując kolejny cios. Wpatrywałam się zimno w jego płonące gniewem oczy, z palcami zaciskającymi się na jego nadgarstku. Gniew powoli zastępował niepokój, a potem strach wymieszany z bólem. Z mściwą satysfakcją patrzyłam, jak uginają się pod nim nogi, kiedy moja drobna dłoń powolutku miażdżyła jego nadgarstek. Przestałam dopiero, kiedy zawył żałośnie, a jego oczy wypełniły się łzami. Przywołałam na twarz słodki uśmiech, który jednak nie obejmował oczu i pochyliłam się nad nim. W słowa włożyłam cały swój gniew i zapas jadu.
Star: Spróbuj na mnie donieść, a na nadgarstku się nie skończy.
Obróciłam się zamaszyście, pozwalając, by moje spięte w warkocz włosy uderzyły go w twarz. Pomogłam Pepper wstać, zebrałam zakupy i opuściłam centrum. Dopiero w samochodzie dałam upust wściekłości i z dzikim rykiem uderzyłam głową w klakson. Trwałam w tej pozycji, dopóki nie zaczęłam oddychać równo i spokojnie, a dźwięk klaksonu nie stał się irytujący. Wyprostowałam się powoli i spojrzałam na Pepper, która nie odezwała się od tej akcji nawet słowem. Przyglądała mi się z mieszaniną podziwu i troski. Założyłam za ucho kosmyk włosów i uśmiechnęłam smutno.
Star: Chyba muszę ci co nieco wyjaśnić. A więc jestem mutantem, ale to już wiesz. Tylko że skrzydła i ten cały a arsenał to nie jedyne moje talenty. Jestem silniejsza od normalnego człowieka. Może i ciężarówki nie zatrzymam, ale złamanie paru kości to dla mnie żaden problem. Poza tym posługuje się też telekinezą, chociaż idzie mi to dość opornie. Pewnie masz mnie teraz za jakiegoś cholernego potwora, ale taka już jestem i nic z tym nie zrobisz. Ani ty, ani nikt inny.
Zamknęłam oczy, oczekując wyrzutów, ale poczułam tylko jak jej ręce owijają się wokół mnie, zamykając w uścisku. Oparłam się o nią głową i pozwoliłam na chwilę słabości.
Pepper: Dziękuję, Star. Za wszystko.
I wszelkie tamy szlag trafił. Rozryczałam się jak ostatnia kretynka, mocząc łzami jej koszulkę i ramię.
Po parunastu minutach uspokoiłam się i przez następne dwie doprowadziłam do porządku. Potem obejrzałam policzek Pepper.
Star: Będzie piękne limo. Ufasz mi?
Kiedy skinęła głową, oparłam dłoń na urazie i zacisnęłam oczy. Poczułam rozchodzące się po pacach ciepło i delikatne mrowienie całego ramienia, a potem i prawego policzka. Kiedy otworzyłam powieki, Pepper wpatrywała się we mnie z szokiem wymalowanym na twarzy. Ignorując to, odwróciłam się do lusterka i patrzyłam, jak przejęty siniak znika w przeciągu zaledwie minuty.
Pepper: Jak...?
Star: Mogę przejmować czyjeś urazy, ale, niestety, tylko niewielkie. Sama regeneruje się w tempie natychmiastowy, więc nie robi mi to różnicy.
Pepper: I ty tak spokojnie o tym mówisz?!
Star: A jak mam mówić?! Dla mnie to codzienność!
Po godzinie wpadłyśmy do zbrojowni z trzema kartonami gorącej pizzy i czterema butelkami coli.
Pepper: Chłopaki! Obiad!
Po posiłku rozłożyłam się na podłodze, machając na pożegnanie Tony'emu i Pepper. Rhodey został ze mną, siedząc w fotelu i czytając jakąś książkę o wojnie egipsko-izraelskiej. Ja za to pogrążyłam się w rozmyślaniach na arcyważny temat. A mianowicie, wakacji. W piątek będzie zakończenie roku i wypadałoby coś wykombinować.
...
Chwila! Dlaczego tylko ja o tym myślę?! Przecież Tony też może! I Rhodey! Na nieistniejącego Boga, nawet Withney by coś wymyśliła! A ona ma inteligencje pierwotniaka po testach laboratoryjnych!
Przechyliłam głowę i wbiłam ponaglające spojrzenie w James'a.
Rhodey: Przestań wytrzeszczać gały? Czego chcesz?
Star: W piątek mamy zakończenie roku?
Rhodey: I co w związku z tym?
Star: Może byśmy zorganizowali sobie jakieś wakacje?
Rhodey: Dobry pomysł. Propozycje?
Star:Hmmmm. Wiem! Califormia! Mamy tam dom. Jeszcze po moim ojcu.
Rhodey: Nawet, nawet. Kiedy zamierzasz wyjechać?
Star: Najlepiej w sobotę rano. Tylko ja zerwę się z ostatniego tygodnia, bo wypadałoby tam ogarnąć.
Rhodey: Jednak czasem potrafisz ruszyć głową.
Star: A co to miało niby zna...?!
Przerwał mi alarm, który rozwrzeszczał się zupełnie niespodziewanie. Przewróciłam się na brzuch i wstałam, przywołując maskę.
Star: Kto? Co? Po co? Gdzie?
Rhodey: Napad na jubilera. Pierwsza Aleja. Policja już wysłała ludzi.
Star: I tak się rozejrzę.
Zmieniłam się i poleciałam na miejsce. Mimo że zajęło mi to może z minutę, na miejscu już nikogo nie było. Obleciałam okolicę, używając kamer termowizyjnych, ale nic nie przyuważyłam. Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Podleciałam więc do okradzionego sklepu, gdzie już stała policja. Ignorując funkcjonariuszy, zeskanowałam sklep i, zanim zdołali mnie zatrzymać, ponownie oderwałam od ziemi, wracając do zbrojowni.
Rhodey: I co? Masz coś?
Star: Na pierwszy rzut oka nie.
Przesłałam na komputer skan i wyświetliłam model trójwymiarowy.
Star: J.A.R.V.I.S.! Mam dla ciebie robotę!
J.A.R.V.I.S.: W czym mogę służyć, panno Stark?
Star: Zostawiam ci plany i model wymiarowy. Przebadaj mi miejsce zbrodni pod każdym kątem. Wszystko, jasne?
J.A.R.V.I.S.: Oczywiście, panno Stark. Niestety, potrzebuję minimum kilku godzin.
Star: Przekaż mi wszystkie dane, kiedy skończysz.
Razem z Rhodey'm opuściliśmy zbrojownie i udaliśmy się do domu.
Rhodey: Co o tym myślisz?
Star: Ani trochę mi się to nie podoba. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam się obserwowana.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Łowcy: Rozdział 2
Obserwował,
jak trolle przygotowują się do walki, pławiąc się w poczuciu
wyższości nad tymi prostymi stworzeniami. Cofnął się w głąb
groty, kiedy promienie słońca padły na ziemie tuż przy jego
butach. To była największa wada tego pustynnego terenu. Ale tym
razem stanowiła też pewnego rodzaju atut.
Dowódcą
Łowców, wedle jego informacji, był młody dhampir, a one, jak i
czystej krwi wampiry, były podatne na działanie słońca. Jeśli
więc nie chcieli stracić Stratega, musieli poruszać się po
zmroku. Ta świadomość zapewniła mu złudne poczucie
bezpieczeństwa i spokoju.
Rothan
był pewny siebie. Aż za bardzo.
Zatrzymali
się dobre półtora kilometra od Ostrych Szczytów. Roy chodził
niespokojnie w tą i z powrotem rozpierany energią. Jako jedyny, nie
musiał martwić się przygotowaniem broni, ale czekanie, aż
pozostali się przygotują irytowało go. Zwłaszcza, że
poszukiwanym był wampir.
Nagle
jego wzrok przykuła El, siedząca po turecku na suchej ziemi.
Rysowała palcem po piasku delikatne, powyginane symbole. Chwile
zajęło mu rozpoznanie w nich liter z pisma neriad. Wiedział, jak
wyglądają chociaż nie potrafił ich odczytać. Podszedł do niej i
przysiadł obok, rzucając cień na znaki.
-
Co piszesz, kundlu?- zapytał z typową dla siebie złośliwością.
-
Że cuchniesz mokrym psem.- odparła, marszcząc nosek.- Czego
chcesz?
-
Nudzę się.- spojrzał w kierunku Savanny, pochłoniętej rozmową z
Chasem.- Kiedy ruszamy dalej?
-
Jak wszyscy będą gotowi.- burknęła podnosząc się i otrzepując
ubranie z drobnego piasku.- A ty już obniuchałeś każdy kamyk w
okolicy?- zmrużył oczy, gromiąc ją wzrokiem. Jak ona może być
tak złośliwa?
-
To twoje zadanie, kundlu.- prychnął, a Tropicielka wykonała gest
określany w międzygatunkowej etykiecie jako, delikatnie mówiąc,
obraźliwy.
Savanna
siedziała na ziemi, dokładnie owinięta płaszczem i zdawało się,
że obserwowała sprzeczkę El i Roya. Tak naprawdę jednak, jej
myśli krążyły wokół nadchodzącego starcia. Plan, który
ułożyła był prosty, ale właśnie w tym aspekcie tkwiła jego
siła. Im bardziej skomplikowana strategia, tym więcej rzeczy
mogłoby pójść nie tak. Analizowała miliony, bardziej lub mniej,
możliwych scenariuszy, szukając jakiegoś szczegółu, który mogła
pominąć. I który mógł doprowadzić do tragedii.
-
Ej! Ziemia do Savy!- jak przez mgłę dotarł do niej głos Chasea.-
Wracaj do nas!
-
Jestem.- potrząsnęła głową, rejestrując, że Snajper siedzi
obok niej.- Mówiłeś coś?
-
Tylko, że za dużo myślisz.- klepnął ja w ramię i wyszczerzył
wszystkie zęby w beztroskim uśmiechu.- Wszystko będzie dobrze,
panikaro. Poradzimy sobie.
-
Jestem aż tak przewidywalna?- zapytała skonsternowana.
-
Albo po prostu za dobrze cie znam.- podniósł się i wyciągnął
dłoń do Strateg.- Uwierz w nas choć trochę.
-
Wierzę, wierzę.- założyła za ucho kosmyk włosów i przyjęła
pomoc przyjaciela.- Zbierz wszystkich. Zaraz wyruszamy.
Nagły
rumor odciągnął Rothana od planowania podboju. Co te trolle
wyprawiają?! Zdawał sobie sprawę, że jego podwładni do istot
szczególnie inteligentnych nie należą, ale nie były chyba ma tyle
głupie, by samemu się znokautować. Tak przynajmniej uważał,
dopóki nie stanął na granicy cienia.
Cały
oddział leżał pozbawiony przytomności. Niepokój wzbudzał brak,
jakichkolwiek śladów walki. Rozejrzał się uważnie tylko dzięki
wampirzemu refleksowi zdołał uniknąć długiej, czarnej strzały,
która miała wbić się w jego pierś. Wzrokiem odszukał łucznika,
okrytego czarną peleryną. Nie zdołał jednak przyjrzeć mu się
bliżej, gdyż znad wejścia zeskoczyły dwie podobnie ubrane
postacie. Zdołał umknąć przed pięścią jednego, ale drugi
podciął mu nogi, powalając na plecy. Chciał się podnieść, ale
uniemożliwił mu to drobniejszy napastnik, wbijając kolana w
mostek. Rothan zakrztusił się przez niespodziewany nacisk i
spróbował zrzucić chłopaka. Zrezygnował z walki, kiedy zimne
srebro musnęło jego szyję. Wampiry trudno zabić, ale dekapitacja
działała równie skutecznie, co w przypadku innych gatunków.
-
Nie szarp się.- pod obszernym kapturem błysnęły brązowe oczy.-
Mam w zanadrzu stal święconą.
-
Skończ się wydurniać.- warknął wyższy, a z cienia wyglądały
złote oczy z pionowymi źrenicami.- Zwiąż go i po kłopocie.
Po
chwili wampir siedział przy ścianie, obwiązany liną, której
żadnym sposobem nie potrafił rozerwać. Dwaj wojownicy przemierzali
korytarze, cały czas mając go jednak na oku. Zdążył już
przekonać się, że nie warto ryzykować ucieczki. Elfi młodzik
mógł pochwalić się ponad przeciętnie celnym rzutem, a wilkołak
tylko szukał pretekstu, by móc go rozszarpać. Co kilka minut w
jaskini pojawiał się czarownik, wymieniał z nimi kilka szeptanych
uwag i wychodził. Rothanowi nie podobała się obecna sytuacja, a na
samą myśl o karze, jaką zgotuje mu Mistrz, po plecach przebiegały
mu dreszcze.
-
Ej, Roy!- rozległo się z korytarza, w którym zniknął elf.-
Możesz się tu przywlec?!
-
Czekaj!- odpowiedział i na chwile wymknął się na zewnątrz,
wracając po minucie z brodatym mężczyzną, trzymającym w dłoni
łuk.- Jeśli zaczepiłeś się o jakieś głazy, to przysięgam, że
urwę ci ten durny łeb!- warknął, idąc śladem Snajpera.
Jednak
już po kilku krokach zrozumiał, że nie chodziło o jakąś
głupotę. Odór starej krwi i gnijącego mięsa nasilał się z
każdą chwilą, a, kiedy dotarł do Chasea, musiał zasłaniać nos
materiałem płaszcza. W miejscu gdzie się zatrzymali, drogę
kończyła szczelina. Dalej korytarz zmieniał się w okrągłą
grotę. Na podłodze, w równych odstępach, leżały ludzkie
szczątki, a ściany zdobiły namalowane krwią znaki.
-
Trzeba sprowadzić tu Savę.- wilkołak skrzywił się, czując, jak
żołądek zaciska się w ciasny węzeł.
-
Cholera!- przeklęła Strateg, zasłaniając nos. Miała wrażenie,
że zemdleje przez ten odór.- Rada mnie za to wykończy.
-
Przecież nie mogłaś wiedzieć.- Chase poklepał ją po ramieniu.
-
Co ze mnie za…- urwała nagle, ruszając między rzędami trupów.-
Zawołaj tu Eliasa i Lunę.- nakazała, przyglądając się symbolom
na ścianach.
-
Znalazłaś coś nowego?- upewnił się, spoglądając na
przyjaciółkę.-, pogrążoną w świecie myśli.
-
Jeszcze nie wiem.- odparła z roztargnieniem, szukając czegoś w
sakwie doczepionej do pasa.- Co ty tu jeszcze robisz?- huknęła,
posyłając mu spojrzenie bazyliszka.
Cerry
nie lubił wart przy bramie. Nudziło go ciągłe sprawdzanie wozów,
ciągnących do Cavendish z różnych stron Środkowego Kontynentu. I
chociaż w czasie zebrania Rady handel miasta niemal zamierał, nadal
sprawdzali wielu podróżnych.
Kiesy
nadszedł czas przerwy, usiadł w cieniu bramy i leniwie odpakował
kawałek placka bakaliowego, który upiekła mu żona. Nagle dojrzał
szybko zbliżającą się siódemkę koni i jednego wilka.
Mimo
powiewającej nad bramą niebieskiej flagi, podróżni nie zatrzymali
się. Cerry odrzucił posiłek , dobywając miecza i wypadł na
środek traktu, potrząsając obnażoną klingą, by odstraszyć
przybyszów. Nagle coś ciężkiego uderzyło go w palce, a ostrze z
metalicznym brzdękiem uderzyło o ziemię. Obok upadł niewielki
czarny kamyczek. Zanim minął pierwszy szok, rozpędzone wierzchowce
okrążyły go, wpadając do miasta. Już miał wszcząć alarm,
kiedy pod jego nogami wylądował zwinięty list obwiązany czerwoną
wstążką i żelaznym symbolem Łowców.
-
Muszę się z nimi spotkać.- Erion zatrzasnął księgę rachunkową,
posyłając Strateg zmęczone spojrzenie.
-
Savanno, ja rozumiem twoje rozdrażnienie…- zaczął, maskując
irytację.- Ale nie mogę wpuścić cię na zebranie. Mogę, co
najwyżej przekazać twój raport.
-
Czyli nic.- burknęła dhampirzyca, przecierając oczy.- Dobra, sama
sobie poradzę.
Trzaskając
drzwiami opuściła gabinet sekretarza, zostawiając starego elfa w
oszołomieniu. Nigdy nie była aż tak nerwowa, a teraz wystarczyło
jedno krzywe spojrzenie, by wytrącić ją z równowagi. Kroczyła
przez korytarz niczym burza, ciskając z oczu piorunami. Wojskowi i
urzędnicy umykali na boki, byle tylko nie stać się ofiarą złego
humoru mistrzyni strategii.
Ale
jedna osoba widocznie nie posiadała woli przetrwania. Lub instynktu
samozachowawczego.
-
Ej, Sava!- jasnowłosy wampir wypadł z jednej z komnat i w mgnieniu
oka dopadł do dziewczyny.- Niosę pozdrowienia od ojca.
-
Milcz, jak do mnie mówisz!- spojrzenie, które mu posłała
wystraszyło by na śmierć każdego normalnego człowieka.- Dannyl,
naprawdę nie mam nastroju, by rozma…- przerwała nagle, a potem
uśmiechnęła się przymilnie do przedstawiciela wampirzej
społeczności w Radzie.- Zrobisz coś dla mnie?
-
Czy grozi mi śmierć lub inne nieprzyjemne konsekwencje?- zapytał
nieufnie.- Bo coś nie do końca ufam twoim pomysłom.
-
Jak możesz?!- obruszyła się.
-
To w końcu ty wrobiłaś mnie w tą robotę.
-
Żebyś się w końcu do czegoś przydał, obiboku jeden!- fuknęła.-
Zresztą nieważne. Przyniosę ci potem raport, który musi zostać
bezwzględnie poruszony na spotkaniu.
-
A jeśli tego nie zrobię?
-
Wtedy zmienię twoje życie w piekło na wiele różnych sposobów.-
posłała mu szeroki uśmiech, kontrastujący z grobowym tonem.
-
Dobra.- westchnął ciężko.- Robię to tylko dla ciebie, księż…
-
Dokończ, a wykończę cię w tej minucie.- ostrzegła, zakładając
ręce na piersiach.- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.-
klepnęła go w plecy i pomknęła do kwater Łowców.
sobota, 27 lutego 2016
Istoty: Rozdział 4
Po
raz kolejny okrążyli okolice knajpki, z której zniknęła Nemu,
ale po dziewczynie nie było nawet śladu. Załamany Natsu usiadł na
krawężniku i schował głowę w dłoniach. Nigdzie nie było po
niej nawet najmniejszego śladu.
-
Przecież nie mogła zapaść się pod ziemie.- zauważył Rouge,
opierając się o latarnie.- Musi gdzieś być.
-
Przeszukaliśmy okolice już kilka razy i ani śladu po niej.- Gajeel
jeszcze bardziej potargał swoje i tak już sterczące, w każdym
możliwym kierunku, włosy.- Potrzebujemy starszych.
-
I co ja mam niby powiedzieć ojcu?! ,,Sorry, tato. Nie dopilnowałem
Nemu, a teraz błąka się sama, nie wiadomo gdzie.'' Przecież mnie
za to zabije.- warknął Dragneel, zaciskając palce we włosach.
-
Znajdziemy ją.-Wendy poklepała go pokrzepiająco na plecach.
-
Właśnie. Moja miłość mnie do niej doprowadzi.- Sting uniósł
pięść w geście zwycięstwa.
-
Debil.- skwitowali równocześnie pozostali i na nową ruszyli na
poszukiwania.
Obudziło
ją uczucie ciepła, choć, z tego co pamiętała, zemdlała leżąc
w deszczu na błocie. Rozchyliła powieki i zdała sobie sprawe, że
jest w jakimś samochodzie. Poderwała się do siadu, zrzucając przy
okazji czarną kurtkę, którą była okryta. Dopiero po chwili
doszło do niej, że jest cała pokryta zaschniętym błotem, a
koszula, narzucona na czarny T-shirt jest rozdarta na plecach.
Wygramoliła
się z nieznanego auta i rozejrzała. Deszcz przestał padać, a zza
chmur nieśmiało wyglądały gwiazdy. Z miejsca, gdzie stała,
widziała rozciągający się widok nas miasto i ogromne jezioro
Silcora.
-
Piękne.- stwierdziła cicho.
-
Tak uważasz?- rozległo się tuż za nią. Z wrzaskiem obróciła
się do tyłu i odskoczyła o kilka kroków.- Co tak skaczesz?
-
Chcesz mnie zabić?!- początkowy szok zastąpił zalążek furii.-
Czy może zawsze zachodzisz młode dziewczyny od tyłu?
-
Panikujesz.- prychnął, podchodząc do niej i kładąc ręce na jej
ramionach.- Co robisz tu sama? I to o tej porze?
-
Zgubiłam się.- warknęła, omijając chłopaka i ruszając w
kierunku ulicy.
-
Może cię odwiozę?- zaproponował doganiając ją.- Ciemno już i w
ogóle.
-
Nie potrzebuje pomocy.- obróciła się i uśmiechnęła do niego.-
Wierz lub nie, ale umiem o siebie zadbać.
On
po prostu się roześmiał, nie zważając na oburzone spojrzenie
dziewczyny. Laxus pierwszy raz spotkał kogoś takiego. Mimo słodkiej
buźki i drobnej sylwetki, miała dusze wojowniczki. Zapewne przed
przeprowadzką miała całe rzesze wielbicieli. Na samą myśl, że
ktoś mógłby sprawiać, że te duże oczy zaczynały się skrzyć,
poczuł ukłucie w sercu. Może i jej nie znał, ale od wczorajszego
wypadku nie potrafił wyrzucić jej z głowy. Fascynowała go, ale
też niepokoiła. Miała w sobie coś niezwykłego.
-
Ej, żyjesz?!- jej poirytowany głos wyrwał go z zamyślenia.-
Pytałam czy masz telefon? Mój został w torbie.
Wyciągnął
komórkę z kieszeni i podał dziewczynie. Oddaliła się kawałek,
dzwoniąc do kogoś. Początkowo spokojna rozmowa zmieniła się w
kłótnie, a zrównoważone gesty zaczął wypełnić gniew. Zbliżył
się do niej cicho i wyjął komórkę z dłoni.
-
Odstawie ją do domu.- rzucił do słuchawki i rozłączył się
chowając sprzęt do kieszeni.
-
Wiesz, że właśnie w tej chwili naraziłeś się mojemu bratu?-
zapytała retorycznie.
-
I chłopakowi zapewne.- dodał, łapiąc ją za ramie.
-
Durnyś.- oznajmiła, próbując się wykręcić, ale palce chłopaka
zacisnęły się mocniej. Syknęła cicho, trafiając piętą w
rozmokły fragment ziemi i poleciała do tyłu. Jednak zamiast poczuć
pod plecami twardą glebę, została szarpnięta do przodu i
przyciśnięta do ciepłego ciała. Kiedy zdała sobie sprawe, w
jakiej sytuacji się znalazła, policzki zalało jej gorąco, a głowę
wypełniły wspomnienia. Zacisnęła usta i wtuliła w niego twarz.
Łzy cisnęły się jej do oczu i spływały po policzkach.
Kiedy
się w niego wtuliła nie wiedział jak zareagować, ale, kiedy jej
drobną sylwetką wstrząsnął szloch, przytulił ją do siebie i
pozwolił płakać. Zanurzył twarz w jej włosach, wdychając ich
słodki zapach. Teraz był pewien, że skądś ją zna. I chciał
wiedzieć skąd.
Słońce
przedarło się przez zasłony, a budzik wydał z siebie drażniący
dźwięk. Nemu jęknęła i zakryła głowę poduszką, ale nie
zagłuszyło to jazgotu. Wyciągnęła rękę i na ślepo zaczęła
macać szafkę obok łóżka. Dopiero po dłuższej chwili natrafiła
na to głośne dziadostwo i wyłączyła je. Wygrzebała się z
pościeli i wygrzebała spod poduszki komórkę. Z wyświetlacza
uśmiechał się do niej symbol SMS-a. Otworzyła go i uśmiechnęła
się lekko.
Od: Laxus
Czekam pod blokiem
równo o 7:30. Nie spóźnij się.
Zdusiła
chichot w poduszce i z westchnieniem, wzięła ciuchy znikając w
łazience. Szybki prysznic wybudził ją do reszty i przepędził
resztki snu. Szybko ubrała sfatygowane jeansy, koszulkę z logiem
Black Veil Brides i czarną bluzę z kapturem. Wróciła do pokoju,
po torbę i telefon. O ile to pierwsze leżało pod biurkiem, to
komórka wręcz zapadła się pod ziemie. Zamiast niej na poduszce
leżał kot z pofarbowanym na niebiesko futerkiem. Zmarszczyła brwi
i złapała zwierzaka na kark.
-
Gdzie mój telefon, Happy?-zamruczała i lekko potrząsnęła nim.
-
Zostaw mojego kota.- obróciła się na pięcie i wbiła wzrok w
brata, który, oparty o framugę, podrzucał w dłoni zgubę.
-
Natsu, patafianie!- z tym okrzykiem rzuciła się na brata.
Już
od ponad piętnastu minut, Igneel, zakrywając głowę poduszką,
posyłał w myślach swoje dzieci do wszystkich diabłów. Ta dwójka
darła się w wniebogłosy, skacząc po całym mieszkaniu. Starał
się wywnioskować o co im znów poszło, ale wyzwiska i krzyki nie
naprowadzały go na trop. Z westchnieniem schował twarz w poduszkę
i spróbował ponownie zasnąć.
Niestety.
Ten właśnie moment wybrały bliźniaki, by wpaść do salonu, który
był sypialnią ojca, jak huragan i wskoczyć na łóżko, przy
akompaniamencie wrzasków i miauczenia kotów. Kiedy mężczyzna
wydostał się z pod kotłującej dwójki, obrzucił ich spojrzeniem
pełnym dezaprobaty i złapał za karki, rozdzielając.
-
Dosyć, wy małe potwory.- warknął potrząsając nimi.- O co wam
znowu idzie?!
-
Ten debil, idiota, gnom, poczochraniec, czarci syn...
-
Przystopuj z epitetami.- przerwał córce, podnosząc temperaturę
dłoni, którą trzymał ją. Nienawidził kiedy się wyzywali.
-
Zabrał mi telefon.- zawołała, próbując znowu dosięgnąć
bliźniaka.
Przez pierwsze kilka chwil, Igneel wpatrywał się z szokiem w swoje
dzieci. A-a-ale...
-
I tylko dlatego wydzieracie się z samego rana?!- wrzasnął
załamany. Puścił wychowanków i padł plecami na łóżko. Oni
wykorzystali chwilową dekoncentracje ojca i dali nogę.
Nemu
pochłaniała pocky, starając się ignorować wbite w nią
spojrzenia chłopaków, Erzy, Lucy i trzech innych dziewczyn, których
nie znała. Gapili się na nią odkąd Natsu wypaplał z kim
przyjechała do szkoły. Powinna go za to zabić, ale mimo wszystko
bywał przydatny. Podniosła na chwile wzrok, ale zaraz znowu go
opuściła. Ile oni się mogą na nią gapić? Nawet nie wiedziała o
co chodzi. Zgodnie z Kodeksem Istot nie czytała w myślach ludzi.
-
Długo będziecie się gapić na mnie?!- fuknęła nagle.
-
Boże, dziewczyno! Ty nic nie wiesz, prawda?!- Erza złapała ją za
ramiona.
-
Ale że o czym?- wyrwała się przewodniczącej i przezornie schowała
za Gajeela.
-
Laxus Dreyar nigdy nie przywiózł żadnej dziewczyny do szkoły. I
żadnej nie odprowadził pod same drzwi klasy, niosąc jej plecak.-
wyjaśniła Lucy.- Jesteś pierwsza.
-
Ale że serio?- upewniła się, a gwałtowne potakiwania Stinga i
Rouga wystarczyły jej za odpowiedź.
-
Nawet Cany nigdy nie podrzucił, a znają się od dziecka.- wtrąciła
niebieskowłosa drobnica z pomarańczową opaską.
-
Kumam.- mruknęła wsadzając do ust kolejną pałeczkę i wyciągnęła
dłoń przed siebie.- Nemu jestem. Nemu Dragoneel.
-
Levy McGarden.- ta, która jej odpowiedziała, uścisnęła teraz jej
rękę.
-
Minerva Orlando.- czarnowłosa dama, z klasy wyżej skinęła lekko
głową.
-
Yukino Aqaria.- białowłosa przerwał rozmowę z Rougem by zapoznać
się z różowowłosą.
-
Oddaje się pod waszą opiekę.- uśmiech młodej Istoty poszerzył
się.- Macie ochotę na Pocky?- zapytała po chwili wystawiając
pustą paczuszkę przed siebie.
-
Te, mała.- zagadnął ją Natsu, podbierając Lucy rzodkiewki.-
Wiesz, że ta paczka jest pusta?
Wzruszyła ramionami, przeszukując torbę, w poszukiwaniu kolejnej
paczki. W końcu westchnęła smutno i zwiesiła głowę. Nagle ktoś
zrzucił jej na kolana niedużą reklamówkę. Odchyliła głowę
uśmiechając się do, stojącego nad nią Laxusa.
-
Zostawiłaś w samochodzie.- oznajmił, kucając obok.- O której
kończysz?
-
Dzisiaj...- przerwała na chwile, zwracając wzrok na brata.- Natsu!
O której?
-
14:25.- mruknął, zagryzając rzodkiewkę.
sobota, 30 stycznia 2016
Ao no Exorcist: Rozdział 3
Witam wszystkich! Jak wam leci nowy rok? Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że tak. Zaczynają mi się teraz ferie, więc może wrzucę więcej niż jeden rozdział, ale nic nie obiecuję, bo mam sporo roboty.
Zielona, wiem, że mieli być Łowcy, ale musze rozdział jeszcze dopracować. Przepraszam!
KOMENTUJCIE!
Zielona, wiem, że mieli być Łowcy, ale musze rozdział jeszcze dopracować. Przepraszam!
Rozdział
3
Rei
spojrzała niechętnie na trzymane w dłoni dokumenty, które
niezwłocznie
powinna dostarczyć do biura Mephisto. Mimo swojej marnej orientacji
w terenie, dotarcie do gabinetu było dość proste. Problem zaczynał
się w zgoła innym miejscu.
Otóż
biuro było zupełnie puste, a dyrektor szwendał się zapewne nie
wiadomo gdzie. Westchnęła sfrustrowana, sięgając wolną dłonią
w kierunku, gdzie stał jej chowaniec. A przynajmniej powinien.
Rozejrzała się, marszcząc brwi, ale ani Houkou, ani Akumy nie było
nigdzie w zasięgu wzroku.
-
Pięknie.- burknęła pod nosem.- I gdzie te kundle polazły?
Po
krótkim namyśle
ruszyła na poszukiwanie wszystkich zaginionych. Zgrabnymi ruchami
omijała nauczycieli i uczniów, przeklinając nieco długą kurtkę
od munduru i wysokie temperatury. W końcu, gdzieś w tłumie
dostrzegła znajomy biały cylinder i zerwała się do biegu. Niemal
wpadła na jednego z nauczycieli, ale
wykonała wyćwiczony zwód, ratując się przed zderzeniem. Rozpęd
i chwila nieuwagi zadziałały na jej niekorzyść. Uderzyła
w kogoś, odbiła się i uderzyła o podłogę, boleśnie obijając
sobie kość ogonową. Z mordem w czerwonych oczach spojrzała na
przeszkodę… I natychmiast złagodniała.
Rin
stał nad nią z lekkim uśmiechem i wyciągniętą ręką, a za nim
kroczyły jej dwa chowańce, merdając ogonami i, co jakiś czas,
powarkując na Kuro. Skorzystała z pomocy chłopaka i wstała,
otrzepując mundur. Spojrzała ostro na psy, które, jakby
niechętnie, przeszły za nią.
-
Więc to twoje psiaki?- zapytał, przyglądając się zwierzętom.
-
Można tak powiedzieć.- podrapała się po karku.- To Houkou i
Akuma, moje chowańce.
-
Czyli jesteś przywoływaczem.- stwierdził, jakby zawiedziony.
-
Po części.- przyznała.- Mam tytuł Meistera jako Rycerz,
Przywoływacz i Doktor.
-
Serio?!- jego ciemnoniebieskie oczy błysnęły w podekscytowaniu.-
Zmierzmy się kiedyś!
-
Zły pomysł.- od razu przygasiła jego zapał, a na jej jasną
twarzyczkę wpłynął złośliwy uśmieszek.- Nie chciałabym cię
uszkodzić.
-
Jesteś zbyt pewna siebie.- burknął oburzony, a ona roześmiała
się dźwięcznie. Od razu polubił ten dźwięk.
-
Rin, proszę cie.- opanowała śmiech.- Trenuję odkąd skończyłam
pięć lat. Nie masz ze mną szans.
Wymruczał
coś, co brzmiało jak „jeszcze zobaczymy”, a ona ponownie
zaczęła się śmiać. Warknął coś na nią, ale potem sam do niej
dołączył. Ten niecodzienny atak wesołości trwał przez dłuższą
chwile. Przerwało go dopiero nagłe pojawienie się Mephisto, który
bezceremonialnie chwycił Rei za ramie i zaczął prowadzić do
swojego biura. Dziewczyna pomachała Rinowi na pożegnanie i zaczęła
sztorcować dyrektora. Patrzył za nią, wspominając ostatnie
wezwanie przywódcy.
Stanęli
przed biurem Mephisto, a Rei otworzyła drzwi jednym, mocnym
kopniakiem, bez poszanowania dla jakichkolwiek zasad kultury.
Dyrektor siedział za biurkiem, pochłonięty czytaniem mangi i
przegryzaniem pocky. Zdawał się nie zauważać dwójki uczniów,
obserwujących go nachalnie.
-
Oi, Mephisto!- dziewczyna straciła resztki cierpliwości i huknęła
otwartą dłonią o blat, aż się echo poniosło.- Po co nas tu
wezwałeś?
-
Ohayo, Rei-chan. Kiedy przyszłaś?- Rin w porę złapał
rówieśniczkę, powstrzymując od zabicia przełożonego.
-
Przysięgam.- burknęła, siadając na jednym z foteli.- Pewnego
pięknego dnia zatłukę cię. I nawet mój ojciec mnie nie
powstrzyma.
-
Dobrze, dobrze.- z lekceważeniem machnął ręką, a fioletowowłosa
zmrużyła wrogo oczy.- Przyszedł list do ciebie.- podał jej
kopertę. Rei tylko spojrzała na nadawcę i podarła go na kawałki.-
Nie powinnaś tak traktować listów od ojca, Rei-chan.- dyrektor
wzdrygnął się pod wpływem jej spojrzenia, które jasno mówiło
„nie pouczaj mnie”.- A przechodząc do spraw ważniejszych.- tym
razem podsunął Rinowi kartkę A4.
Chłopak
przestudiował treść, a Rei przechyliła się nad oparciem,
czytając mu przez ramię. Wiadomość była prośbą o przygotowanie
wsparcia do Kioto. Nie podano żadnych szczegółów dotyczących
sytuacji, a podpis był niedbały, niemal nieczytelny. Dopiero po
dłuższej chwili odcyfrowali nazwisko. „Ketsuki Tobias”.
-
Tobi jest w Kioto?!- wrzasnęła egzorcystka, poklaskując w dłonie.-
I jeszcze prosi o pomoc. Dam mu ja popalić.
-
Kiedy jedziemy?- zapytał Rin, spoglądając na podekscytowaną
koleżankę.
-
Dopiero kiedy przyjdzie prośba o wysłanie wsparcia.- ugasił ich
zapał Pheles.- Puki co raporty są zbyt niedokładne, by coś
stwierdzić. Twój brat powinien nad tym popracować, Rei-chan.-
wrócił do swojego charakterystycznego, nieco ekscentrycznego
podejścia.
Od
listu minął ponad tydzień, ale sytuacja się nie zmieniała i,
mimo że Rei grała niewzruszoną, martwiła się o brata. Zwykle
żadne z nich nie musiało wzywać wsparcia. Byli w końcu jednymi z
najlepszych wojowników w Anielskim Legionie. Wyżej stał tylko
Palladyn.
Pogrążona
w myślach nie zwracała uwagi na Mephisto, który już od dobrych
paru minut nie odrywał od niej wzroku. Intrygowało go, co też
zaprząta umysł tej niecodziennej osóbki. Bo nie mógł powiedzieć,
by Ketsuki należała do ludzi normalnych. Przekrzywił głowę i
odkaszlnął, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Cisza i brak
reakcji. Spróbował znowu, a potem jeszcze raz i jeszcze. Za
dziesiątym czy dwunastym podejściem dziewczyna uniosła głowę.
-
Jesteś chory, czy planujesz zrobić mi przysługę i zejść z tego
świata?- zapytała już nieco zirytowana, gromiąc go wzrokiem.
-
Cóż za brak poszanowania dla przełożonych!- złapał się za
serce i odchylił na krześle.- Jestem głęboko zraniony twoim
zimnym podejściem, Rei-chan!- w odpowiedzi otrzymał tylko głośne
prychnięcie i parę ledwie słyszalnych, ale z pewnością
negatywnych epitetów.- Język,młoda damo!- pouczył ją żartobliwie
poważnym tonem, ale ostre spojrzenie czerwonych oczu usadziło go w
miejscu.
-
Masz już odpowiedź?- pochyliła się nad biurkiem, szukając
dokumentu.- Jeśli tak, to daj mi je i pozwól dostarczyć do
Watykanu.
-
Nie kłopocz się, Rei-chan.- zabrał z biurka plik kartek i wrzucił
niedbale do białej aktówki w różowe kropki.- Sam dostarczę je
twojemu ojcu. I przy okazji przekaże mu twoje gorące pozdrowienia.
-
Spróbuj, a zgnijesz w piekle.- ostrzegła, muskając palcami
bransoletkę.
-
Według niektórych już jestem w piekle.- odpowiedział beztrosko.
Po chwili ciszy podniósł się, obszedł biurko, postawił na nogi
dziewczynę i zaczął popychać ją do wyjścia.- Idźże już,
Rei-chan! Dzieci powinny spać po południu!- zatrzasnął drzwi i
oparł się o nie.
-
Zgiń w męczarniach!- wrzasnęła jeszcze na pożegnanie i ruszyła
swojego akademika, odesławszy po drodze swoje chowańce.
Dopiero
wtedy poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Wbrew pozorom, utrzymanie
dwóch potężnych demonów w Assiah nie było wcale prostym
zadaniem. Zataczając się przemierzała korytarzem, starając się
nie zemdleć.
Czarne
mroczki tańczyły jej przed oczami, utrudniając dostrzeżenie
czegokolwiek, a zawroty głowy nasilały z każdą chwilą. W końcu
potknęła się o coś, nie wiedziała o co, i poleciał twarzą w
podłogę. Przed upadkiem uratowały ją czyjeś ciepłe ręce,
pomagając zachować pion.
-
Oi, Rei!- głos Rina docierał do niej, jak przez mgłę.- Wszystko
gra?
-
Tak, pewnie.- potwierdziła słabo, mrugając gwałtownie.- Nic mi
nie jest.
-
Polemizowałbym.- wtrącił się Yukio, stojący u boku brata.-
Jesteś blada, jak śmierć.
-
To nic.- upierała się.- Po prostu za długo trzymałam Houkou i
Akumę w naszym świecie.- usprawiedliwiła się. Naraz zdała sobie
sprawę, że Rin nadal ją podtrzymuje.- Puszczaj mnie, Rin.-
spróbowała się cofnąć, ale, kiedy tylko chłopak ją puścił,
ponownie runęła na spotkanie z twardą posadzką.
-
Widać, że nic ci nie jest.- sarknął starszy z bliźniaków, po
raz drugi ją łapiąc.- Zaniosę cię do pokoju.- oznajmił,
chwytając ją pod kolanami.
-
Co?- zapytała nieprzytomnie i pisnęła, kiedy jej stopy oderwały
się od ziemi.- Odstaw mnie, kretynie!
-
Nie marudź.- uciął jej protesty, podrzucając ją lekko i
zmuszając tym samym, by objęła go za szyję.- Ledwo trzymasz się
na nogach.- ruszył przed siebie, a Yukio z nikłym uśmiechem ruszył
za nimi, by upilnować Rina. Z tego, co słyszał o Rei, w połączeniu
z jego bratem tworzyli mieszankę wybuchową.
KOMENTUJCIE!
czwartek, 31 grudnia 2015
Tora z Duchów: 5
Oto i grudniowy rozdział w ostatniej chwili, bo... Bo tak. Trzymajcie się wszyscy i nie zgińcie w Sylwestra. Szczęśliwego Nowego Roku!
Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam nad sobą twarz Valentine, ściągniętą w grymasie odrazy. Długie, błyszczące włosy w barwie zboża miała upięte w nienagannego koka, a czekoladowe oczy patrzyły na świat z zimnym dystansem. Była smukła, wysoka i uporządkowana, a uroda przyćmiewała niektóre modelki. Ale miejsce w Starszyźnie dał jej umysł, ostry i przejrzysty. Potrafiła przejrzeć człowieka w sekundę i może właśnie dla tego nie należała do zbytnio lubianych przeze mnie osób.
Przetarła mi czoło chłodną szmatką i napoiła wodą, podtrzymując mi głowę.
- Jak się czujesz, dziecko?- głos miała piękny. Taki czysty i melodyjny.
- Nie jestem dzieckiem.- wycharczałam. Miałam wrażenie, że ktoś przejechał mi tarką po gardle. Odkaszlnęłam.
- Cóż za brak szacunku.- westchnęła z pogardą.- Ty i Twój partner naprawdę zostaliście odpowiednio dobrani.
Prychnęłam pod nosem i usiadłam, próbując opanować chaos na mojej głowie. Każdy włos sterczał w inną stronę, tworząc dość ciekawą mozaikę. Szkoda tylko, że pomarańczową. Rozejrzałam się dookoła, szukając Sivy, a Valentine, jakby czytając moje myśli, wskazała na drzwi. Poderwałam się na nogi i, nieco chwiejnym krokiem, dotarłam na korytarz. Pod drzwiami, w swojej ludzkiej formie, czekał mój partner. I alleluja, bo na progu moje szczęście szlag trafił i poleciałam jak kłoda na ziemie. Na szczęście miał jeszcze tyle oleju w głowie, żeby uchronić mnie przed spotkaniem trzeciego stopnia z podłogą.
- Co to było?- spytaliśmy równocześnie, w następstwie mordując się wzrokiem.
- Cóż za synchronizacja.- zachichotał Axel i przyciągnął mnie do siebie.
Ucałował mnie w czoło, uważnie obejrzał, przygładził włosy i chwycił za policzki. Zaczęłam wymachiwać rękami, próbując trafić go w oko. Chyba się do tego przyzwyczaił, bo utrzymywał się poza zasięgiem moich pięści. W końcu się uwolniłam i odskoczyłam, opierając się plecami o Sivę.
- Zadzwoniłem do ojca.- oznajmił mój brat.- Będzie tu jutro.
Zdębiałam zupełnie. Z ojcem nigdy nie byłam szczególnie blisko. Uważał mnie za bezbronne dziecko i nadgorliwie, wręcz obsesyjnie próbował bronić. Bał się, że wpadnę w złe towarzystwo i wpakuję w ogromne kłopoty. Przecież jak zobaczy mojego partnera, zamknie mnie w pokoju i nie wypuści do osiemnastki! Albo i trzydziestki!
Z zaciśniętymi pięściami, rzuciłam się bratu do gardła, ale moje zamiary zniweczył Siva, chwytając jednym ramieniem w talii, a drugim , blokując moją szyję. Szarpałam się przez parę minut, próbując wbić w jego rękę zęby, ale brunet nie zamierzał mnie puścić.
- Już po mnie.- zwiesiłam głowę, a oni tylko zmarszczyli brwi.
Zgodnie z zapowiedzią, następnego dnia po południu przed główną bramą zaparkował doskonale mi znany samochód. Ojciec ubrany był w nowy, idealnie skrojony, czarny garnitur, a jasne włosy miał schludnie zaczesane do tyłu. Axel poszedł go przywitać, a ja zabarykadowałam się w pokoju, trzymając lampę jako broń. Siva odmówił pomocy.
- Ty chyba do reszty zdurniałaś.- oznajmił w którymś momencie.
- Zamilknij, pókim dobra.- warknęłam w odpowiedzi , siedząc za stertą poduch. Ja się tu buntuję, no!
Nagle drzwi otworzyły się, a ja mocniej chwyciłam przyszłe narzędzie zbrodni i pochyliłam się tak, że zza zapory wystawały mi tylko oczy. Będę walczyć do końca, choćby nie wiem co! Siva, chociaż w formie ostrza, cały czas miał na mnie oko. Do środka wszedł najpierw mój brat, a zaraz za nim ojciec.
- A więc to jest jej pokój. Jak widać pasuje do…- przerwał, kiedy zahaczył nogą o książkę i wyłożył jak długi na podłodze.
Wybuchłam śmiechem, obejmując się za brzuch, a po chwili dołączył do mnie Siva. Nawet ojciec się uśmiechnął. Leżałam na plecach targana spazmami śmiechu, a po policzkach ciekły mi łzy, niknąc we włosach. Po kilkunastu minutach usiadłam, opierając się o szafkę z książkami i ciężko dysząc. Axel z obrażoną miną siedział na łóżku, a tata zajął mój ulubiony fotel, zrzucając na podłogę skotłowany koc, naręcze ubrań i parę moich ukochanych, czarnych trampek.
Wyciągnęłam nogi i zaczęłam czytać kolejną książkę o jakże wdzięcznym tytule „Krew Olimpu”. Niestety, wwiercający się w moją głowę wzrok ojca, utrudniał mi skupienie się na treści lektury. Uniosłam spojrzenie na ojca i wzdrygnęłam się czując chłód i niechęć z jaką mnie obserwował. Gdzieś wewnątrz mnie narastał niepokój. Podniosłam się powoli i zaczęłam nerwowo wyłamywać palce. Ojciec tez wstał, a ja odskoczyłam nerwowo, jak wystraszone zwierzę. Nagle mężczyzna wyciągnął rękę, ale na drodze stanął mu Siva.
- Krok w tył.- warknął, zasłaniając mnie przed spojrzeniem zielonych oczu.
Wspięłam się na palce, wyglądając ponad ramieniem partnera, jak w oczach taty powoli budzi się gniew.
- Tato, poznajcie się.- spróbowałam załagodzić sytuacje.- To Siva, mój obecny partner. Siva, poznaj mojego ojca, Derecka.
- Wyjaśnisz, dlaczego zachowuje się jak pies stróżujący?- upewnił się Axel, a ja przygryzłam dolną wargę.
- Racja. Wypadałoby.- zadecydowałam, po chwilowym wahaniu.- Ja i Siva jesteśmy na pewnym poziomie połączeni. On reaguje na moje silne emocje. Jeśli jestem zaniepokojona, postara się o mnie zadbać.- wytłumaczyłam.- Siva, odpuść.- poprosiłam, zaciskając palce na jego koszulce.
- Wzbudził w tobie niepokój.
- Ale to mój ojciec, na miłość boską!- fuknęłam.- Uspokój się.
Wbrew moim prośbą, Siva przeszył ojca swoim najgroźniejszym spojrzeniem. Zawsze wzbudzało we mnie strach, więc objęłam go w pasie, chowając twarz w jego plecach i szepcząc ciche: „Uspokój się, proszę.”. Jednocześnie modliłam się do Boga, Buddy, Jahwe, Allacha, Latającego Potwora Spaghetti i innych dobrych bóstw o jakąś pomoc. Która nadeszła, wraz z pukaniem do drzwi. Rozluźniłam się nieco, zapraszając gościa, którym okazał się jeden ze Strażników.
- Kitsune Tora, adeptka 10. roku i Demoniczne Ostrze Siva są natychmiast proszeni do Komnaty Starszych.- ogłosił i wyszedł, a mój partner i ja wymieniliśmy spojrzenia.
5
Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam nad sobą twarz Valentine, ściągniętą w grymasie odrazy. Długie, błyszczące włosy w barwie zboża miała upięte w nienagannego koka, a czekoladowe oczy patrzyły na świat z zimnym dystansem. Była smukła, wysoka i uporządkowana, a uroda przyćmiewała niektóre modelki. Ale miejsce w Starszyźnie dał jej umysł, ostry i przejrzysty. Potrafiła przejrzeć człowieka w sekundę i może właśnie dla tego nie należała do zbytnio lubianych przeze mnie osób.
Przetarła mi czoło chłodną szmatką i napoiła wodą, podtrzymując mi głowę.
- Jak się czujesz, dziecko?- głos miała piękny. Taki czysty i melodyjny.
- Nie jestem dzieckiem.- wycharczałam. Miałam wrażenie, że ktoś przejechał mi tarką po gardle. Odkaszlnęłam.
- Cóż za brak szacunku.- westchnęła z pogardą.- Ty i Twój partner naprawdę zostaliście odpowiednio dobrani.
Prychnęłam pod nosem i usiadłam, próbując opanować chaos na mojej głowie. Każdy włos sterczał w inną stronę, tworząc dość ciekawą mozaikę. Szkoda tylko, że pomarańczową. Rozejrzałam się dookoła, szukając Sivy, a Valentine, jakby czytając moje myśli, wskazała na drzwi. Poderwałam się na nogi i, nieco chwiejnym krokiem, dotarłam na korytarz. Pod drzwiami, w swojej ludzkiej formie, czekał mój partner. I alleluja, bo na progu moje szczęście szlag trafił i poleciałam jak kłoda na ziemie. Na szczęście miał jeszcze tyle oleju w głowie, żeby uchronić mnie przed spotkaniem trzeciego stopnia z podłogą.
- Co to było?- spytaliśmy równocześnie, w następstwie mordując się wzrokiem.
- Cóż za synchronizacja.- zachichotał Axel i przyciągnął mnie do siebie.
Ucałował mnie w czoło, uważnie obejrzał, przygładził włosy i chwycił za policzki. Zaczęłam wymachiwać rękami, próbując trafić go w oko. Chyba się do tego przyzwyczaił, bo utrzymywał się poza zasięgiem moich pięści. W końcu się uwolniłam i odskoczyłam, opierając się plecami o Sivę.
- Zadzwoniłem do ojca.- oznajmił mój brat.- Będzie tu jutro.
Zdębiałam zupełnie. Z ojcem nigdy nie byłam szczególnie blisko. Uważał mnie za bezbronne dziecko i nadgorliwie, wręcz obsesyjnie próbował bronić. Bał się, że wpadnę w złe towarzystwo i wpakuję w ogromne kłopoty. Przecież jak zobaczy mojego partnera, zamknie mnie w pokoju i nie wypuści do osiemnastki! Albo i trzydziestki!
Z zaciśniętymi pięściami, rzuciłam się bratu do gardła, ale moje zamiary zniweczył Siva, chwytając jednym ramieniem w talii, a drugim , blokując moją szyję. Szarpałam się przez parę minut, próbując wbić w jego rękę zęby, ale brunet nie zamierzał mnie puścić.
- Już po mnie.- zwiesiłam głowę, a oni tylko zmarszczyli brwi.
Zgodnie z zapowiedzią, następnego dnia po południu przed główną bramą zaparkował doskonale mi znany samochód. Ojciec ubrany był w nowy, idealnie skrojony, czarny garnitur, a jasne włosy miał schludnie zaczesane do tyłu. Axel poszedł go przywitać, a ja zabarykadowałam się w pokoju, trzymając lampę jako broń. Siva odmówił pomocy.
- Ty chyba do reszty zdurniałaś.- oznajmił w którymś momencie.
- Zamilknij, pókim dobra.- warknęłam w odpowiedzi , siedząc za stertą poduch. Ja się tu buntuję, no!
Nagle drzwi otworzyły się, a ja mocniej chwyciłam przyszłe narzędzie zbrodni i pochyliłam się tak, że zza zapory wystawały mi tylko oczy. Będę walczyć do końca, choćby nie wiem co! Siva, chociaż w formie ostrza, cały czas miał na mnie oko. Do środka wszedł najpierw mój brat, a zaraz za nim ojciec.
- A więc to jest jej pokój. Jak widać pasuje do…- przerwał, kiedy zahaczył nogą o książkę i wyłożył jak długi na podłodze.
Wybuchłam śmiechem, obejmując się za brzuch, a po chwili dołączył do mnie Siva. Nawet ojciec się uśmiechnął. Leżałam na plecach targana spazmami śmiechu, a po policzkach ciekły mi łzy, niknąc we włosach. Po kilkunastu minutach usiadłam, opierając się o szafkę z książkami i ciężko dysząc. Axel z obrażoną miną siedział na łóżku, a tata zajął mój ulubiony fotel, zrzucając na podłogę skotłowany koc, naręcze ubrań i parę moich ukochanych, czarnych trampek.
Wyciągnęłam nogi i zaczęłam czytać kolejną książkę o jakże wdzięcznym tytule „Krew Olimpu”. Niestety, wwiercający się w moją głowę wzrok ojca, utrudniał mi skupienie się na treści lektury. Uniosłam spojrzenie na ojca i wzdrygnęłam się czując chłód i niechęć z jaką mnie obserwował. Gdzieś wewnątrz mnie narastał niepokój. Podniosłam się powoli i zaczęłam nerwowo wyłamywać palce. Ojciec tez wstał, a ja odskoczyłam nerwowo, jak wystraszone zwierzę. Nagle mężczyzna wyciągnął rękę, ale na drodze stanął mu Siva.
- Krok w tył.- warknął, zasłaniając mnie przed spojrzeniem zielonych oczu.
Wspięłam się na palce, wyglądając ponad ramieniem partnera, jak w oczach taty powoli budzi się gniew.
- Tato, poznajcie się.- spróbowałam załagodzić sytuacje.- To Siva, mój obecny partner. Siva, poznaj mojego ojca, Derecka.
- Wyjaśnisz, dlaczego zachowuje się jak pies stróżujący?- upewnił się Axel, a ja przygryzłam dolną wargę.
- Racja. Wypadałoby.- zadecydowałam, po chwilowym wahaniu.- Ja i Siva jesteśmy na pewnym poziomie połączeni. On reaguje na moje silne emocje. Jeśli jestem zaniepokojona, postara się o mnie zadbać.- wytłumaczyłam.- Siva, odpuść.- poprosiłam, zaciskając palce na jego koszulce.
- Wzbudził w tobie niepokój.
- Ale to mój ojciec, na miłość boską!- fuknęłam.- Uspokój się.
Wbrew moim prośbą, Siva przeszył ojca swoim najgroźniejszym spojrzeniem. Zawsze wzbudzało we mnie strach, więc objęłam go w pasie, chowając twarz w jego plecach i szepcząc ciche: „Uspokój się, proszę.”. Jednocześnie modliłam się do Boga, Buddy, Jahwe, Allacha, Latającego Potwora Spaghetti i innych dobrych bóstw o jakąś pomoc. Która nadeszła, wraz z pukaniem do drzwi. Rozluźniłam się nieco, zapraszając gościa, którym okazał się jeden ze Strażników.
- Kitsune Tora, adeptka 10. roku i Demoniczne Ostrze Siva są natychmiast proszeni do Komnaty Starszych.- ogłosił i wyszedł, a mój partner i ja wymieniliśmy spojrzenia.
czwartek, 24 grudnia 2015
ŚWIĘTA
- Zaraz nam zwieją!- warknął Siva, kiedy wylądowałam na krawędzi dachu.
- Wiem!- burknęłam, wznawiając pościg za kilkoma dziwacznymi stworzeniami.- Skakanie po oblodzonych dachach nie jest łatwe!
- Mniej narzekania, więcej biegania! Ruchy.- mruknęłam pod nosem kilka niezbyt pochlepnych określeń, przyśpiezając kroku.
Jaszczuropodobne stwory, które zrujnowały mój cudowny dzień wolny, nie zamierzały się poddać. Ba! Nawet jeszcze bardziej się rozpędziły. Ej! Nie dam zostawić się w tyle. Skoczyłam do przudu, lądując jednemu na plecach.
Niezdąrzyłam dobyć miecza, kiedy potwór zrzucił mnie z siebie i spróbował wbić pazury. Odtoczyłam się, wyciągając miecz. Spróbowałam cięcia zza głowy, ale miecz odbił się od twardych, zielonkawych łusek. Zatoczyłam się do tyłu i straciłam równowagę. Lód pod nogami utrudnił sytuacje i zaczęłam spadać. Szybko oceniłam sytuacje. Za wysoko, nie przeżyję upadku.
Nagle ktoś mnie pochwycił, dociskając do siebie. Nic nie widziałam, ale słyszałam łopot ogromnych skrzydeł. Kiedy tylko moje stopy dotknęły ziemi, wykorzystałam lata treningu i wymknęłam się napastnikowi. Okazał się nim wysoki, jasnowłosy chłopak, o oczach w kolorze ciemnej kawy. Jedynymi niepasującymi elementami były skrzydła, ogon i długie kły, odsłonięte w szerokim uśmiechu. Spròbowałam wystawić przeciw niemu miecz, ale Siva wrócił do ludzkiej formy. Stanął przede mną, jakby chciał mnie chronić.
- A to coś nowego.- mruknął nieznajomy, przyglądając się nam.
- Kim jesteś i czemu nam przeszkadzasz?- głos mojego partnera ociekał jadem i chłodem.
- Jestem Dante.- wystawił rękę, ale nawet nie drgneliśmy.- I gdyby nie ja, twojej małej koleżanki już by na świecie nie było.
W sumie ma racje. Przepchnęłam się przed przyjaciela i stanęłam naprzeciw niego. Wbite do głowy zasady kultury dały o sobie znać.
- Dzięki za pomoc.- uśmiechnęłam się.- Jestem Tora, a to mój partner Siva.
- Ciekawe im...- nie dokończył, bo tuż obok wylądowała dziewczyna o czarnych włosach, czerwonych oczach i kolorystycznie pasujących skrzydłach.- Już?
- Już. Słabeusze.- wyszczerzyła zęby w diabolicznym uśmiechu.- A ty znowu przyjaciół sobie znalazłeś.- burknęła, tłukąc go po głowie.
- Masz coś do mnie?- syknęłam, pochylając się do niej.
- Uważaj do kogo mówisz, kurduplu.- zaśmiała się zimno, a ja zacisnęłam pięści.
- Błagam. nie w Święta.- jękneli równocześnie Dante i Siva.
- Już wystarczy, że na codzień jesteś butna.- prychnął mój partner.
- To nie tylko Alex ma wieczny okres?- blądyn wydał się zaskoczony.
- Widać nie tylko. Tora też ma non stop PSM.- brunet odrzucił kilka kosmyków z odsłoniętego oka.
- A to co miało znaczyć?!
- Wiem!- burknęłam, wznawiając pościg za kilkoma dziwacznymi stworzeniami.- Skakanie po oblodzonych dachach nie jest łatwe!
- Mniej narzekania, więcej biegania! Ruchy.- mruknęłam pod nosem kilka niezbyt pochlepnych określeń, przyśpiezając kroku.
Jaszczuropodobne stwory, które zrujnowały mój cudowny dzień wolny, nie zamierzały się poddać. Ba! Nawet jeszcze bardziej się rozpędziły. Ej! Nie dam zostawić się w tyle. Skoczyłam do przudu, lądując jednemu na plecach.
Niezdąrzyłam dobyć miecza, kiedy potwór zrzucił mnie z siebie i spróbował wbić pazury. Odtoczyłam się, wyciągając miecz. Spróbowałam cięcia zza głowy, ale miecz odbił się od twardych, zielonkawych łusek. Zatoczyłam się do tyłu i straciłam równowagę. Lód pod nogami utrudnił sytuacje i zaczęłam spadać. Szybko oceniłam sytuacje. Za wysoko, nie przeżyję upadku.
Nagle ktoś mnie pochwycił, dociskając do siebie. Nic nie widziałam, ale słyszałam łopot ogromnych skrzydeł. Kiedy tylko moje stopy dotknęły ziemi, wykorzystałam lata treningu i wymknęłam się napastnikowi. Okazał się nim wysoki, jasnowłosy chłopak, o oczach w kolorze ciemnej kawy. Jedynymi niepasującymi elementami były skrzydła, ogon i długie kły, odsłonięte w szerokim uśmiechu. Spròbowałam wystawić przeciw niemu miecz, ale Siva wrócił do ludzkiej formy. Stanął przede mną, jakby chciał mnie chronić.
- A to coś nowego.- mruknął nieznajomy, przyglądając się nam.
- Kim jesteś i czemu nam przeszkadzasz?- głos mojego partnera ociekał jadem i chłodem.
- Jestem Dante.- wystawił rękę, ale nawet nie drgneliśmy.- I gdyby nie ja, twojej małej koleżanki już by na świecie nie było.
W sumie ma racje. Przepchnęłam się przed przyjaciela i stanęłam naprzeciw niego. Wbite do głowy zasady kultury dały o sobie znać.
- Dzięki za pomoc.- uśmiechnęłam się.- Jestem Tora, a to mój partner Siva.
- Ciekawe im...- nie dokończył, bo tuż obok wylądowała dziewczyna o czarnych włosach, czerwonych oczach i kolorystycznie pasujących skrzydłach.- Już?
- Już. Słabeusze.- wyszczerzyła zęby w diabolicznym uśmiechu.- A ty znowu przyjaciół sobie znalazłeś.- burknęła, tłukąc go po głowie.
- Masz coś do mnie?- syknęłam, pochylając się do niej.
- Uważaj do kogo mówisz, kurduplu.- zaśmiała się zimno, a ja zacisnęłam pięści.
- Błagam. nie w Święta.- jękneli równocześnie Dante i Siva.
- Już wystarczy, że na codzień jesteś butna.- prychnął mój partner.
- To nie tylko Alex ma wieczny okres?- blądyn wydał się zaskoczony.
- Widać nie tylko. Tora też ma non stop PSM.- brunet odrzucił kilka kosmyków z odsłoniętego oka.
- A to co miało znaczyć?!
-A to co miało znaczyć?!- wrzasnęły i równocześnie huknęły towarzyszy w te ich puste łby. Obaj zareagowali inaczej, Dante uśmiechnął się do przyjaciółki głupio, a Siva zmierzył Torę zabójczym wzrokiem.
Alex zaplotła ręce na piersiach i obruciła się do niego plecami, podchodząc do pomarańczowowłosej dziewczyny i wyciągnęła rękę.
- Jestem Alexis.- przedstawiła się.- Ten debil za mną już się chyba przedstawił.
- Taa.- westchnęła niższa.- Chyba jest bardziej męczący od Sivy.- dodała sciskając dłoń anielicy.
- Dlaczego w ogóle goniłaś te demony?- brunetka ruszyła w kierunku najbliższej ruchliwej ulicy, a druga dreptała u jej boku, ogrzewając zmarznięte dłonie.
- Zwinęły mi ciastka.- warknęła, wspominając tę okropną zniewagę.- A poza tym kręciły się po terenie Zakonu i mnie wkurzały.
- Chyba nie masz zbyt wiele cierpliwości.- zachichotała, wracając do ludzkiej postaci i poprawiając rękawiczki.
- Tak jak ty.- młodsza dźgnęła ją w biodro.- Kim tak właściwie jesteś?
- I tak nie uwierzysz.- stwierdziła Alex, machnowszy ręką.
- Widziałam już naprawdę dziwne rzeczy.- Tora uśmiechnęła się jak dziecko.
- Skoro chcesz.- anielica pochyliła się do niższej koleżanki.- Jestem aniołem. Strąconym z Niebios, co prawda, ale wciąż aniołem.
- W sumie to pasuje ci to.- heterohroniczne oczy młodej Kitsune zmrużyły się, a ona sama przekrzywiła głowę.- Tylko mogłabyś się więcej uśmiechać.
- Od uśmiechania jest ten z tyłu.- burknęła czarnowłosa.
Dziesięć minut później stała na krawężniku, machając taksówce, w której odjechali Tora z Sivą. Poczuła, jak Dante obejmuje ją od tyłu i opiera brodę na czubku jej głowy. Usłyszała tylko, jak szepcze ,żeby się uśmiechnęła. Nagle zauważyła pomarańczową czupryne, wystającą z okna.
Alex zaplotła ręce na piersiach i obruciła się do niego plecami, podchodząc do pomarańczowowłosej dziewczyny i wyciągnęła rękę.
- Jestem Alexis.- przedstawiła się.- Ten debil za mną już się chyba przedstawił.
- Taa.- westchnęła niższa.- Chyba jest bardziej męczący od Sivy.- dodała sciskając dłoń anielicy.
- Dlaczego w ogóle goniłaś te demony?- brunetka ruszyła w kierunku najbliższej ruchliwej ulicy, a druga dreptała u jej boku, ogrzewając zmarznięte dłonie.
- Zwinęły mi ciastka.- warknęła, wspominając tę okropną zniewagę.- A poza tym kręciły się po terenie Zakonu i mnie wkurzały.
- Chyba nie masz zbyt wiele cierpliwości.- zachichotała, wracając do ludzkiej postaci i poprawiając rękawiczki.
- Tak jak ty.- młodsza dźgnęła ją w biodro.- Kim tak właściwie jesteś?
- I tak nie uwierzysz.- stwierdziła Alex, machnowszy ręką.
- Widziałam już naprawdę dziwne rzeczy.- Tora uśmiechnęła się jak dziecko.
- Skoro chcesz.- anielica pochyliła się do niższej koleżanki.- Jestem aniołem. Strąconym z Niebios, co prawda, ale wciąż aniołem.
- W sumie to pasuje ci to.- heterohroniczne oczy młodej Kitsune zmrużyły się, a ona sama przekrzywiła głowę.- Tylko mogłabyś się więcej uśmiechać.
- Od uśmiechania jest ten z tyłu.- burknęła czarnowłosa.
Dziesięć minut później stała na krawężniku, machając taksówce, w której odjechali Tora z Sivą. Poczuła, jak Dante obejmuje ją od tyłu i opiera brodę na czubku jej głowy. Usłyszała tylko, jak szepcze ,żeby się uśmiechnęła. Nagle zauważyła pomarańczową czupryne, wystającą z okna.
- Alex, Dante! Wesołych Świąt!- krzyknęłam, a potem Siva szarpnął mnie w pasie, wciągając spowrotem do środka. Opadłam na siedzenie i zapiełam pasy.
- Czy ty jesteś szalona?- jęknął mój przyjaciel.- Mogłaś wypaść.
Uśmiechnęłam się przepraszająco, opierając się na jego ramieniu.
- Wesołych Świąt, Siva.- wyszeptałam przymykając oczy.
- Wesołych Świąt, księżniczko.
Oto Krótki świąteczny special, specjalnie dla was. Z okazji świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć wam zdrowia, szczęścia, spokoju i spełnienia marzeń. Bogatego Mikołaja i szampańskiej imprezy w Sylwestra. Odpocznijcie i cieszcie się z czasu spędzonego z rodziną. Mam nadzieje, że wytrzymacie ze mną kolejny rok (szczególnie ty, Zielona). Uwielbiam was wszystkich.
- Czy ty jesteś szalona?- jęknął mój przyjaciel.- Mogłaś wypaść.
Uśmiechnęłam się przepraszająco, opierając się na jego ramieniu.
- Wesołych Świąt, Siva.- wyszeptałam przymykając oczy.
- Wesołych Świąt, księżniczko.
Oto Krótki świąteczny special, specjalnie dla was. Z okazji świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć wam zdrowia, szczęścia, spokoju i spełnienia marzeń. Bogatego Mikołaja i szampańskiej imprezy w Sylwestra. Odpocznijcie i cieszcie się z czasu spędzonego z rodziną. Mam nadzieje, że wytrzymacie ze mną kolejny rok (szczególnie ty, Zielona). Uwielbiam was wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)