poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Łowcy: Rozdział 2


Obserwował, jak trolle przygotowują się do walki, pławiąc się w poczuciu wyższości nad tymi prostymi stworzeniami. Cofnął się w głąb groty, kiedy promienie słońca padły na ziemie tuż przy jego butach. To była największa wada tego pustynnego terenu. Ale tym razem stanowiła też pewnego rodzaju atut.

Dowódcą Łowców, wedle jego informacji, był młody dhampir, a one, jak i czystej krwi wampiry, były podatne na działanie słońca. Jeśli więc nie chcieli stracić Stratega, musieli poruszać się po zmroku. Ta świadomość zapewniła mu złudne poczucie bezpieczeństwa i spokoju.

Rothan był pewny siebie. Aż za bardzo.



Zatrzymali się dobre półtora kilometra od Ostrych Szczytów. Roy chodził niespokojnie w tą i z powrotem rozpierany energią. Jako jedyny, nie musiał martwić się przygotowaniem broni, ale czekanie, aż pozostali się przygotują irytowało go. Zwłaszcza, że poszukiwanym był wampir.

Nagle jego wzrok przykuła El, siedząca po turecku na suchej ziemi. Rysowała palcem po piasku delikatne, powyginane symbole. Chwile zajęło mu rozpoznanie w nich liter z pisma neriad. Wiedział, jak wyglądają chociaż nie potrafił ich odczytać. Podszedł do niej i przysiadł obok, rzucając cień na znaki.

- Co piszesz, kundlu?- zapytał z typową dla siebie złośliwością.

- Że cuchniesz mokrym psem.- odparła, marszcząc nosek.- Czego chcesz?

- Nudzę się.- spojrzał w kierunku Savanny, pochłoniętej rozmową z Chasem.- Kiedy ruszamy dalej?

- Jak wszyscy będą gotowi.- burknęła podnosząc się i otrzepując ubranie z drobnego piasku.- A ty już obniuchałeś każdy kamyk w okolicy?- zmrużył oczy, gromiąc ją wzrokiem. Jak ona może być tak złośliwa?

- To twoje zadanie, kundlu.- prychnął, a Tropicielka wykonała gest określany w międzygatunkowej etykiecie jako, delikatnie mówiąc, obraźliwy.

Savanna siedziała na ziemi, dokładnie owinięta płaszczem i zdawało się, że obserwowała sprzeczkę El i Roya. Tak naprawdę jednak, jej myśli krążyły wokół nadchodzącego starcia. Plan, który ułożyła był prosty, ale właśnie w tym aspekcie tkwiła jego siła. Im bardziej skomplikowana strategia, tym więcej rzeczy mogłoby pójść nie tak. Analizowała miliony, bardziej lub mniej, możliwych scenariuszy, szukając jakiegoś szczegółu, który mogła pominąć. I który mógł doprowadzić do tragedii.

- Ej! Ziemia do Savy!- jak przez mgłę dotarł do niej głos Chasea.- Wracaj do nas!

- Jestem.- potrząsnęła głową, rejestrując, że Snajper siedzi obok niej.- Mówiłeś coś?

- Tylko, że za dużo myślisz.- klepnął ja w ramię i wyszczerzył wszystkie zęby w beztroskim uśmiechu.- Wszystko będzie dobrze, panikaro. Poradzimy sobie.

- Jestem aż tak przewidywalna?- zapytała skonsternowana.

- Albo po prostu za dobrze cie znam.- podniósł się i wyciągnął dłoń do Strateg.- Uwierz w nas choć trochę.

- Wierzę, wierzę.- założyła za ucho kosmyk włosów i przyjęła pomoc przyjaciela.- Zbierz wszystkich. Zaraz wyruszamy.



Nagły rumor odciągnął Rothana od planowania podboju. Co te trolle wyprawiają?! Zdawał sobie sprawę, że jego podwładni do istot szczególnie inteligentnych nie należą, ale nie były chyba ma tyle głupie, by samemu się znokautować. Tak przynajmniej uważał, dopóki nie stanął na granicy cienia.

Cały oddział leżał pozbawiony przytomności. Niepokój wzbudzał brak, jakichkolwiek śladów walki. Rozejrzał się uważnie tylko dzięki wampirzemu refleksowi zdołał uniknąć długiej, czarnej strzały, która miała wbić się w jego pierś. Wzrokiem odszukał łucznika, okrytego czarną peleryną. Nie zdołał jednak przyjrzeć mu się bliżej, gdyż znad wejścia zeskoczyły dwie podobnie ubrane postacie. Zdołał umknąć przed pięścią jednego, ale drugi podciął mu nogi, powalając na plecy. Chciał się podnieść, ale uniemożliwił mu to drobniejszy napastnik, wbijając kolana w mostek. Rothan zakrztusił się przez niespodziewany nacisk i spróbował zrzucić chłopaka. Zrezygnował z walki, kiedy zimne srebro musnęło jego szyję. Wampiry trudno zabić, ale dekapitacja działała równie skutecznie, co w przypadku innych gatunków.

- Nie szarp się.- pod obszernym kapturem błysnęły brązowe oczy.- Mam w zanadrzu stal święconą.

- Skończ się wydurniać.- warknął wyższy, a z cienia wyglądały złote oczy z pionowymi źrenicami.- Zwiąż go i po kłopocie.

Po chwili wampir siedział przy ścianie, obwiązany liną, której żadnym sposobem nie potrafił rozerwać. Dwaj wojownicy przemierzali korytarze, cały czas mając go jednak na oku. Zdążył już przekonać się, że nie warto ryzykować ucieczki. Elfi młodzik mógł pochwalić się ponad przeciętnie celnym rzutem, a wilkołak tylko szukał pretekstu, by móc go rozszarpać. Co kilka minut w jaskini pojawiał się czarownik, wymieniał z nimi kilka szeptanych uwag i wychodził. Rothanowi nie podobała się obecna sytuacja, a na samą myśl o karze, jaką zgotuje mu Mistrz, po plecach przebiegały mu dreszcze.

- Ej, Roy!- rozległo się z korytarza, w którym zniknął elf.- Możesz się tu przywlec?!

- Czekaj!- odpowiedział i na chwile wymknął się na zewnątrz, wracając po minucie z brodatym mężczyzną, trzymającym w dłoni łuk.- Jeśli zaczepiłeś się o jakieś głazy, to przysięgam, że urwę ci ten durny łeb!- warknął, idąc śladem Snajpera.

Jednak już po kilku krokach zrozumiał, że nie chodziło o jakąś głupotę. Odór starej krwi i gnijącego mięsa nasilał się z każdą chwilą, a, kiedy dotarł do Chasea, musiał zasłaniać nos materiałem płaszcza. W miejscu gdzie się zatrzymali, drogę kończyła szczelina. Dalej korytarz zmieniał się w okrągłą grotę. Na podłodze, w równych odstępach, leżały ludzkie szczątki, a ściany zdobiły namalowane krwią znaki.

- Trzeba sprowadzić tu Savę.- wilkołak skrzywił się, czując, jak żołądek zaciska się w ciasny węzeł.



- Cholera!- przeklęła Strateg, zasłaniając nos. Miała wrażenie, że zemdleje przez ten odór.- Rada mnie za to wykończy.

- Przecież nie mogłaś wiedzieć.- Chase poklepał ją po ramieniu.

- Co ze mnie za…- urwała nagle, ruszając między rzędami trupów.- Zawołaj tu Eliasa i Lunę.- nakazała, przyglądając się symbolom na ścianach.

- Znalazłaś coś nowego?- upewnił się, spoglądając na przyjaciółkę.-, pogrążoną w świecie myśli.

- Jeszcze nie wiem.- odparła z roztargnieniem, szukając czegoś w sakwie doczepionej do pasa.- Co ty tu jeszcze robisz?- huknęła, posyłając mu spojrzenie bazyliszka.



Cerry nie lubił wart przy bramie. Nudziło go ciągłe sprawdzanie wozów, ciągnących do Cavendish z różnych stron Środkowego Kontynentu. I chociaż w czasie zebrania Rady handel miasta niemal zamierał, nadal sprawdzali wielu podróżnych.

Kiesy nadszedł czas przerwy, usiadł w cieniu bramy i leniwie odpakował kawałek placka bakaliowego, który upiekła mu żona. Nagle dojrzał szybko zbliżającą się siódemkę koni i jednego wilka.

Mimo powiewającej nad bramą niebieskiej flagi, podróżni nie zatrzymali się. Cerry odrzucił posiłek , dobywając miecza i wypadł na środek traktu, potrząsając obnażoną klingą, by odstraszyć przybyszów. Nagle coś ciężkiego uderzyło go w palce, a ostrze z metalicznym brzdękiem uderzyło o ziemię. Obok upadł niewielki czarny kamyczek. Zanim minął pierwszy szok, rozpędzone wierzchowce okrążyły go, wpadając do miasta. Już miał wszcząć alarm, kiedy pod jego nogami wylądował zwinięty list obwiązany czerwoną wstążką i żelaznym symbolem Łowców.



- Muszę się z nimi spotkać.- Erion zatrzasnął księgę rachunkową, posyłając Strateg zmęczone spojrzenie.

- Savanno, ja rozumiem twoje rozdrażnienie…- zaczął, maskując irytację.- Ale nie mogę wpuścić cię na zebranie. Mogę, co najwyżej przekazać twój raport.

- Czyli nic.- burknęła dhampirzyca, przecierając oczy.- Dobra, sama sobie poradzę.

Trzaskając drzwiami opuściła gabinet sekretarza, zostawiając starego elfa w oszołomieniu. Nigdy nie była aż tak nerwowa, a teraz wystarczyło jedno krzywe spojrzenie, by wytrącić ją z równowagi. Kroczyła przez korytarz niczym burza, ciskając z oczu piorunami. Wojskowi i urzędnicy umykali na boki, byle tylko nie stać się ofiarą złego humoru mistrzyni strategii.

Ale jedna osoba widocznie nie posiadała woli przetrwania. Lub instynktu samozachowawczego.

- Ej, Sava!- jasnowłosy wampir wypadł z jednej z komnat i w mgnieniu oka dopadł do dziewczyny.- Niosę pozdrowienia od ojca.

- Milcz, jak do mnie mówisz!- spojrzenie, które mu posłała wystraszyło by na śmierć każdego normalnego człowieka.- Dannyl, naprawdę nie mam nastroju, by rozma…- przerwała nagle, a potem uśmiechnęła się przymilnie do przedstawiciela wampirzej społeczności w Radzie.- Zrobisz coś dla mnie?

- Czy grozi mi śmierć lub inne nieprzyjemne konsekwencje?- zapytał nieufnie.- Bo coś nie do końca ufam twoim pomysłom.

- Jak możesz?!- obruszyła się.

- To w końcu ty wrobiłaś mnie w tą robotę.

- Żebyś się w końcu do czegoś przydał, obiboku jeden!- fuknęła.- Zresztą nieważne. Przyniosę ci potem raport, który musi zostać bezwzględnie poruszony na spotkaniu.

- A jeśli tego nie zrobię?

- Wtedy zmienię twoje życie w piekło na wiele różnych sposobów.- posłała mu szeroki uśmiech, kontrastujący z grobowym tonem.

- Dobra.- westchnął ciężko.- Robię to tylko dla ciebie, księż…

- Dokończ, a wykończę cię w tej minucie.- ostrzegła, zakładając ręce na piersiach.- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.- klepnęła go w plecy i pomknęła do kwater Łowców.

sobota, 27 lutego 2016

Istoty: Rozdział 4

Po raz kolejny okrążyli okolice knajpki, z której zniknęła Nemu, ale po dziewczynie nie było nawet śladu. Załamany Natsu usiadł na krawężniku i schował głowę w dłoniach. Nigdzie nie było po niej nawet najmniejszego śladu.
- Przecież nie mogła zapaść się pod ziemie.- zauważył Rouge, opierając się o latarnie.- Musi gdzieś być.
- Przeszukaliśmy okolice już kilka razy i ani śladu po niej.- Gajeel jeszcze bardziej potargał swoje i tak już sterczące, w każdym możliwym kierunku, włosy.- Potrzebujemy starszych.
- I co ja mam niby powiedzieć ojcu?! ,,Sorry, tato. Nie dopilnowałem Nemu, a teraz błąka się sama, nie wiadomo gdzie.'' Przecież mnie za to zabije.- warknął Dragneel, zaciskając palce we włosach.
- Znajdziemy ją.-Wendy poklepała go pokrzepiająco na plecach.
- Właśnie. Moja miłość mnie do niej doprowadzi.- Sting uniósł pięść w geście zwycięstwa.
- Debil.- skwitowali równocześnie pozostali i na nową ruszyli na poszukiwania.

Obudziło ją uczucie ciepła, choć, z tego co pamiętała, zemdlała leżąc w deszczu na błocie. Rozchyliła powieki i zdała sobie sprawe, że jest w jakimś samochodzie. Poderwała się do siadu, zrzucając przy okazji czarną kurtkę, którą była okryta. Dopiero po chwili doszło do niej, że jest cała pokryta zaschniętym błotem, a koszula, narzucona na czarny T-shirt jest rozdarta na plecach.
Wygramoliła się z nieznanego auta i rozejrzała. Deszcz przestał padać, a zza chmur nieśmiało wyglądały gwiazdy. Z miejsca, gdzie stała, widziała rozciągający się widok nas miasto i ogromne jezioro Silcora.
- Piękne.- stwierdziła cicho.
- Tak uważasz?- rozległo się tuż za nią. Z wrzaskiem obróciła się do tyłu i odskoczyła o kilka kroków.- Co tak skaczesz?
- Chcesz mnie zabić?!- początkowy szok zastąpił zalążek furii.- Czy może zawsze zachodzisz młode dziewczyny od tyłu?
- Panikujesz.- prychnął, podchodząc do niej i kładąc ręce na jej ramionach.- Co robisz tu sama? I to o tej porze?
- Zgubiłam się.- warknęła, omijając chłopaka i ruszając w kierunku ulicy.
- Może cię odwiozę?- zaproponował doganiając ją.- Ciemno już i w ogóle.
- Nie potrzebuje pomocy.- obróciła się i uśmiechnęła do niego.- Wierz lub nie, ale umiem o siebie zadbać.
On po prostu się roześmiał, nie zważając na oburzone spojrzenie dziewczyny. Laxus pierwszy raz spotkał kogoś takiego. Mimo słodkiej buźki i drobnej sylwetki, miała dusze wojowniczki. Zapewne przed przeprowadzką miała całe rzesze wielbicieli. Na samą myśl, że ktoś mógłby sprawiać, że te duże oczy zaczynały się skrzyć, poczuł ukłucie w sercu. Może i jej nie znał, ale od wczorajszego wypadku nie potrafił wyrzucić jej z głowy. Fascynowała go, ale też niepokoiła. Miała w sobie coś niezwykłego.
- Ej, żyjesz?!- jej poirytowany głos wyrwał go z zamyślenia.- Pytałam czy masz telefon? Mój został w torbie.
Wyciągnął komórkę z kieszeni i podał dziewczynie. Oddaliła się kawałek, dzwoniąc do kogoś. Początkowo spokojna rozmowa zmieniła się w kłótnie, a zrównoważone gesty zaczął wypełnić gniew. Zbliżył się do niej cicho i wyjął komórkę z dłoni.
- Odstawie ją do domu.- rzucił do słuchawki i rozłączył się chowając sprzęt do kieszeni.
- Wiesz, że właśnie w tej chwili naraziłeś się mojemu bratu?- zapytała retorycznie.
- I chłopakowi zapewne.- dodał, łapiąc ją za ramie.
- Durnyś.- oznajmiła, próbując się wykręcić, ale palce chłopaka zacisnęły się mocniej. Syknęła cicho, trafiając piętą w rozmokły fragment ziemi i poleciała do tyłu. Jednak zamiast poczuć pod plecami twardą glebę, została szarpnięta do przodu i przyciśnięta do ciepłego ciała. Kiedy zdała sobie sprawe, w jakiej sytuacji się znalazła, policzki zalało jej gorąco, a głowę wypełniły wspomnienia. Zacisnęła usta i wtuliła w niego twarz. Łzy cisnęły się jej do oczu i spływały po policzkach.
Kiedy się w niego wtuliła nie wiedział jak zareagować, ale, kiedy jej drobną sylwetką wstrząsnął szloch, przytulił ją do siebie i pozwolił płakać. Zanurzył twarz w jej włosach, wdychając ich słodki zapach. Teraz był pewien, że skądś ją zna. I chciał wiedzieć skąd.

Słońce przedarło się przez zasłony, a budzik wydał z siebie drażniący dźwięk. Nemu jęknęła i zakryła głowę poduszką, ale nie zagłuszyło to jazgotu. Wyciągnęła rękę i na ślepo zaczęła macać szafkę obok łóżka. Dopiero po dłuższej chwili natrafiła na to głośne dziadostwo i wyłączyła je. Wygrzebała się z pościeli i wygrzebała spod poduszki komórkę. Z wyświetlacza uśmiechał się do niej symbol SMS-a. Otworzyła go i uśmiechnęła się lekko.
Od: Laxus
Czekam pod blokiem równo o 7:30. Nie spóźnij się.
Zdusiła chichot w poduszce i z westchnieniem, wzięła ciuchy znikając w łazience. Szybki prysznic wybudził ją do reszty i przepędził resztki snu. Szybko ubrała sfatygowane jeansy, koszulkę z logiem Black Veil Brides i czarną bluzę z kapturem. Wróciła do pokoju, po torbę i telefon. O ile to pierwsze leżało pod biurkiem, to komórka wręcz zapadła się pod ziemie. Zamiast niej na poduszce leżał kot z pofarbowanym na niebiesko futerkiem. Zmarszczyła brwi i złapała zwierzaka na kark.
- Gdzie mój telefon, Happy?-zamruczała i lekko potrząsnęła nim.
- Zostaw mojego kota.- obróciła się na pięcie i wbiła wzrok w brata, który, oparty o framugę, podrzucał w dłoni zgubę.
- Natsu, patafianie!- z tym okrzykiem rzuciła się na brata.

Już od ponad piętnastu minut, Igneel, zakrywając głowę poduszką, posyłał w myślach swoje dzieci do wszystkich diabłów. Ta dwójka darła się w wniebogłosy, skacząc po całym mieszkaniu. Starał się wywnioskować o co im znów poszło, ale wyzwiska i krzyki nie naprowadzały go na trop. Z westchnieniem schował twarz w poduszkę i spróbował ponownie zasnąć.
Niestety. Ten właśnie moment wybrały bliźniaki, by wpaść do salonu, który był sypialnią ojca, jak huragan i wskoczyć na łóżko, przy akompaniamencie wrzasków i miauczenia kotów. Kiedy mężczyzna wydostał się z pod kotłującej dwójki, obrzucił ich spojrzeniem pełnym dezaprobaty i złapał za karki, rozdzielając.
- Dosyć, wy małe potwory.- warknął potrząsając nimi.- O co wam znowu idzie?!
- Ten debil, idiota, gnom, poczochraniec, czarci syn...
- Przystopuj z epitetami.- przerwał córce, podnosząc temperaturę dłoni, którą trzymał ją. Nienawidził kiedy się wyzywali.
- Zabrał mi telefon.- zawołała, próbując znowu dosięgnąć bliźniaka.
Przez pierwsze kilka chwil, Igneel wpatrywał się z szokiem w swoje dzieci. A-a-ale...
- I tylko dlatego wydzieracie się z samego rana?!- wrzasnął załamany. Puścił wychowanków i padł plecami na łóżko. Oni wykorzystali chwilową dekoncentracje ojca i dali nogę.

Nemu pochłaniała pocky, starając się ignorować wbite w nią spojrzenia chłopaków, Erzy, Lucy i trzech innych dziewczyn, których nie znała. Gapili się na nią odkąd Natsu wypaplał z kim przyjechała do szkoły. Powinna go za to zabić, ale mimo wszystko bywał przydatny. Podniosła na chwile wzrok, ale zaraz znowu go opuściła. Ile oni się mogą na nią gapić? Nawet nie wiedziała o co chodzi. Zgodnie z Kodeksem Istot nie czytała w myślach ludzi.
- Długo będziecie się gapić na mnie?!- fuknęła nagle.
- Boże, dziewczyno! Ty nic nie wiesz, prawda?!- Erza złapała ją za ramiona.
- Ale że o czym?- wyrwała się przewodniczącej i przezornie schowała za Gajeela.
- Laxus Dreyar nigdy nie przywiózł żadnej dziewczyny do szkoły. I żadnej nie odprowadził pod same drzwi klasy, niosąc jej plecak.- wyjaśniła Lucy.- Jesteś pierwsza.
- Ale że serio?- upewniła się, a gwałtowne potakiwania Stinga i Rouga wystarczyły jej za odpowiedź.
- Nawet Cany nigdy nie podrzucił, a znają się od dziecka.- wtrąciła niebieskowłosa drobnica z pomarańczową opaską.
- Kumam.- mruknęła wsadzając do ust kolejną pałeczkę i wyciągnęła dłoń przed siebie.- Nemu jestem. Nemu Dragoneel.
- Levy McGarden.- ta, która jej odpowiedziała, uścisnęła teraz jej rękę.
- Minerva Orlando.- czarnowłosa dama, z klasy wyżej skinęła lekko głową.
- Yukino Aqaria.- białowłosa przerwał rozmowę z Rougem by zapoznać się z różowowłosą.
- Oddaje się pod waszą opiekę.- uśmiech młodej Istoty poszerzył się.- Macie ochotę na Pocky?- zapytała po chwili wystawiając pustą paczuszkę przed siebie.
- Te, mała.- zagadnął ją Natsu, podbierając Lucy rzodkiewki.- Wiesz, że ta paczka jest pusta?
Wzruszyła ramionami, przeszukując torbę, w poszukiwaniu kolejnej paczki. W końcu westchnęła smutno i zwiesiła głowę. Nagle ktoś zrzucił jej na kolana niedużą reklamówkę. Odchyliła głowę uśmiechając się do, stojącego nad nią Laxusa.
- Zostawiłaś w samochodzie.- oznajmił, kucając obok.- O której kończysz?
- Dzisiaj...- przerwała na chwile, zwracając wzrok na brata.- Natsu! O której?
- 14:25.- mruknął, zagryzając rzodkiewkę.

sobota, 30 stycznia 2016

Ao no Exorcist: Rozdział 3

Witam wszystkich! Jak wam leci nowy rok? Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że tak. Zaczynają mi się teraz ferie, więc może wrzucę więcej niż jeden rozdział, ale nic nie obiecuję, bo mam sporo roboty.
Zielona, wiem, że mieli być Łowcy, ale musze rozdział jeszcze dopracować. Przepraszam!





Rozdział 3

Rei spojrzała niechętnie na trzymane w dłoni dokumenty, które niezwłocznie powinna dostarczyć do biura Mephisto. Mimo swojej marnej orientacji w terenie, dotarcie do gabinetu było dość proste. Problem zaczynał się w zgoła innym miejscu.

Otóż biuro było zupełnie puste, a dyrektor szwendał się zapewne nie wiadomo gdzie. Westchnęła sfrustrowana, sięgając wolną dłonią w kierunku, gdzie stał jej chowaniec. A przynajmniej powinien. Rozejrzała się, marszcząc brwi, ale ani Houkou, ani Akumy nie było nigdzie w zasięgu wzroku.

- Pięknie.- burknęła pod nosem.- I gdzie te kundle polazły?

Po krótkim namyśle ruszyła na poszukiwanie wszystkich zaginionych. Zgrabnymi ruchami omijała nauczycieli i uczniów, przeklinając nieco długą kurtkę od munduru i wysokie temperatury. W końcu, gdzieś w tłumie dostrzegła znajomy biały cylinder i zerwała się do biegu. Niemal wpadła na jednego z nauczycieli, ale wykonała wyćwiczony zwód, ratując się przed zderzeniem. Rozpęd i chwila nieuwagi zadziałały na jej niekorzyść. Uderzyła w kogoś, odbiła się i uderzyła o podłogę, boleśnie obijając sobie kość ogonową. Z mordem w czerwonych oczach spojrzała na przeszkodę… I natychmiast złagodniała.

Rin stał nad nią z lekkim uśmiechem i wyciągniętą ręką, a za nim kroczyły jej dwa chowańce, merdając ogonami i, co jakiś czas, powarkując na Kuro. Skorzystała z pomocy chłopaka i wstała, otrzepując mundur. Spojrzała ostro na psy, które, jakby niechętnie, przeszły za nią.

- Więc to twoje psiaki?- zapytał, przyglądając się zwierzętom.

- Można tak powiedzieć.- podrapała się po karku.- To Houkou i Akuma, moje chowańce.

- Czyli jesteś przywoływaczem.- stwierdził, jakby zawiedziony.

- Po części.- przyznała.- Mam tytuł Meistera jako Rycerz, Przywoływacz i Doktor.

- Serio?!- jego ciemnoniebieskie oczy błysnęły w podekscytowaniu.- Zmierzmy się kiedyś!

- Zły pomysł.- od razu przygasiła jego zapał, a na jej jasną twarzyczkę wpłynął złośliwy uśmieszek.- Nie chciałabym cię uszkodzić.

- Jesteś zbyt pewna siebie.- burknął oburzony, a ona roześmiała się dźwięcznie. Od razu polubił ten dźwięk.

- Rin, proszę cie.- opanowała śmiech.- Trenuję odkąd skończyłam pięć lat. Nie masz ze mną szans.

Wymruczał coś, co brzmiało jak „jeszcze zobaczymy”, a ona ponownie zaczęła się śmiać. Warknął coś na nią, ale potem sam do niej dołączył. Ten niecodzienny atak wesołości trwał przez dłuższą chwile. Przerwało go dopiero nagłe pojawienie się Mephisto, który bezceremonialnie chwycił Rei za ramie i zaczął prowadzić do swojego biura. Dziewczyna pomachała Rinowi na pożegnanie i zaczęła sztorcować dyrektora. Patrzył za nią, wspominając ostatnie wezwanie przywódcy.




Stanęli przed biurem Mephisto, a Rei otworzyła drzwi jednym, mocnym kopniakiem, bez poszanowania dla jakichkolwiek zasad kultury. Dyrektor siedział za biurkiem, pochłonięty czytaniem mangi i przegryzaniem pocky. Zdawał się nie zauważać dwójki uczniów, obserwujących go nachalnie.

- Oi, Mephisto!- dziewczyna straciła resztki cierpliwości i huknęła otwartą dłonią o blat, aż się echo poniosło.- Po co nas tu wezwałeś?

- Ohayo, Rei-chan. Kiedy przyszłaś?- Rin w porę złapał rówieśniczkę, powstrzymując od zabicia przełożonego.

- Przysięgam.- burknęła, siadając na jednym z foteli.- Pewnego pięknego dnia zatłukę cię. I nawet mój ojciec mnie nie powstrzyma.

- Dobrze, dobrze.- z lekceważeniem machnął ręką, a fioletowowłosa zmrużyła wrogo oczy.- Przyszedł list do ciebie.- podał jej kopertę. Rei tylko spojrzała na nadawcę i podarła go na kawałki.- Nie powinnaś tak traktować listów od ojca, Rei-chan.- dyrektor wzdrygnął się pod wpływem jej spojrzenia, które jasno mówiło „nie pouczaj mnie”.- A przechodząc do spraw ważniejszych.- tym razem podsunął Rinowi kartkę A4.

Chłopak przestudiował treść, a Rei przechyliła się nad oparciem, czytając mu przez ramię. Wiadomość była prośbą o przygotowanie wsparcia do Kioto. Nie podano żadnych szczegółów dotyczących sytuacji, a podpis był niedbały, niemal nieczytelny. Dopiero po dłuższej chwili odcyfrowali nazwisko. „Ketsuki Tobias”.

- Tobi jest w Kioto?!- wrzasnęła egzorcystka, poklaskując w dłonie.- I jeszcze prosi o pomoc. Dam mu ja popalić.

- Kiedy jedziemy?- zapytał Rin, spoglądając na podekscytowaną koleżankę.

- Dopiero kiedy przyjdzie prośba o wysłanie wsparcia.- ugasił ich zapał Pheles.- Puki co raporty są zbyt niedokładne, by coś stwierdzić. Twój brat powinien nad tym popracować, Rei-chan.- wrócił do swojego charakterystycznego, nieco ekscentrycznego podejścia.




Od listu minął ponad tydzień, ale sytuacja się nie zmieniała i, mimo że Rei grała niewzruszoną, martwiła się o brata. Zwykle żadne z nich nie musiało wzywać wsparcia. Byli w końcu jednymi z najlepszych wojowników w Anielskim Legionie. Wyżej stał tylko Palladyn.

Pogrążona w myślach nie zwracała uwagi na Mephisto, który już od dobrych paru minut nie odrywał od niej wzroku. Intrygowało go, co też zaprząta umysł tej niecodziennej osóbki. Bo nie mógł powiedzieć, by Ketsuki należała do ludzi normalnych. Przekrzywił głowę i odkaszlnął, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Cisza i brak reakcji. Spróbował znowu, a potem jeszcze raz i jeszcze. Za dziesiątym czy dwunastym podejściem dziewczyna uniosła głowę.

- Jesteś chory, czy planujesz zrobić mi przysługę i zejść z tego świata?- zapytała już nieco zirytowana, gromiąc go wzrokiem.

- Cóż za brak poszanowania dla przełożonych!- złapał się za serce i odchylił na krześle.- Jestem głęboko zraniony twoim zimnym podejściem, Rei-chan!- w odpowiedzi otrzymał tylko głośne prychnięcie i parę ledwie słyszalnych, ale z pewnością negatywnych epitetów.- Język,młoda damo!- pouczył ją żartobliwie poważnym tonem, ale ostre spojrzenie czerwonych oczu usadziło go w miejscu.

- Masz już odpowiedź?- pochyliła się nad biurkiem, szukając dokumentu.- Jeśli tak, to daj mi je i pozwól dostarczyć do Watykanu.

- Nie kłopocz się, Rei-chan.- zabrał z biurka plik kartek i wrzucił niedbale do białej aktówki w różowe kropki.- Sam dostarczę je twojemu ojcu. I przy okazji przekaże mu twoje gorące pozdrowienia.

- Spróbuj, a zgnijesz w piekle.- ostrzegła, muskając palcami bransoletkę.

- Według niektórych już jestem w piekle.- odpowiedział beztrosko. Po chwili ciszy podniósł się, obszedł biurko, postawił na nogi dziewczynę i zaczął popychać ją do wyjścia.- Idźże już, Rei-chan! Dzieci powinny spać po południu!- zatrzasnął drzwi i oparł się o nie.

- Zgiń w męczarniach!- wrzasnęła jeszcze na pożegnanie i ruszyła swojego akademika, odesławszy po drodze swoje chowańce.

Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Wbrew pozorom, utrzymanie dwóch potężnych demonów w Assiah nie było wcale prostym zadaniem. Zataczając się przemierzała korytarzem, starając się nie zemdleć.

Czarne mroczki tańczyły jej przed oczami, utrudniając dostrzeżenie czegokolwiek, a zawroty głowy nasilały z każdą chwilą. W końcu potknęła się o coś, nie wiedziała o co, i poleciał twarzą w podłogę. Przed upadkiem uratowały ją czyjeś ciepłe ręce, pomagając zachować pion.

- Oi, Rei!- głos Rina docierał do niej, jak przez mgłę.- Wszystko gra?

- Tak, pewnie.- potwierdziła słabo, mrugając gwałtownie.- Nic mi nie jest.

- Polemizowałbym.- wtrącił się Yukio, stojący u boku brata.- Jesteś blada, jak śmierć.

- To nic.- upierała się.- Po prostu za długo trzymałam Houkou i Akumę w naszym świecie.- usprawiedliwiła się. Naraz zdała sobie sprawę, że Rin nadal ją podtrzymuje.- Puszczaj mnie, Rin.- spróbowała się cofnąć, ale, kiedy tylko chłopak ją puścił, ponownie runęła na spotkanie z twardą posadzką.

- Widać, że nic ci nie jest.- sarknął starszy z bliźniaków, po raz drugi ją łapiąc.- Zaniosę cię do pokoju.- oznajmił, chwytając ją pod kolanami.

- Co?- zapytała nieprzytomnie i pisnęła, kiedy jej stopy oderwały się od ziemi.- Odstaw mnie, kretynie!

- Nie marudź.- uciął jej protesty, podrzucając ją lekko i zmuszając tym samym, by objęła go za szyję.- Ledwo trzymasz się na nogach.- ruszył przed siebie, a Yukio z nikłym uśmiechem ruszył za nimi, by upilnować Rina. Z tego, co słyszał o Rei, w połączeniu z jego bratem tworzyli mieszankę wybuchową.


KOMENTUJCIE!

czwartek, 31 grudnia 2015

Tora z Duchów: 5

Oto i grudniowy rozdział w ostatniej chwili, bo... Bo tak. Trzymajcie się wszyscy i nie zgińcie w Sylwestra. Szczęśliwego Nowego Roku!





5

Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam nad sobą twarz Valentine, ściągniętą w grymasie odrazy. Długie, błyszczące włosy w barwie zboża miała upięte w nienagannego koka, a czekoladowe oczy patrzyły na świat z zimnym dystansem. Była smukła, wysoka i uporządkowana, a uroda przyćmiewała niektóre modelki. Ale miejsce w Starszyźnie dał jej umysł, ostry i przejrzysty. Potrafiła przejrzeć człowieka w sekundę i może właśnie dla tego nie należała do zbytnio lubianych przeze mnie osób.

Przetarła mi czoło chłodną szmatką i napoiła wodą, podtrzymując mi głowę.

- Jak się czujesz, dziecko?- głos miała piękny. Taki czysty i melodyjny.

- Nie jestem dzieckiem.- wycharczałam. Miałam wrażenie, że ktoś przejechał mi tarką po gardle. Odkaszlnęłam.

- Cóż za brak szacunku.- westchnęła z pogardą.- Ty i Twój partner naprawdę zostaliście odpowiednio dobrani.

Prychnęłam pod nosem i usiadłam, próbując opanować chaos na mojej głowie. Każdy włos sterczał w inną stronę, tworząc dość ciekawą mozaikę. Szkoda tylko, że pomarańczową. Rozejrzałam się dookoła, szukając Sivy, a Valentine, jakby czytając moje myśli, wskazała na drzwi. Poderwałam się na nogi i, nieco chwiejnym krokiem, dotarłam na korytarz. Pod drzwiami, w swojej ludzkiej formie, czekał mój partner. I alleluja, bo na progu moje szczęście szlag trafił i poleciałam jak kłoda na ziemie. Na szczęście miał jeszcze tyle oleju w głowie, żeby uchronić mnie przed spotkaniem trzeciego stopnia z podłogą.

- Co to było?- spytaliśmy równocześnie, w następstwie mordując się wzrokiem.

- Cóż za synchronizacja.- zachichotał Axel i przyciągnął mnie do siebie.

Ucałował mnie w czoło, uważnie obejrzał, przygładził włosy i chwycił za policzki. Zaczęłam wymachiwać rękami, próbując trafić go w oko. Chyba się do tego przyzwyczaił, bo utrzymywał się poza zasięgiem moich pięści. W końcu się uwolniłam i odskoczyłam, opierając się plecami o Sivę.

- Zadzwoniłem do ojca.- oznajmił mój brat.- Będzie tu jutro.

Zdębiałam zupełnie. Z ojcem nigdy nie byłam szczególnie blisko. Uważał mnie za bezbronne dziecko i nadgorliwie, wręcz obsesyjnie próbował bronić. Bał się, że wpadnę w złe towarzystwo i wpakuję w ogromne kłopoty. Przecież jak zobaczy mojego partnera, zamknie mnie w pokoju i nie wypuści do osiemnastki! Albo i trzydziestki!

Z zaciśniętymi pięściami, rzuciłam się bratu do gardła, ale moje zamiary zniweczył Siva, chwytając jednym ramieniem w talii, a drugim , blokując moją szyję. Szarpałam się przez parę minut, próbując wbić w jego rękę zęby, ale brunet nie zamierzał mnie puścić.

- Już po mnie.- zwiesiłam głowę, a oni tylko zmarszczyli brwi.

Zgodnie z zapowiedzią, następnego dnia po południu przed główną bramą zaparkował doskonale mi znany samochód. Ojciec ubrany był w nowy, idealnie skrojony, czarny garnitur, a jasne włosy miał schludnie zaczesane do tyłu. Axel poszedł go przywitać, a ja zabarykadowałam się w pokoju, trzymając lampę jako broń. Siva odmówił pomocy.

- Ty chyba do reszty zdurniałaś.- oznajmił w którymś momencie.

- Zamilknij, pókim dobra.- warknęłam w odpowiedzi , siedząc za stertą poduch. Ja się tu buntuję, no!

Nagle drzwi otworzyły się, a ja mocniej chwyciłam przyszłe narzędzie zbrodni i pochyliłam się tak, że zza zapory wystawały mi tylko oczy. Będę walczyć do końca, choćby nie wiem co! Siva, chociaż w formie ostrza, cały czas miał na mnie oko. Do środka wszedł najpierw mój brat, a zaraz za nim ojciec.

- A więc to jest jej pokój. Jak widać pasuje do…- przerwał, kiedy zahaczył nogą o książkę i wyłożył jak długi na podłodze.

Wybuchłam śmiechem, obejmując się za brzuch, a po chwili dołączył do mnie Siva. Nawet ojciec się uśmiechnął. Leżałam na plecach targana spazmami śmiechu, a po policzkach ciekły mi łzy, niknąc we włosach. Po kilkunastu minutach usiadłam, opierając się o szafkę z książkami i ciężko dysząc. Axel z obrażoną miną siedział na łóżku, a tata zajął mój ulubiony fotel, zrzucając na podłogę skotłowany koc, naręcze ubrań i parę moich ukochanych, czarnych trampek.

Wyciągnęłam nogi i zaczęłam czytać kolejną książkę o jakże wdzięcznym tytule „Krew Olimpu”. Niestety, wwiercający się w moją głowę wzrok ojca, utrudniał mi skupienie się na treści lektury. Uniosłam spojrzenie na ojca i wzdrygnęłam się czując chłód i niechęć z jaką mnie obserwował. Gdzieś wewnątrz mnie narastał niepokój. Podniosłam się powoli i zaczęłam nerwowo wyłamywać palce. Ojciec tez wstał, a ja odskoczyłam nerwowo, jak wystraszone zwierzę. Nagle mężczyzna wyciągnął rękę, ale na drodze stanął mu Siva.

- Krok w tył.- warknął, zasłaniając mnie przed spojrzeniem zielonych oczu.

Wspięłam się na palce, wyglądając ponad ramieniem partnera, jak w oczach taty powoli budzi się gniew.

- Tato, poznajcie się.- spróbowałam załagodzić sytuacje.- To Siva, mój obecny partner. Siva, poznaj mojego ojca, Derecka.

- Wyjaśnisz, dlaczego zachowuje się jak pies stróżujący?- upewnił się Axel, a ja przygryzłam dolną wargę.

- Racja. Wypadałoby.- zadecydowałam, po chwilowym wahaniu.- Ja i Siva jesteśmy na pewnym poziomie połączeni. On reaguje na moje silne emocje. Jeśli jestem zaniepokojona, postara się o mnie zadbać.- wytłumaczyłam.- Siva, odpuść.- poprosiłam, zaciskając palce na jego koszulce.

- Wzbudził w tobie niepokój.

- Ale to mój ojciec, na miłość boską!- fuknęłam.- Uspokój się.

Wbrew moim prośbą, Siva przeszył ojca swoim najgroźniejszym spojrzeniem. Zawsze wzbudzało we mnie strach, więc objęłam go w pasie, chowając twarz w jego plecach i szepcząc ciche: „Uspokój się, proszę.”. Jednocześnie modliłam się do Boga, Buddy, Jahwe, Allacha, Latającego Potwora Spaghetti i innych dobrych bóstw o jakąś pomoc. Która nadeszła, wraz z pukaniem do drzwi. Rozluźniłam się nieco, zapraszając gościa, którym okazał się jeden ze Strażników.

- Kitsune Tora, adeptka 10. roku i Demoniczne Ostrze Siva są natychmiast proszeni do Komnaty Starszych.- ogłosił i wyszedł, a mój partner i ja wymieniliśmy spojrzenia.

czwartek, 24 grudnia 2015

ŚWIĘTA

- Zaraz nam zwieją!- warknął Siva, kiedy wylądowałam na krawędzi dachu.
- Wiem!- burknęłam, wznawiając pościg za kilkoma dziwacznymi stworzeniami.- Skakanie po oblodzonych dachach nie jest łatwe!
- Mniej narzekania, więcej biegania! Ruchy.- mruknęłam pod nosem kilka niezbyt pochlepnych określeń, przyśpiezając kroku.
Jaszczuropodobne stwory, które zrujnowały mój cudowny dzień wolny, nie zamierzały się poddać. Ba! Nawet jeszcze bardziej się rozpędziły. Ej! Nie dam zostawić się w tyle. Skoczyłam do przudu, lądując jednemu na plecach.
Niezdąrzyłam dobyć miecza, kiedy potwór zrzucił mnie z siebie i spróbował wbić pazury. Odtoczyłam się, wyciągając miecz. Spróbowałam cięcia zza głowy, ale miecz odbił się od twardych, zielonkawych łusek. Zatoczyłam się do tyłu i straciłam równowagę. Lód pod nogami utrudnił sytuacje i zaczęłam spadać. Szybko oceniłam sytuacje. Za wysoko, nie przeżyję upadku.
Nagle ktoś mnie pochwycił, dociskając do siebie. Nic nie widziałam, ale słyszałam łopot ogromnych skrzydeł. Kiedy tylko moje stopy dotknęły ziemi, wykorzystałam lata treningu i wymknęłam się napastnikowi. Okazał się nim wysoki, jasnowłosy chłopak, o oczach w kolorze ciemnej kawy. Jedynymi niepasującymi elementami były skrzydła, ogon i długie kły, odsłonięte w szerokim uśmiechu. Spròbowałam wystawić przeciw niemu miecz, ale Siva wrócił do ludzkiej formy. Stanął przede mną, jakby chciał mnie chronić.
- A to coś nowego.- mruknął nieznajomy, przyglądając się nam.
- Kim jesteś i czemu nam przeszkadzasz?- głos mojego partnera ociekał jadem i chłodem.
- Jestem Dante.- wystawił rękę, ale nawet nie drgneliśmy.- I gdyby nie ja, twojej małej koleżanki już by na świecie nie było.
W sumie ma racje. Przepchnęłam się przed przyjaciela i stanęłam naprzeciw niego. Wbite do głowy zasady kultury dały o sobie znać.
- Dzięki za pomoc.- uśmiechnęłam się.- Jestem Tora, a to mój partner Siva.
- Ciekawe im...- nie dokończył, bo tuż obok wylądowała dziewczyna o czarnych włosach, czerwonych oczach i kolorystycznie pasujących skrzydłach.- Już?
- Już. Słabeusze.- wyszczerzyła zęby w diabolicznym uśmiechu.- A ty znowu przyjaciół sobie znalazłeś.- burknęła, tłukąc go po głowie.
- Masz coś do mnie?- syknęłam, pochylając się do niej.
- Uważaj do kogo mówisz, kurduplu.- zaśmiała się zimno, a ja zacisnęłam pięści.
- Błagam. nie w Święta.- jękneli równocześnie Dante i Siva.
- Już wystarczy, że na codzień jesteś butna.- prychnął mój partner.
- To nie tylko Alex ma wieczny okres?- blądyn wydał się zaskoczony.
- Widać nie tylko. Tora też ma non stop PSM.- brunet odrzucił kilka kosmyków z odsłoniętego oka.
- A to co miało znaczyć?!
 
-A to co miało znaczyć?!- wrzasnęły i równocześnie huknęły towarzyszy w te ich puste łby. Obaj zareagowali inaczej, Dante uśmiechnął się do przyjaciółki głupio, a Siva zmierzył Torę zabójczym wzrokiem.
Alex zaplotła ręce na piersiach i obruciła się do niego plecami, podchodząc do pomarańczowowłosej dziewczyny i wyciągnęła rękę.
- Jestem Alexis.- przedstawiła się.- Ten debil za mną już się chyba przedstawił.
- Taa.- westchnęła niższa.- Chyba jest bardziej męczący od Sivy.- dodała sciskając dłoń anielicy.
- Dlaczego w ogóle goniłaś te demony?- brunetka ruszyła w kierunku najbliższej ruchliwej ulicy, a druga dreptała u jej boku, ogrzewając zmarznięte dłonie.
- Zwinęły mi ciastka.- warknęła, wspominając tę okropną zniewagę.- A poza tym kręciły się po terenie Zakonu i mnie wkurzały.
- Chyba nie masz zbyt wiele cierpliwości.- zachichotała, wracając do ludzkiej postaci i poprawiając rękawiczki.
- Tak jak ty.- młodsza dźgnęła ją w biodro.- Kim tak właściwie jesteś?
- I tak nie uwierzysz.- stwierdziła Alex, machnowszy ręką.
- Widziałam już naprawdę dziwne rzeczy.- Tora uśmiechnęła się jak dziecko.
- Skoro chcesz.- anielica pochyliła się do niższej koleżanki.- Jestem aniołem. Strąconym z Niebios, co prawda, ale wciąż aniołem.
- W sumie to pasuje ci to.- heterohroniczne oczy młodej Kitsune zmrużyły się, a ona sama przekrzywiła głowę.- Tylko mogłabyś się więcej uśmiechać.
- Od uśmiechania jest ten z tyłu.- burknęła czarnowłosa.
Dziesięć minut później stała na krawężniku, machając taksówce, w której odjechali Tora z Sivą. Poczuła, jak Dante obejmuje ją od tyłu i opiera brodę na czubku jej głowy. Usłyszała tylko, jak szepcze ,żeby się uśmiechnęła. Nagle zauważyła pomarańczową czupryne, wystającą z okna.
 
- Alex, Dante! Wesołych Świąt!- krzyknęłam, a potem Siva szarpnął mnie w pasie, wciągając spowrotem do środka. Opadłam na siedzenie i zapiełam pasy.
- Czy ty jesteś szalona?- jęknął mój przyjaciel.- Mogłaś wypaść.
Uśmiechnęłam się przepraszająco, opierając się na jego ramieniu.
- Wesołych Świąt, Siva.- wyszeptałam przymykając oczy.
- Wesołych Świąt, księżniczko.




Oto Krótki świąteczny special, specjalnie dla was. Z okazji świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć wam zdrowia, szczęścia, spokoju i spełnienia marzeń. Bogatego Mikołaja i szampańskiej imprezy w Sylwestra. Odpocznijcie i cieszcie się z czasu spędzonego z rodziną.  Mam nadzieje, że wytrzymacie ze mną kolejny rok (szczególnie ty, Zielona). Uwielbiam was wszystkich.

piątek, 27 listopada 2015

To miała być Yachiru. Pewnie nie wygląda, ale to ona. I nie, nie brałam LSD.
Chyba.
ŻYCZĘ WSZYSTKIM MIŁEGO CZYTANIA! (bo zapewne oglądanie moich prac nie będzie MIŁE)

/Pozdrawiam, Pseudografik

Numery: Rozdział I

Oto nowy rozdział nowego opowiadania. Z dedykacją dla Pauliny, Kingi i Agaty z włoskiego.






Rozdział 1




# Ryuu #

Wyciągałem z bagażnika torbę, kiedy ktoś złośliwie walnął mnie w plecy. Wyprostowałem się gwałtownie i huknęłam głową o klapę. Obróciłem się z zamiarem dokonania mordu na sprawcy. Niestety, akurat tej osoby nie mogłem ukatrupić. Bo oto tuż za mną stał irytujący mikrus imieniem Natsu.

Natsu, lub dokładniej Natsune Ichiro, była nad wyraz drobna i niepozorna. Miała duże, jaskrawofioletowe oczy i krótkie, jak na dziewczynę, nierówno obcięte włosy w kolorze kruczej czerni. Na głowie nosiła swoje nieodłączne, granatowe gogle, a na szyi dyndał kamień z runicznym symbolem ognia. Znowu miała na sobie za dużą kurtkę moro, T-shirt z logiem Linkin Park oraz ciemne, poprzecierane jeansy i, nieco zniszczone, trampki.

- Dobry, mikrusie!- przywitałem się po krótkiej chwili.

- Dobry, dryblasie.- odpowiedziała z złośliwym błyskiem w oku.- Wiesz coś?

- Parę zleceń jest, ale nic wymagającego.

- I kij z tym.- prychnęła.- Potrzebuję forsy.

Westchnąłem, wbijając wzrok w przyjaciółkę. Wyglądała jak kot, co zeżarł kanarka. Obszukałem kieszenie i wyciągnąłem rękę w jej stronę.

- Oddawaj portfel, kleptomanko.- zmrużyłem gniewnie oczy. Z podstępnym uśmiechem oddała mi moją własność.

- Co z ciebie za przyjaciel?!- oznajmiła.- Ja tu jestem głodującą licealistką w klasie maturalnej!

- A ja głodującym studentem przed sesją.- odpyskowałem, przeliczając pieniądze. Dzięki Bogu, nic nie zabrała.- Wiesz, że kradzież jest karalna?

- Ano.- przytaknęła, obserwując tłum przed nami.- Ale ty nikomu nie powiesz.

- Nie bądź tego taka pewna!- zawołałem za nią, ale Natsu zniknęła między ludźmi.

Kręcąc głową nad jej zachowaniem, ruszyłem na uczelnie. Na schodach przed wydziałem prawnym siedział Itachi, ze słuchawkami w uszach i książką na kolanach. Pochyliłem się nad nim, żeby zobaczyć, co czyta. Znowu horror. Klepnąłem go w ramię i usiadłem obok, wyciągając notatki.

# Natsu #

Ludzie, ludzie, ludzie. Wszędzie wokół ludzie. Fuknęłam na kolejną osobę, która niemal mnie przewróciła. Wiem, że jestem niska i nie trzeba mi o tym przypominać. Zaczęłam podskakiwać, próbując dojrzeć w tym kłębowisku moich przyjaciół. W końcu wyłapałam różową czuprynę Yachiru. Pognałam do niej i rzuciłam się przyjaciółce na plecy. Zaskoczona, wrzasnęła i odruchowo huknęła mnie w głowę, przez co zatoczyłam się i usiadłam na ziemi.

- Natsu?- jęknęła, kiedy mnie rozpoznała.- O Jezu! Przepraszam! Ale to twoja wina.

- Milusia jak zwykle.- mruknęłam, podnosząc się i otrzepując spodnie.

Yachiru Tsumoto otaksowała mnie i moją okolice czujnym spojrzeniem złotych oczu. Włosy miała różowe jak wata cukrowa i obcięte tuż poniżej uszu, sterczące jak po uderzeniu pioruna. W jakiś niezwykły sposób, pasowało to do jej ubioru czyli czarnych spodni, ozdobionych łańcuchami, T-shirtu z logiem Green Day, skórzanej kurtki i glanów. Z wyglądu wydawała się nieprzyjemna, ale to tylko stereotyp. Yachi była miła, nieco dziecinna i nad wyraz nieśmiała.

- A gdzie zgubiłaś swojego przystojnego kolegę?- zapytała.

- Kogo?- przekrzywiłam głowę, wyciągając z plecaka chleb melonowy.

- No tego studenta z prawa!- krzyknęła, klepiąc mnie po głowie.

- Mówisz o Ryuu?- upewniłam się, cofając się ciutkę.- Jeśli tak, to poszedł na wykłady. I nie dał mi ani grosza na obiad.- poskarżyłam się.

- I tak jesz więcej niż przeciętna dziewczyna.- wskazała ruchem głowy na moje śniadanie.- Ale jesteś, szlag, chuda.

- Wole pojęcie „szczupła”.- wymamrotałam z zębami wbitymi w chleb.- Gdzie w ogóle jest Tsu?

- Spóźni się, ale dotrze do nas.- odpowiedziała, klepiąc się po kieszeniach, zapewne w poszukiwaniu telefonu..- Muszę lecieć na rozszerzoną matmę. Uważaj na siebie.

Pomachałam jej i spokojnie dokończyłam jedzenie, wypatrując w tłumie mojego drogiego fundatora. W końcu pojawił się w polu mojego widzenia. Tsubasa Etero pojawił się z znikąd, wytrząsając coś ze swoich jasnych włosów. Niebieskie oczy skanowały otoczenie, jakby kogoś szukając. I chyba chodziło o mnie. W końcu mnie wypatrzył i ruszył w moim kierunku, przy akompaniamencie dzwonienia łańcuchów, które miał podoczepiane do granatowych jeansów. Ręce miał schowane w kieszeniach czarnej bluzy, a martensy rytmicznie uderzały o bruk.

- Hej, Natsu.- przywitał się ciepło, targając mi włosy.

- Dobry, Tsu.- odpowiedziałam, czepiając się jego ramienia.- Postawisz mi dzisiaj obiad.- zapytałam błagalnie.

- A mam inne wyjście?- uśmiechnął się sarkastycznie, obejmując mnie w pasie. Znaliśmy się od pieluch i byliśmy niemal jak rodzeństwo, więc coś takiego było u nas na porządku dziennym.

- Przypomnij mi, ile ci już wiszę?- przerwałam , panującą między nami ciszę.

-I tak mi nie oddasz, więc po co ci ta wiedza?- zripostował.

Zmrużyłam oczy i wbiłam mu łokieć pod żebra.

- Natsu…- warknął ostrzegawczo, a ja wysunęłam się spod jego ramienia i zniknęłam między tłumem. Uwielbiałam go irytować.

# Nate #

Zeskoczyłem z dachu i przetoczyłem się kawałek, chowając się za starym kontenerem. I gdzie są Natsu i Ryuu, jak ich potrzeba?!

Kiedy strzały ucichły, powoli wychyliłem głowę ze swojej kryjówki. Gangsterzy zniknęli. Oparłem się plecami o zimną blachę i docisnąłem palce do rany na ramieniu. Muszę skontaktować się z szefem. Wstałem powoli i, zataczając się lekko, ruszyłem do miasta.

Znalezienie jakiejkolwiek budki telefonicznej zajęło mi prawie godzinę. Wygrzebałem z kieszeni trochę drobnych i wybrałem numer alarmowy. Rozległ się sygnał, nakazujący rozpocząć sprawozdanie.

- Tu Numer 8.-powiedziałem szybko.- Nawaliłem.

sobota, 31 października 2015

Istoty: Rozdział 3

Zdążyłam! Obiecałam sobie, że nowe posty będą pojawiać się co najmniej raz w miesiącu i się udało.
Shija: Ledwie, ledwie. Dzisiaj 31.
Cichaj. Jeszcze mamy październik. Dzisiejszy post z dedykacją dla Pauliny. Mam nadzieję, że się spodoba.
Shija: MY mamy.
Japa.




Rozdział 3





Podczas lunchu spotkali się całą grupą pod ogromnym drzewem, rosnącym na tyłach szkoły. Dołączyła do nich też Wendy, uczęszczająca do pobliskiego gimnazjum Fiore. Chłopcy grali w karty, co jakiś czas dorzucając do puli słodycze. Nemu, na spółkę z Marvell, pochłaniała jedną paczkę pocky za drugą, rozmawiając przy tym o mieście.

- Hej, nowi.- rozległo się tuż obok, a bliźnięta uniosły głowy. Nad nimi stały cztery osoby. Trzy dziewczyny i chłopak. Na przedzie stała szkarłatnowłosa piękność. To ona ich zawołała.- Zadomowiliście się już? Jestem Erza Scarlet, przewodnicząca samorządu szkolnego.

- Natsu Dragneel.- wyszczerzył zęby w czymś, co zwykł nazywać uśmiechem.- A to moja siostra, Nemu.- uniosła rękę, uśmiechając się niepewnie.

- Macie idiotyczny kolor włosów.- wtrącił czarnowłosy towarzysz Erzy, oceniając rodzeństwo wzrokiem.

- Odwal się od nich, Fullbuster.- warknął Gajeel.- Gdyby chcieli, stłukliby cię. Nawet Wendy dałaby ci rade.

- Chcesz dostać, Redfox? Bo naprawdę niewiele ci brakuje.- na czole Fullbustera pojawiła się pulsująca żyłka.

- Spokój!-krzyknęły równocześnie Scarlet i Nemu. Chłopcy posłusznie zamilkli.

- Przepraszam za niego.-Erza zrobiła zawstydzoną minę.- To Gray Fullbuster. A ona to Lucy.- wskazała na blondynkę o czekoladowych oczach, hojnie obdarzoną przez matkę naturę.

- A o mnie to już wszyscy zapomnieli.- burknęła ostatnia z towarzystwa. Wysoka szatynka z hipnotycznymi fioletowymi oczyma.- Cana jestem.- przedstawiła się, wyciągając z paczki Nemu ostatnie pocky. Różowowłosa spojrzała smutno na nowo-poznaną, zajadającą się pałeczką. To jej, no!

Nagle zmarszczyła brwi, wyczuwając jakiś dziwny ślad. Bardzo słaby, ale wciąż wrogi odcisk myśli. Uniosła głowę i rozejrzała się.

- Co jest, mała?- Gajeel i Natsu wbili w nią spojrzenia.

- Nie, nic. Wydawało mi się. Za moment wrócę.- wzruszyła ramionami i wstała.

Otrzepała spodnie i niespokojnie ruszyła w kierunku nieznanego śladu. Stając w głównej bramie, zauważyła po drugiej stronie ulicy, czarnego vana. Przez przyciemniane szyby, nie potrafiła dostrzec kto jest w środku.

- Sonda.- szepnęła, a jej głowę wypełniły strzępki myśli. Ich myśli.

Gwałtownie obróciła się i ruszyła biegiem w kierunku reszty grupy. Wiedziała, że już wiedzą kim jest. Potykając się o własne nogi, rozpędziła się jeszcze bardziej i dopadła do reszty. Gajeel i Natsu spojrzeli na nią i przenieśli wzrok na ludzi w czerni, zbliżających się w niebezpiecznym tempie.

- Sting, Reyos.- Redfox pchnął przyjaciółkę w kierunku wspomnianych.- Zabierzcie ją w bezpieczne miejsce. Zawiadomcie też starszych.

- O co chodzi?- Erza patrzyła na wszystkich nieufnie.

- Nic ważnego. Wracajcie do szkoły.- Natsu uśmiechnął się sztucznie.- Nemu.

Różowowłosa zamknęła oczy i skupiła się na umysłach nowych znajomych. Cztery pary oczu zmętniały, a oni ruszyli sztywno do budynku. Zresztą, dziedziniec był już prawie pusty. Poczuła na ramionach dłonie przyjaciół i, zaciskając usta, chwyciła rękę Wendy. Dziewczynka próbowała dodać starszej koleżance otuchy, uśmiechając się. Oni zbliżali się coraz bardziej. W ostatniej chwili Sting i Rouge odwrócili się i, wraz z dziewczynami, popędzili przed siebie.


Niebo zaszło chmurami.



Biegła na końcu, co jakiś czas oglądając się za siebie. Natsu i Gajeel całkiem nieźle radzili sobie w roli zapory. Ale mimo to źle się czuła, zostawiając ich samych. Poczuła uścisk na dłoni i szarpnięcie. Sting zmusił ją do przyśpieszenia, a w jej oczach zebrały się łzy bezradności.



Pierwsze krople spadły na ziemie.



Niepotrzebna było dużo czasu, by ulewa rozpętała się na dobre. Rouge zacisnął usta, analizując sytuacje. Motory nie nadawały się w taką pogodę. Nawet nie próbował nakłaniać Nemu do zmiany aury. Wiedział, że obecne warunki meteorologiczne są adekwatne do jej nastroju. Sam nie czuł się najlepiej, zostawiając tamtą dwójkę samą, ale dziewczyny nie powinny zostać bez ochrony. Zwłaszcza, że to o jedną z nich Im chodziło.

Nagle za nimi rozległ się strzał, a Dragneel wrzasnęła z bólu i upadła na beton, ścierając sobie dłonie. Eucliffe wziął ją na plecy i ruszył do przodu. Rouge pchnął lekko Wendy, a sam zatrzymał się.

- Biegnijcie dalej. Ja zatrzymam tych.- oznajmił.

- Nie ma mowy. Mają broń.- Nemu, pomimo rany postrzałowej, zeskoczyła z pleców blondyna i stanęła obok Reyosa. Jej ciemnozielone oczy błyszczały determinacją i czymś jeszcze. Niezwykłą mocą Istoty.

Rozłożyła ramiona i skupiła się na otaczającej ją energii.

Pierwsza błyskawica przecięła niebo.

Zaraz potem pojawiły się kolejne. Wiatr przybrał na sile, a ziemie zaczęła lekko drżeć. Zacisnęła powieki, a piorun uderzył tuż przed nią i pomknął po mokrym asfalcie wprost na napastnika. Skupiła się wyczuwając umysły atakujących.

- Wymazanie.- mentalna fala pomknęła ku nim, wymazując wybrane przez nią wspomnienia. A oni stanęli, zagubieni w deszczu, rozglądając się.

Zanim ktokolwiek domyślił się, co jej chodzi po głowie, odbiła się od mokrego asfaltu, biegnąc jak szalona w kierunku szkoły. Wpadła na dziedziniec, a spojrzenie zielonych oczu zatrzymało się na dwóch chłopakach. Z rozpędu uderzyła o plecy Natsu i objęła smukłymi ramionami na wysokości serca. Brat poklepał ją tylko po dłoniach i wysunął się z uścisku.

- Nigdy więcej nie będę uciekać.- oznajmiła, a jej oczy zabłysły stanowczo. Chłopcy i Wendy spojrzeli na nią zaskoczeni.- Następnym razem też będę walczyć.- przyrzekła i, omijając ich, ruszyła do szkoły.



Późnym popołudniem wracali do domu, pogrążeni w ożywionej dyskusji o dzisiejszym zajściu. Tylko Nemu wlekła się z tyłu z posępną miną, wtrącając co jakiś czas krótkie zdania. Jej pesymistyczny nastrój nie uszedł uwadze Wendy. Deszcz nadal siąpił z nieba, sprawiając że ubranie ciążyło i lepiło się do skóry. To jednak nie zepsuło humoru pewnemu blondynowi.

- Zorganizujmy jakieś wspólne wyjście!- zaproponował Sting, obejmując Nemu ramieniem i przyciągając do swojego boku. Warknęła coś wrogo pod nosem, bo, przez jego chore wygłupy, zgubiła rytm kroków i omal nie wywaliła się na środku chodnika.

- W sumie dobry pomysł.- Gajeel zatrzymał się i spojrzał w górę.- Trzeba im w końcu pokazać miasto.

- Oni idą obok ciebie i wszystko słyszą!- fuknął na niego Natsu.

Do bójki jednak nie doszło. Tuż obok przemknęło czarne, sportowe auto, ochlapując ich wodą z kałuży. Chłopcy zaczęli wygrażać kierowcy, a Wendy próbowała ich uspokoić. Nemu wbiła wzrok w odjeżdżający samochód.

- Mercedes CL 63AMG. 550 koni. Dwudrzwiowy. Fajne autko.- oznajmiła rozmarzonym głosem.

- Tylko cholernie drogie.- sprowadził ją na ziemie Rouge.- Z twoim kieszonkowym cię nie stać.

- Morda w kubeł.- warknęła, pokazując mu język.- Nawet marzyć nie dają.

- O mnie nie musisz marzyć, Nemuś.- Sting ponownie ją do siebie przytulił.

- Jeszcze słowo, a stracisz wszystkie zęby.- ostrzegł go Gajeel.- Odpieprz się od krasnala.

- Te, dryblas! Nie pozwalaj sobie.- naskoczyła na niego różowowłosa.- A tobie, Sting, dobrze radze, zejdź na ziemie.

Nagle Wendy roześmiała się dźwięcznie, a pozostali poszli w jej ślady. Takie potyczki słowne były u nich na porządku dziennym. Atak wesołości trwał nieprzerwanie przez kilka dobrych minut, aż w końcu zapanował spokój. Różowowłosa otarła łzę, czającą się w kącikach oczu i wyrównała oddech.

- Chodźmy może coś zjeść.- mruknęła wesoło, a Natsu jej przytaknął.

Gajeel i Sting wymienili spojrzenia, a piętnaście minut później całym zespołem siedzieli w niedużej kawiarence 8Island. Chłopcy wpychali w siebie danie za daniem, Wendy delektowała się zieloną herbatą i rozmawiała z Rougem, a Nemu grzebała widelcem w talerzu, pogrążona w myślach. Oparła głowę na łokciu i wbiła wzrok okno.

Nagle zauważyła, przemykającą między ludźmi znajomą sylwetkę. Wiedziona impulsem poderwała się na nogi i biegiem wypadła na ulice. Potykając się o nierówności chodnika, biegła za znikającą sylwetką. Czuła się przy tym jakby historia zatoczyła koło.



Biegła ulicami Londynu, potrącając bogato ubranych mieszczan. Daleko przed nią majaczyła sylwetka wysokiej, smukłej kobiety. Czerwcowe słońce mocno grzało jej kark, a pot spływał stróżkami po plecach. Przyśpieszyła, kiedy postać zniknęła za zakrętem. Wpadła w zaułek i zatrzymała się tuż przed ceglaną ścianą. Rozejrzała się i zobaczyła ją na dachu. Wybiła się i skacząc po ścianach dostała się na sąsiedni budynek.

- Mamo!!!- głos Nemu zabrzmiał dziwnie piskliwie.

Hana uniosła głowę, spoglądając dużymi, fioletowymi oczami na córkę. Długie, różowe włosy spływał kaskadą do kostek, a prosta biała sukienka powiewała przy każdym ruchu. Bose stopy pokrywał brud wielkomiejskich ulic. Policzki miała poznaczone śladami łez. Nagle przechyliła głowę, uśmiechając się psychopatycznie. Jej oczy zabłysły, a sylwetka rozmazała się. Nemu zamrugała, ale, kiedy uniosła powieki, matki już tam nie było. O sunęła się na kolana, tępo wpatrując się przed siebie.

Odeszła... Zostawiła ich...

Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała żałośnie. Jak mogło do tego dojść?! Od tygodni podejrzewała, że coś się dzieje. Hana unikała przebywania z rodziną, była dziwnie oschła i wyrzuciła męża z ich wspólnej sypialni. Przestała nosić swoje piękne, bogato zdobione, kolorowe suknie, na rzecz czarnych, prostych. Włosów również nie spinała już w wymyślne fryzury. Nie raz, podczas tej przemiany, uderzyła któreś ze swoich dzieci, czego nigdy wcześniej nie robiła. A teraz po prostu uciekła...

Nemu podniosła się na chwiejnych nogach i, potykając się o rąbek pięknie zdobionej, czerwonej sukni, zeszła z dachu. Jak automat trafiła do domu i, nie patrząc na ojca i brata, zatrzasnęła się w swoim pokoju. W jej głowie tłukło się tylko jedno pytanie, na które nie potrafiła znaleźć odpowiedzi: ,,Dlaczego, mamusiu?''



Tym razem jednak nie miała zamiaru jej na to pozwolić. Opuściły już miasto i teraz biegła na wzgórze, z którego można było obserwować panoramę miasta. Na szycie, oparta o drzewo, stała Ona. Zupełnie nic się nie zmieniła. Tym razem miała na sobie czarne spodnie i lejącą się, grafitową bluzkę. Fioletowe oczy błyszczały zimno, a usta zdobił psychopatyczny uśmiech. Zatrzymała się kilka metrów od matki.

- Witaj, córeczko.- Hana przechyliła głowę.

- Nie masz prawa tak do mnie mówić.- warknęła Nemu, zaciskając pięści.

- Chodź ze mną, Nemu.- w głosie matki zabrzmiały rozkazujące tony.- Potrzebujemy twojej mocy.

- My?- dziewczyna cofnęła się ostrożnie.- Zresztą. Nigdzie z tobą nie pójdę.- buntowniczo zacisnęła pięści.

- Pójdziesz ze mną po dobroci czy muszę użyć siły?- kobieta wyciągnęła przed siebie dłonie, a fala niewidzialnej energii pchnęła Nemu na ziemie.

Różowowłosa zacisnęła palce na trawie, a deszcz przybrał na sile. Pchnęła ścianę wody w matkę. Hana odskoczyła na bezpieczną odległość i machnęła ręką, a niewidzialny bicz smagnął plecy córki. Koszula zaczęła nasiąkać krwią. Nemu podniosła się na kolana i wystawiła przed siebie lewą rękę, prawą obejmując nadgarstek. Z jej dłoni wystrzeliła błyskawica i uderzyła kobietę. Ta krzyknęła przeciągle i rozpłynęła się w powietrzu, a młodsza opadła twarzą w błoto. Nieuzupełnienie rezerwy po dzisiejszym spotkaniu okazało się błędem. Nie miała nawet siły by podnieść rękę. Ostatnim wysiłkiem przewróciła się na plecy, brudząc błotem włosy. Nie minęła chwila, a zanurzyła się w ciemność.