czwartek, 16 lipca 2015

Shaman King: Rozdział 1

Witam was ponownie! Tym razem nie minęło wcale tak dużo czasu. Ale nie ważne. Oto zupełnie nowe opowiadanie, oparte na starym, dobrym Królu Szamanów. Chciałam was również poinformować, że oto do bloga dołączyła nowa osoba. Zielony Tygrys zajmie się wyglądem tego bloga, czyli tym na czym kompletnie się nie znam. Dziękuje ci serdecznie za pomoc. Nie przedłużając. Czytajcie i komentujcie.










Rozdział 1



Lin



            Po cichu wsunęłam czarne, brudne od błota trampki i zarzuciłam na ramie plecak z ubraniami. Nie pierwszy i, zapewne, nie ostatni raz wymykałam się po zmroku. Tyle tylko, że teraz sprzeciwiałam się nie tylko ojcu, ale i babci. Zbliżałam się właśnie do bramy, kiedy tuż przed moimi nogami wbił się miecz. Ogromny, obosieczny miecz o szkarłatnym ostrzu. Miecz należący do mojego starszego brata.
- Powinnaś chyba zachować czujność, wymykając się z domu.- zacisnęłam pięści, obracając się powoli.
            Stał na murku fontanny zaledwie półtora metra od głównych drzwi. Mógł w każdej chwili wszcząć alarm i mnie zatrzymać. Jego szare włosy sięgały ramion, a niebieskie oczy, wpatrywały się z drwiną w moje. Wiedział równie dobrze, co ja, że jestem w gorszej sytuacji. Tym razem naraziłabym się nie tylko ojcu, ale i babci, która w każdej innej sytuacji stałaby po mojej stronie.
- Równie nie rozważne jest wyruszanie na turniej bez broni.- zeskoczył na trawę, podniósł jakiś pakunek i rzucił nim we mnie.- Powodzenia.
            Chwyciłam paczkę i odwinęłam czarny materiał. Trzymałam w rękach dwa wachlarze i cztery pomniki z duchami. Wszystko zostało zabrane mi kilka tygodni temu przez ojca. Powiedział wtedy, że powinnam zapomnieć o tych „szamańskich bzdurach”.
- Dzięki, Ryoku.- uśmiechnęłam się, lekko, kiwając mu głową.
- Idź już. Z pół godziny masz pociąg. Z dworca odbierze cię mój kumpel i zawiezie prosto do twierdzy Tao.- poinformował mnie i skierował się do domu.
            Obróciłam się na pięcie i wybiegłam z terenu mojego domu, patrząc w przyszłość.




Podróż zajęła mi dokładnie dwanaście dni, trzy godziny i dwadzieścia trzy minuty. Chociaż większość przespałam, stając w progu twierdzy rodziny Tao, byłam zmęczona i senna. Jednak zostałam zmuszona do szybkiego rozbudzenia się. Znikąd wyłoniło się troje strażników-zombie, blokując mi przejście na schody. Fuknęłam na nich jak rozjuszona kotka, wyciągając i rozkładając wachlarze. Jeden zrobił krok w moją stronę, kiedy powietrze przeszył zimny głos. Tak dobrze mi znany.
- Dosyć!- Ren musiał stać na szczycie schodów, bo jego słowa niosły się echem po holu.- Jeśli któryś śmie ją ruszyć, skończy, jako stos bezużytecznych gnatów!
            Mimo że ten rozkaz miał mnie chronić, po plecach przebiegł mi dreszcz. Nienawidziłam tego tonu. Ochroniarze zniknęli, ale dalej wbijałam wzrok w miejsce, gdzie stali. Słysząc jego kroki na schodach, opuściłam głowę. Kiedy się zatrzymał, był na tyle, blisko, że widziałam jego buty i czułam zapach.
- Po co tu przyjechałaś?- warknął, chwytając mnie gwałtownie za ramiona. Milczałam.- Spójrz na mnie.- złapał mój podbródek i uniósł głowę.- Co tu robisz, Lin?
            Skuliłam się pod ostrym spojrzeniem złotych oczu. Puściłam oba wachlarze i przycisnęłam dłonie do serca. Nie lubiłam, kiedy się na mnie złościł. Bałam się go, w takich momentach. Czułam przemożną chęć ucieczki, próbując opuścić głowę. Nic z tego. Trzymał mnie w żelaznym uścisku, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Nie mogłam nawet mówić. Zwróciłam wzrok w bok, zagryzając wargi.
            Ren westchnął przeciągle i puścił mnie, odwracając się gwałtownie. Patrzyłam na jego plecy, obejmując się ramionami. Wiedziałam, że nie lubił, kiedy przyjeżdżałam tak nagle. Tak samo jak jego wuj. Zresztą En Tao nienawidził wszystkiego, co wiązało się z moją osobą.
- Po co tu przyjechałaś?- zapytał ponownie już nieco spokojniej.
- Pokłóciłam się z ojcem i babcią.- wyjawiłam, wyłamując palce. Chłopak zerknął na mnie przez ramie.
- To chyba nie powód do dwutygodniowej podróży.- odparował ostro.
- Poszło nam o turniej. Też chce walczyć, ale zdaniem babci „kapłanka nie powinna brudzić sobie rąk starciami''.- oznajmiłam, naśladując wyniosły ton seniorki rodu Fen.- A co do ojca... Znasz jego stosunek do szamaństwa.- kiwnął głową, ruszając przed siebie. Podreptałam za nim, niby wierny pies.
            Ojciec zawsze mi powtarzał, że, będąc szamanem, pozostanę nikim. Może miało to związek z faktem, że tata był najmłodszym z trzech synów i jako jedyny nie posiadał zdolności szamańskich. Kiedy okazało się, że ja i Ryoku widzimy duchy postawił sobie za cel obrzydzenie nam walki. Robił wszystko, żebyśmy o tym zapomnieli. Niestety dla niego, wtedy na scenę wkroczyła babcia. Jako najwyższa kapłanka świątyni w Kioto, miała masę pracy z zbłąkanymi duchami i wiernymi. Zaczynała tracić siły, więc, kiedy odkryła, że mam odpowiednie talenty, ogłosiła ojcu, że postanowiła zrobić ze mnie swoją następczynie. No i wybuchła wojna między matką i synem. Zgadzali się tylko w jednej sprawie. Musze dobrze wyjść za mąż. I tu właśnie pojawił się ród Tao.
            Nagle znikąd tuż przed moim nosem wyskoczył Bason, z okrzykiem „paniczu Ren''. Pisnęłam, odskakując na bezpieczną odległość. Wylądowałam jedną nogą na krawędzi schodów i runęłam do tyłu. Stoczyłam się z powrotem do głównego holu, w towarzystwie gwałtownych przeprosin ducha stróża. Ostatnim, co zarejestrowałam, był jego zaniepokojony głos i szybkie kroki.



Ren



            Siedziałem na krześle w Perłowej Komnacie, przyglądając się nieprzytomnej Lin. Wyglądała tak spokojnie, zupełnie jakby spała. Kiedy stoczyła się ze schodów, wokół jej głowy zaczęła pojawiać się kałuża krwi. Spojrzałem na jej bladą, obwiązaną bandażami dłoń, leżącą na kołdrze. Z wahaniem uchwyciłem jej palce, delikatnie obejmując swoimi. Uniosłem jej dłoń do ust i lekko pocałowałem. Może nie należałem do najprzyjemniejszych osób, ale zależało mi na niej. Czasem nawet bardziej niż na moim przeznaczeniu. Wuj nie tolerował naszej więzi, ale nie miał prawa sprzeciwić się woli mojego zmarłego ojca.
            Nagle dziewczyna jęknęła cicho i uniosła dłoń, obmacując delikatnie czaszkę. Rozchyliła powieki i zaczęła rozglądać się dokoła. Widząc mnie uśmiechnęła się niepewnie i zaczęła bawić bandażem na prawej dłoni. Robiła to zawsze, gdy była poddenerwowana.
            Jakby się zastanowić, miała sporo takich nawyków. I większość prezentowała w mojej obecności. Nawet teraz jej ciemnozielone oczy biegały po ścianach pomieszczenia. Siedziała napięta jak struna, co chwila rzucając mi wystraszone spojrzenia.
- Przestań zachowywać się jak wystraszony królik.- fuknąłem, a ona podskoczyła i gwałtownie się skuliła. Przewróciłem oczami, wstając, i poklepałem ją lekko po głowie.- Idę potrenować. Przyśle do ciebie Jun.
            Wyszedłem na korytarz i oparłem się o ścianę. Nawet, jeśli nie potrzebowałem przyjaciół, nie czułem przyjemności, kiedy Lin obawiała się przebywać w moim towarzystwie. Zbyt ją ceniłem. Chciałem widzieć jej uśmiech i roześmiane oczy. Kiedy nad czymś myślała, przygryzała dolną wargę i wpatrywała się w jeden punkt nieobecnym spojrzeniem. Nawet podczas walki, po  pochwyceniu wachlarza, przerzucała go do drugiej ręki.
            Przetarłem twarz, odepchnąłem się od ściany i, uprzednio wysławszy Basona po Jun, ruszyłem na trening.



Jun



            Rozmawiałam z wujem, kiedy Bason poinformował mnie, że Ren prosi mnie do Perłowej Komnaty. Idąc korytarzami, zachodziłam w głowę, o co może chodzić. Niestety nic nie mogłam wymyślić. To nie mogła  być Lin, bo na pewno zdążyłaby już wpakować się w kłopoty. Za którymś razem podczas jej odwiedzin zostawiłam ją samą zaledwie na 10 minut, podczas których zrobiła dziurę w ścianie sali treningowej i zrównała z ziemią ogród. Sądziłam, że wuj w jednej chwili zerwie umowę i wyśle ją pierwszym samolotem do Kioto. Przeliczyłam się jednak. Młoda Fen pozostała w naszym domu planowane dwa tygodnie, z tą drobną różnicą, że spędziła je w lochach. To znaczy prawie. Ren po raz pierwszy sprzeciwił się wujowi i od tamtej pory Lin jest nietykalna.
            Otworzyłam drzwi, akurat w momencie, gdy dziewczyna stała przed szafą w samej bieliźnie, szukając jakichś ubrań w jej stylu. Mogła mnie nie usłyszeć, gdyż do dokoła jej głowy jazgotały jej cztery duszki. Przekrzykując jedna drugą, latały wokół nie dając nawet się rozejrzeć.
- Zamknąć się!- ryknęła w końcu. No, no, no. Jak Ren. Widać, kto, z kim przystaje, takim się staje.- Rany boskie. Chwili ciszy z wami nie ma.
            Duszki zaczęły przepraszać jedna przez drugą, ale ona tylko machnęła ręką, nurkując w szafie. Zachichotałam cicho, a z mebla wyskoczyły szare włosy, otaczające jasną twarzyczkę z dużymi ciemnozielonymi oczami, przyczepioną do szczupłej sylwetki. Czyli cała Lin z powrotem wylądowała na podłodze.
- Witam, witam. Czy to nie narzeczona mojego małego braciszka?

niedziela, 12 lipca 2015

Istoty: Część 2



Część 2


            Czerwonowłosy mężczyzna siedział wygodnie na wielkim biurowym fotelu, nogi zakładając na biurko. Znudzony przeglądał kolejne artykuły, szukając czegoś... Czegokolwiek! Chwycił kubek z kawą, kiedy cisze przerwał dzwonek telefonu. Zmarszczył brwi, widząc na wyświetlaczu imię syna.
- Natsu? Nie powinieneś być w szkole?- zapytał, marszcząc brwi, i upił łyk espresso.
- Tato... Przyjedź do szpitala.- wydukał chłopak.- Nemu... Ona... Przyjedź.- kiedy usłyszał imię córki, naczynie wypadło mu z dłoni i rozbiło na drewnianej podłodze.
            Nie zwracając na nic uwagi, chwycił kluczyki do auta i popędził na parking. Co się mogło stać?! Czyżby Nemu nie poradziła sobie z taką ilością myśli? Przecież tyle ćwiczyła nakładanie barier. A może to Oni ich odnaleźli?! Sama myśl o tym zmroziła mu krew w żyłach. Do szpitalnej recepcji wpadł jakby gonił go sam diabeł i, ignorując kolejkę, dopadł do lady.
- Nemu Dragneel. 17 lat. Różowe włosy. Gdzie ona jest?!- recepcjonistka wpatrywała się w niego oszołomiona.- Gdzie?!
- Ale tu jest kolejka.- zaprotestowała słabo.
            Resztkami sił powstrzymał ogień, płonący wewnątrz od wydostania się i spopielenia wszystkiego w wokół. Pochylił się do kobiety i wbił spojrzenie czarnych oczu w jej twarzyczkę.
- Gówno mnie obchodzi kolejka. Gdzie. Jest. Moja. Córka.- wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Co ty wyczyniasz, Dragneel?- usłyszał za sobą rozbawiony głos. Odwrócił się napotykając spojrzeniem jasnowłosą kobietę, mniej więcej w jego wieku. Ciemnoszare oczy wpatrywały się w niego pogodnie.
- Grandaneey!- wykrzyknął nagle.- Co tu robisz?
- Jestem lekarzem, mój drogi.- wskazała na swój biały kitel i identyfikator.- A ty?
- Szukam córki.- wyjaśnił.- Pamiętasz Nemu?
- Oczywiście.- kobieta zmarkotniała, dotykając śladów na dłoni.- Dalej mam ślady jak mnie urąbała w rękę.
- Wiesz, jaka jest.- zażenowany podrapał się po karku.- Gdzie ona jest?
- Na urazówce. Z naszym tempem regeneracji, już nic jej nie jest.- uśmiechnęła się, ruszając korytarzem na urazówkę.- Idziesz?
            Pobiegł za nią, zasypując pytaniami.

            Natsu siedział obok siostry, trzymając jej dłoń.
- Powinnaś bardziej uważać.- powtórzył, a ona posłała mu spojrzenie spod byka.
- Mówiłeś to już 35 razy. Zrozumiałam po pierwszych dziesięciu.- burknęła, przenosząc wzrok na drzwi.- Tata tu idzie.
- Skąd wiesz?- rozkojarzony, obrócił się do wejścia, akurat w momencie, w którym próg przekroczyli Igneel i Grandaneey.
- Wyczułam.- wydusiła, kiedy ojciec doskoczył do niej i zaczął miażdżyć w uścisku.- Tato! Tlenu!- wycharczała.
- Udusisz ją, ognisty idioto.- Grandaneey lekko uderzyła mężczyznę w ramie.- Pozwól na momencik. Musisz mi coś podpisać.- Złapała za leżący mu na plecach warkoczyk i pociągnęła go za sobą do pokoju lekarskiego.
- Powodzenia.- zawołało za nim równocześnie rodzeństwo.
- Widziałaś gościa, któremu wlazłaś pod koła?- zaczął Natsu.- Wyglądał zupełnie jak...
- Ani słowa ojcu.- przerwała mu ostro.- Ma już dosyć zmartwień.
- Ok.- niechętnie skinął głową.- Ale ten facet zasłużył na lanie.
- Wiem.- westchnęła przeciągle, opierając głowę na poduszce.- Pamiętam doskonale każdy dzień i każdą noc, którą przez niego przepłakałam. Ba, pamiętam każdą łzę przez niego wylaną.- smutne wspomnienia przygasiły blask życia w ciemnozielonych oczach.
- Jeśli przez tego gnoja będziesz cierpieć, zabije go i przyniosę ci jego łeb.- oznajmił Natsu, zaciskając pięści.- Obiecuje ci to, siostrzyczko.
            Dławiąc łzy, usiadła i przytuliła się do brata. Kiedy zamknął ją w swoich ramionach, poczuła się bezpiecznie. Pozwoliła płynąć łzą, obejmując go mocniej. Głaskał ją uspokajająco po włosach, szepcząc na ucho słowa otuchy. Gdy się trochę uspokoiła, odsunął siostrę na długość ramienia i uśmiechnął pokrzepiająco.
- Wracaj do łóżka.- poklepał ją po głowie i spojrzał nad bliźniaczką na drzwi do gabinetu lekarki.- Idzie ojciec i Grandaneey.
            Igneel doskoczył do dzieci i złapał za torbę szkolną córki.
- Idziemy do domu. Grandi mówi, że nic ci nie jest.- zawołał wesoło, ignorując mroczną aurę dookoła kobiety. Chwycił córkę za rękę, a syna klepnął w plecy, unikając metalowej tacki, którą chciała uderzyć go medyczka.- Do zobaczenia, Gra...- przerwał, kiedy tuż przy jego uchu przeleciał skalpel, wbijając się w ścianę.
- Nigdy niemów do mnie „Grandi”!- warknęła, łapiąc go za klapy marynarki i przyciągając bliżej. Przerażony mężczyzna zaczął jej gorliwie potakiwać ze strachem malującym się w oczach. Zupełnie zapomniał, jak wybuchowa potrafi być ta kobieta. Istota wiatru tak zmienna jak zefir.- A teraz zejdź mi z oczu.- odepchnęła go, a on sztywno opuścił szpital. Bliźniaki szli za nim, śmiejąc się cicho. Reakcje ich ojca często wyglądały zabawnie.
- Dzisiaj robimy sobie dzień wolny, ale od jutra bierzemy się ostro do roboty.- zarządził Igneel, przerywając atak wesołości u swoich dzieci.
            Wieczorem Nemu leżała na łóżku z książką w ręku. Cały dzień spędzony z ojcem i bratem dobrze na nią wpłynął. Zazwyczaj unikali miejsc pełnych ludzi. Teraz też tak zrobili. Zwiedzili park w okolicach Magnolii, zrobili piknik na wzgórzu. Po prostu spędzili razem czas.
- Nemcik!- usłyszała głos ojca z salonu.- Ratuj!
            Ociężale podniosła się z łóżka, rzucając książkę na podłogę. Wystawiła głowę z pokoju, ale korytarzyk był pusty. Mamrocząc pod nosem, przeszła do głównego pomieszczenia, gdzie zastała Igneela, rozstawiającego kieliszki.
- Zaraz przyjdą goście.- oznajmił.- Weź swoje magiczne łapki i wyczaruj coś dobrego do przekąszenia.
- Już, już.- burknęła, przechodząc do kuchni.- Ile będzie osób?
- Czekaj. Nasza trójka, Grandi z córką, Metaliczna z synem, Skardium z synem i Weiss logia z dzieciakiem.- odpowiedział.- Wiesz może czy smarkacz Metallicany jest pełnoletni?
- Gajeel?- zamyśliła się na krótką chwile.- Nie jeszcze nie. Za rok dopiero. Przynajmniej według obecnych papierów.
- Dzięki, córuś.
            Z głośnym westchnieniem wzięła się do pracy. Pół godziny później wyciągnęła z piekarnika aromatyczne pieczywo czosnkowe z serem, wstawiając drugą blachę. Przełożyła gorące jedzenie na talerz i zaniosła do salonu.
- Nie podjadajcie.- pouczyła ojca i brata i wróciła, zająć się kolejną porcją.
- Dwa talerze wystarczą!- krzyknął za nią Natsu.- Za mało czosnkowe!
- Mówiłam wara od jedzenia!- syknęła, wchodząc do salonu. Zdzieliła brata po łapach, lokując się w fotelu.
            Chwile później ktoś zaczął walić w drzwi. Igneel podniósł się i wpuścił do środka gości.

            Następnego dnia stała przed bramą szkoły u boku Natsu. Brat pocieszająco poklepał ją po ramieniu i zniknął w tłumie uczniów. Czuł, że musi teraz się skupić. Odetchnęła głęboko kilka razy i ruszyła przed siebie. Stanęła niepewnie przed schodami, mając ochotę odwrócić się i odejść, ale duma jej na to nie pozwalała. Nie jest w końcu tchórzem. Z mocnym postanowieniem przekroczyła próg i momentalnie została porwana przez ludzką masę. Unikając podeptania, podeszła do ściany i wspięła się na, stojącą pod nią, ławkę. W końcu udało jej się odszukać znajomą czuprynę. Zeskoczyła na ziemie i rozpoczęła przepychankę w kierunku swojego celu. Nagle zahaczyła o coś nogą i runęła do przodu. W ostatniej chwili poczuła znajomy uścisk na ramionach i została postawiona do pionu.
- Patrz pod nogi, kurduplu.- Gajeel potrząsnął grzywą czarnych włosów, wbijając w dziewczynę pełne dezaprobaty spojrzenie czerwonych oczu.
- Nie pouczaj mnie, dryblasie.- burkneła, patrząc nad jego ramieniem na dwie znajome postacie.- Siemka, Sting.- blondyn wyszczerzył zęby w geście powitania.- Cześć, Reyos.
- Rouge.- poprawił ją czarnowłosy chłopak z rubinowymi tęczówkami.- Witaj, Nemu.
            Pogadali jeszcze przez chwile, śmiejąc się, głównie z Stinga, przekomarzając i wspominając. Wesołą dyskusje przerwał znienawidzone przez obecnych podopiecznych liceum Era dzwonienie. Różowowłosa rzuciła okiem na kartkę z planem i obróciła się zamaszyście na pięcie, wpadając na kogoś. Poleciała do tyłu, ale została pochwycona przez Cheneya. Spojrzała na sprawce i zamarła. "Nieistniejący Boże w niebiosach, za co mnie tak karzesz?" jęknęła w myślach.
- Już doszłaś do siebie?- wysoki blondyn z szaro-niebieskimi oczami i blizną, przypominającą błyskawice po prawej stronie twarzy. Zadarła głowę, żeby spojrzeć mu w twarz.-  Niemowa jesteś?- zmarszczył brwi, wpatrując się w nią.
- Co?- wyjąkała głupio, próbując zebrać myśli. Serce wykonało fikołka i ruszyło galopem. Jakaś część jej umysłu kazała natychmiast wsiąść się w garść, ale dużo większy kawałek zaciął się, próbując przetworzyć to, co widziały oczy.
- To ciebie wczoraj potrąciłem, nie?- przyjrzał się dziewczynie, porównując ją do zapamiętanej z wczoraj. Wyglądała niemal identycznie.
- Że jak?!- trzy pełne zdziwienia i niepokoju wrzaski, sprowadziły ją na ziemie.
- Ciszej.- warknęła.- To tylko mały wypadek. Kilka siniaków i zadrapań.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś, głupia?!- ryknął Redfox, potrząsając nią gwałtownie.
- Chyba nie musi ci się spowiadać.-parsknął chłopak wciąż, stojący za nią.
- A ciebie kto o zdanie pytał?- czerwone oczy Gajeela zapłonęły gniewnie.

 Stojąca między nimi Nemu poczuła się jak w potrzasku. Coś czuła, że zaraz dojdzie do bójki. Zareagowała instynktownie, obejmując nowospotkanego w pasie i napierając na niego. Sting i Reyos, dobrze odczytując jej reakcje, złapali Kurogane, ciągnąc go w przeciwną stronę.
            Patrzył z niemym wyzwaniem na znajomego z klasy, kiedy poczuł przy sobie przyjemne ciepło. Spojrzał w dół i napotkał drobną, wtuloną w niego różowowłosą. Poczuł się dziwnie. Uczucie jej dotyku, wydało mu się znajome, choć pierwszy raz spotkał ją dopiero wczoraj. Ale już wtedy miał wrażenie, że skądś ją zna. Nagle  jakby zdała sobie sprawę, co robi. Odskoczyła od niego i potknęła się o własne nogi. Upadła na plecy, podpierając się rękami. Zdziwiony uniósł brwi, ale zaraz uśmiechnął się kpiąco, wyciągając do niej rękę. Z czerwonymi od wstydu policzkami, przyjęła jego pomoc. On jednak nie puścił jej dłoni.
- Laxus Dreyar.- przedstawił się.
- Nemu Dragoneel.- odpowiedziała dumnie.
- Ekhm.- usłyszeli za sobą.- Pierwsza lekcja zaczęła się 20 minut temu i, o ile ty mała masz matematykę z Aries, to ja i Dreyar mamy historie z Capriconem.- Gajeel spojrzał na nią ponaglająco.- Ruszcie się!

Dobra. Przyznaje długo mnie nie było, ale już wróciłam. I oto nowy rozdział Istot. Proszę o opinie.
Chciałam was również poinformować, że do bloga jako drugi autor, a dokładniej grafik, dołącza mój aniołek. Dziękuje ci z to.

czwartek, 14 maja 2015

IM:AA: Część 5

Witam was serdecznie w ten wesoły wieczór.
Shija: Happy birthday to you!
Zamknij się! Nikt nie musi wiedzieć! Urwanie głowy z tą babą. No nic. Zapraszam do czytania. Dedyk dla TonyPepper, Uli i Pieguska.








Cześć 5



& Starfire &



                Kocham, kocham, kocham latać! Uwielbiam patrzeć z góry na światła Nowego Yorku, czuć wiatr rozwiewający mi włosy i smagający ramiona. Dlatego właśnie w życiu nie wsiądę do tej blaszanej puszki. Co to niby za frajda?! Tony'emu się w głowie poprzestawiało, ot, co. Zrobiłam szybką beczkę i kilka innych akrobacji.
Nagle wszystkie włoski stanęły mi dęba, a szósty zmysł dał o sobie znać. Zbliżało się zagrożenie.
Star: W dół!!!
                Nie czekając na pytania zapikowałam w kierunku ziemi. Wiedziałam, że Tony i Pep ruszyli za mną. Jakiś kilometr niżej ponownie złapałam w skrzydła prądy powietrzne i szarpnęło mną w górę. Ałła! Coś wybuchło nam nad głowami, a fala uderzeniowa cisnęła nas na ziemie. Zatrzymałam się na ścianie budynku i spadłam na ulice. Iron Man wbił się w asfalt, a Rescue zniszczyła komuś ogródek. Poruszyłam się na próbę, a moją lewą rękę przeszył ból. Oceniłam sytuacje i stwierdziłam, że ramie wygięło się pod jakimś dziwnym kątem. Ignorując ból, ustawiłam rękę w odpowiedniej pozycji i poczekałam, aż kości zrosną się całkowicie. Podniosłam się i otrzepałam z kurzu. Pozostali też już byli na nogach.
Tony: Jesteście całe.
Star: W pełni zregenerowana. Ale wciąż ciut zagubiona.
Pepper: Komputer wyświetla informacje o jakimś błędzie. Ja jestem trochę poobijana. A co z tobą?
Tony: Zbroja jest tylko trochę uszkodzona. Wracajmy do zbrojowni.
Star: Ale lecimy nisko.
                Kiedy dotarliśmy do zbrojowni, Rhodey doskoczył do nas i ocenił pobieżnie obrażenia. Zsunęłam maskę na szyje i oparłam się o ścianę, składając skrzydła.
Rhodey: Dobra. Co to było?
Tony: Jakiś ładunek wybuchowy. Nic więcej powiedzieć nie mogę. Skanery w zbroi nic  nie wyłapały. Najwidoczniej te w masce Star sprawują się o wiele lepiej.
Star: To nie były skanery a szósty zmysł.
Pepper: Nie ważne, co to było. Ważniejsze, kto to wysłał.
Star: I tu jest pies pogrzebany. Zbyt wielu ludziom zaleźliśmy za skórę.
                Ze śmiechem Tony i Pepper pozbyli się zbroi, a ja kostiumu i ruszyliśmy do domu. Czułam się wykończona psychicznie, a fakt, że juto czekała mnie szkoła, nie działał pokrzepiająco. Zerknęłam na przyjaciółkę licząc na drobne wsparcie, ale przeliczyłam się. Rozmawiała z Tony‘m i widocznie dobrze się bawili. Byliby uroczą parą. Uśmiechnęłam się do swoich myśli, a Rhodey spojrzał na mnie podejrzliwie.
Rhodey: Co ci się uroiło pod kopułą?
Star: Spokojna twoja rozczochrana. Nic strasznego. Tony! Odprowadź Pepper.
Pepper: Sama umiem trafić do domu.
Star: Wiem, wiem. Ale jest późno. Nie powinnaś wracać sama po nocy.
Pepper: Nie odpuścisz?
Star: Powiem tak: twoje argumenty przeciw mam w nosie.
Tony: Chodź, Pepper. Dyskusja z nią jest zupełnie bez sensu.
Star: To pa. Chodź, Rhodey. Wracajmy do domu. Ciocia pewnie się wkurzy, że tak późno wracamy. Jak jest zła, przeraża mnie. Przy okazji, o której zaczynamy jutro lekcje?
Rhodey: Od kiedy to chodzimy do szkoły w sobotę?



& Tony &



                Patrzyłem na odchodzącą kuzynkę, marszcząc brwi. Miałem wrażenie, że znów coś kombinuje. I że to ,,coś'' dotyczy mnie i Pep.
Pepper: Ona coś kombinuje.
Tony: Czytasz mi w myślach. Powinniśmy się martwić?
Pepper: Zdecydowanie. Wiesz, że nie musisz mnie odprowadzać?
Tony: Idziemy. Nie marudź.
                Ruszyliśmy powoli w kierunku posesji Pots'ów. Pepper opowiadała, co działo się w szkole. Droga minęła nam dużo szybciej, niż bym sobie tego życzył. Kiedy stanęliśmy pod jej domem, drzwi otworzyły się, a ze środka wyjrzał jej ojciec.
- Patricia! Do domu! Ale już!
                Uścisnęła mnie na pożegnanie i weszła do środka. W progu jeszcze odwróciła się i pomachała mi wesoło. Kiedy zniknęła wewnątrz budynku, schowałem ręce do kieszeni i skierowałem się do Rhodes'ów. Już na wejściu zostałem zaatakowany przez Star. Wyglądała na przerażoną, oczy błyszczały jej niespokojnie, a mięśnie napinały się i rozluźniały pod skórą ramion.
Star: Ratuj!
Tony: Coś znowu zmalowała?
Star: Jeszcze nic. Ona mnie znalazła.
                ,,Ona'' odnosiło się do Emily Evans, matki Star. Nie potrafiłem zrozumieć tej chorej kobiety. Zostawiła moją kuzynkę tuż po urodzeniu. Przez dobre osiem lat udawała, że nie istnieje, a po śmierci wujka zjawiła się nagle i jeszcze bardziej namieszała córce w życiu. Liczyła, że dziewczyna z nią pójdzie i zapomni o mnie i moim ojcu. Przeliczyła się. Tata odmówił oddania Star i zaczęła się sprawa o prawa do opieki w sądzie. Udało nam się wygrać, a ta baba zniknęła. Teraz znowu się pojawiła i próbuje zniszczyć starannie zbudowany, mały świat Starfire. Wszedłem za kuzynką do salonu, a, siedząca na kanapie, kobieta spojrzała na mnie nieprzyjemnie.
Emily: Witaj, Anthony. Dawno się nie widzieliśmy, chłopcze.
Tony: Zdecydowanie za krótko.
Emily: Jesteś zupełnie jak twój ojciec. Tak samo arogancki. Pakuj się Starfire. Zaraz wyjeżdżamy.
Star: Jeszcze czego! Na mózg mi nie padło! Nigdzie z tobą nie pójdę!
Emily: Nie będziesz mi się sprzeciwiać, smarkulo! Pakuj się!
Star: Mowy nie ma! Olewasz mnie przez 17 lat, a teraz nagle mam iść z tobą?! W życiu! Mam tu przyjaciół, szkołę i rodzinę! Więc z łaski swojej wynoś się z mojego życia!
Roberta: Star, proszę nie krzycz. A pani niech się uspokoi i posłucha. Pani córka zgodziła się z decyzją swojego wuja i zamieszkała ze mną.
Emily: To jeszcze dzieciak, do diabła! Co ona może wiedzieć?!
Star: A wyobraź sobie, że dużo, głupia babo!
                Kiedy Emily poderwała się na nogi, Star schowała się za mną z krótkim piskiem. Pokręciłem głową  i szepnąłem do niej:
Tony: Gdzie się podziała twoja odwaga, co?
Star: Morda w kubeł. Ta baba jest przerażająca.
Emily: Co wy tam szepczecie, smarkacze?!
Roberta: Proszę się w tej chwili uspokoić. Sąd poparł jej decyzje i przekazał mi prawa do opieki nad nią i Tony'm. Może pani odwiedzać córkę, ale zabrać jej nie pozwolę, dopóki sama tego nie zechce.
Emily: Niech się pani nie wtrąca. Nic pani nie wie o mojej córce. Starfire, wiem, kim jesteś i co potrafisz. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak ci ciężko. Ale zabiorę cię w bezpieczne miejsce. Tam, gdzie mutanci mogą być sobą. Zrozum mnie, córeczko.
                Tą wypowiedź mogła sobie darować, bo tylko rozjuszyła brunetkę, która prychnęła wściekle i stanęła przede mną.
Star: Ty nic o mnie nie wiesz! Nigdzie z tobą nie pójdę, ani teraz ani nigdy! Nie masz prawa nazywać się moją matką!
Emily: Posłuchaj, Starfire Evans...
Star: To TY posłuchaj! Nie nazywam się Evans! Jestem Starfire Samantha Stark i nigdy o tym nie zapominaj! A teraz wyjdź. Wyjdź i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy.
Emily: Co?
Star: Wynocha! Nie chce cię znać!
                Kobieta wyszła trzaskając drzwiami, a Star opadła na kanapę i poprosiła cicho, że chce zostać sama. Głos jej się łamał, a na kolana kapały łzy. Roberta ucałowała ją w czoło i przeszła do kuchni. Pogłaskałem ją po głowie i wyszedłem z salonu. Na schodach spotkałem Rhodey'ego.
Rhodey: Ta dziwna baba poszła wreszcie? Star wyglądała na wściekłą i przestraszoną.
Tony: Nic dziwnego. Wyszła, jak Star wyjaśniła, że nazywa się Stark.
Rhodey: Słyszałem. Jak myślisz, więcej nie przyjdzie?
Tony: Na razie nie. Później wróci, namiesza i znowu zniknie.
Rhodey: To jakieś błędne koło.
Tony: Taaa. Jutro rano zwijamy się ze Star do zbrojowni. Trzeba naprawić zbroje.
Rhodey: W już naprawdę macie obsesje na punkcie laboratorium.
                Prychnąłem i wyminąłem przyjaciela, znikając w pokoju. Wyciągnąłem się na łóżku i wydobyłem z kieszeni telefon. Wybrałem z listy kontaktów Pepper i wstukałem wiadomość:
,,Cześć, księżniczko. Wpadnij jutro popołudniu do zbrojowni. Naprawie Rescue i zrobimy sobie krótki przelot. Może być?''
                Odpowiedź przyszła chwile później:
,,Hej, książę. Jak dla mnie super. Tylko wieczorem zawieziesz mnie na randkę. Widzimy się jutro. P.S. prześpij się chwile w nocy.''
                Zacisnąłem pięści i cisnąłem telefon na biurko. Nie musiała o tym wspominać. Na samą myśl, że jest z Gene'em, czułem ukłucie w piersi. Kiedy Star zaczęła dobijać się do moich drzwi, zakryłem twarz poduszką i zasnąłem.



& Star &



Star: Anthony! Otwieraj te drzwi, bo je wywarze!
                Od dobrych 10 minut darłam się na całe gardło, stercząc, jak głupia, przed pokojem kuzyna. Nic. Zero. Nul. Nawet najmniejszej reakcji.
Star: Anthony!
Roberta: Cicho tam!
                Momentalnie dałam sobie spokój. Ta kobieta mnie przeraża. Przeszłam do pokoju Rhodey'ego. James siedział na łóżku i czytał kolejną książki. Usiadłam obok z żałosną minką.
Star: Nudzi mi się!
Rhodey: To idź do Tony'ego. Ja czytam.
Star: Jesteś nieczuły!
Rhodey: Nie dramatyzuj.
Star: Poprawka: bardzo nieczuły.
                Chłopak kompletnie mnie olał. Udałam obrażoną i poszłam do siebie. Ej, no! Ja wymagam trochę uwagi! Tony ma mnie w nosie, Rhodey też. Może Pepper ze mną pogada. Nagle rozległ się dzwonek mojej komórki. Zerknęłam na wyświetlacz z uśmiechem. O wilku mowa.
Star: Właśnie miałam do ciebie dzwonić. Oni są nieczuli!
Pepper: Kto?
Star: Tony i Rhodey. Tony zamknął się w pokoju i nie chce mnie wpuścić, a Rhodey czyta książkę i mnie olewa.
Pepper: Innymi słowy, trafiłam w moment.
Star: No jak zwykle. Ej, może by ich ukarać? Coś za często nas ignorują.
Pepper: Co ci znowu po głowie chodzi?
Star: Jeszcze nic, ale coś wykombinuje. Po za tym ,,moja matka'' postanowiła mnie odwiedzić. Jak ja jej nie trawie.
Pepper: Znowu chciała tego samego?
Star: A jak! Miała czelność nazwać mnie jej nazwiskiem.
Pepper: I co?
Star: Dobitnie wyjaśniłam jej, że nazywam się Stark i kropka.
Pepper: I bardzo dobrze. Tyle lat cię ignoruje, a teraz co? Instynkt macierzyński jej się włączył?
Star: Nie sądzę. Ona nie ma instynktu macierzyńskiego. Toć to podła baba jest.
Pepper: Co nie zmienia faktu, że cię przeraża.
Star: Aaaa! Kolejna. Odczep ta się od mojej odwagi, co? Najpierw Tony, teraz ty. Co ja wam biedna zrobiłam?
Pepper: Co cię znowu naszło, co?
Star: Nic. Idziemy jutro na zakupy?
Pepper: Odpada jestem spłukana.
Star: Oj, weź. Ja mam trochę kasy.
Pepper: Jeszcze czego?! Nie będziesz za mnie płacić.
Star: Ale...
Pepper: Żadnych, ale. Nie wiesz nawet, jak mi głupio, kiedy za mnie płacicie. Ten odtwarzacz na pewno kosztował fortunę. Poza tym Tony cały czas gdzieś mnie wozi, a ja nie mogę się wam nawet odwdzięczyć.
                Słuchałam jej paplaniny i kręciłam głową? To przecież my mamy u niej dług. Czy to aż tak dziwne? Chyba pora ją uświadomić.
Star: Pepper! Zamilknij na chwile! Jak rany! Tony ma racje, twierdząc, że możesz gadać bez oddechu. Chociaż... To jest chyba fizycznie niemożliwe. Sekunda! Czy ja właśnie stwierdziłam, że coś jest niemożliwe? Toć to nowość!
Pepper: Star! Rany boskie! Do rzeczy!
Star: A tak! Chodzi o to, że to MY mamy dług u CIEBIE.
Pepper: Co?
Star: Bo wiesz... Ty lubisz nas mimo wszystko. Tony nie jest najbardziej wylewny, a ja dziękować nie umiem. To, co robimy, to w pewnym sensie takie podziękowanie.
                Pierwsze łzy zaczęły spływać mi po policzkach i kapać na kolana. Ułożyłam się na łóżku, na plecach i pozwoliłam, by mokre krople znaczyły ścieżki na moich skroniach i znikały we włosach. Po drugiej stronie usłyszałam szloch i wiedziałam, że Pepper też płacze. Leżałam bez słowa i szlochałam. W końcu obie się uspokoiłyśmy.
Star: To jak? Zakupy aktualne?
Pepper: Pasuje. Ale przed południem. Potem widzę się z Tony'm, a wieczorem mam randkę.
Star: Chwilunia! Coś ty taka niezadowolona?
Pepper: Nie będę ci się tłumaczyć przez telefon. Pogadamy jutro.
Star: Ale... Pepper? Pepper?!
                Rozłączyła się, małpa jedna. Warcząc na przyjaciółkę, połączyłam się ze zbrojownią.
J.A.R.V.I.S.: Witam, panno Stark. W czym mogę służyć?
Star: Zanotuj, że mam zapytać Pepper o randkę. Na jutro. Absolutny priorytet.
J.A.R.V.I.S.: Oczywiście.
                Rozłączyłam się i wygrzebałam spod łóżka odtwarzacz. Wybrałam jakiś lekki spokojny kawałek z playlisty i pogrążyłam się w rozmyślaniach. Muzycy to ciekawi ludzie. Robią to, co kochają, i nie muszą się martwić. Też chciałabym tak żyć. I pewnie będę. O ile Stane nie wykończy firmy. Za dużo myśli w głowie na raz. Pora spać. Owinęłam się kołdrą i odpłynęłam.

niedziela, 3 maja 2015

Istoty: Część 1

Oto całkiem nowa historia. Wykorzystałam postacie z uniwersum Fairy Tail, ale przedstawiłam je w innym świetle. Na razie tyle. Chce zobaczyć, czy się spodoba.








Stała pośrodku jednej wielkiej pustki, wzrokiem szukając... Czegoś. Po jej bladych policzkach spływały gorzkie łzy, wymieszane z krwią. Poobcierane stopy piekły przy każdym kroku, a płuca paliły żywym ogniem za każdym oddechem. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa i opadła kolanami na twardą, jałową ziemie. W głowie narastał ból. Zacisnęła powieki i wrzasnęła z bólu, tęsknoty, strachu i czegoś jeszcze. Wszechogarniającego uczucia pustki.


Najpierw poczuła jak ktoś nią potrząsa. Potem dotarły do niej, lekko przytłumione, głosy. Wydawały się znajome, ale otumaniony snem umysł nie radził sobie najlepiej z analizą. Dopiera mocne uderzenie w policzek przywróciło jej pełną świadomość. Otworzyła oczy, wbijając zdezorientowane spojrzenie w ojca i brata.
- Co jest?- spytała głupio, siadając na łóżku.
- Krzyczałaś przez sen. Znowu.- Igneel troskliwie pogłaskał długie włosy córki i ucałował jej czoło.- Zrobię ci herbaty ziołowej na uspokojenie.- podniósł się z kucek, a jego czerwona czupryna poskoczyła. Uśmiechnął się pokrzepiająco i ospałym krokiem pomaszerował do drzwi.
- Co ci się śniło?- kiedy kroki ojca ucichły, Natsu usiadł obok siostry i oparł się o wezgłowie.
- Jałowe pustkowie.- wymamrotała, z wysiłkiem przywołując ostatnie wspomnienia sennej mary.- Byłam tam sama z pustką w sercu i bólem.
- Twoje sny są zazwyczaj bardziej czytelne.- nadął policzki wyraźnie niezadowolony niejasnym przesłaniem snu.
- To nie musiał być TAKI sen.- stwierdziła z płonną nadzieją.- To mógł być zwykły koszmar.
            Spojrzał na nią z powątpieniem.
- Nadzieja matką głupich.- zaśmiał się, tarmosząc jej włosy.
- Ale i tak czepiamy się jej jak tonący brzytwy.- dopowiedziała z bladym uśmiechem.- Nie chce się już przeprowadzać.- wyznała i odchyliła głowę. Schowała ciemnozielone tęczówki pod powiekami.- Mam dość bycia dziwaczką.
- Ja też, Nemu.- szepnął po chwili namysłu.- Ja też.
- Przed śmiercią mamy było inaczej.- przypomniała szeptem.- Mieszkaliśmy sobie na odludziu, w jednym miejscu.
- Ale wtedy jeszcze się zmienialiśmy. Teraz jesteśmy tacy już na wieki.- upomniał ją schodząc z łóżka. - Zdrzemnij się, księżniczko. Jutro zaczynamy lekcje w nowej szkole.
- Nie przypominaj.- skrzywiła się, układając wygodniej na łóżku.- Dobranoc, braciszku.
- Trzymaj się, mała.- zamknął drzwi, zostawiając ją samą. Opuściła powieki i zapadła w sen bez snów.
            Ostry jazgot dzwonka rozbrzmiewał już od kilku minut, ale żadne z domowników nie pofatygowało się by otworzyć. Nemu przekręciła się na drugi bok i przykryła głowę poduszką. Była zmęczona, a co za tym idzie rozdrażniona. Zakopała się głębiej pod kołdrą, kiedy jej umysł zaatakowała masa myśli i wspomnień. Zacisnęła zęby i skuliła się, obejmując głowę ramionami. Z wysiłkiem wytworzyła kilka kolejnych barier i otoczyła nimi umysł. Zmieniające się jak w kalejdoskopie obrazy, zniknęły, a jej głowa znów stała się prywatnym terytorium.
- Jak ja tego nienawidzę.- szepnęła do siebie i wygrzebała się z pościeli.            Postawiła bose stopy na czarnych panelach i wstała. Przeciągnęła się niczym przyduża kotka i zamruczała cicho, kiedy coś strzyknęło jej w kręgosłupie. Wystawiła głowę na korytarz i zauważyła ojca, rozmawiającego z kimś w drzwiach. Kiedy nieznajomy staruszek spojrzał na nią ukryła się z powrotem i oparła o drzwi. To był on. Ale... To przecież niemożliwe. Minęło niemal 200 lat! Nie mógłby tyle żyć. Zatoczyła rundkę po pokoju, a potem kolejną i jeszcze jedną. Dobra. Podsumujmy fakty. Dziś rano w nowym domu w innym mieście przed jej drzwiami stał lord Makarov Dreyar I, który zgodnie z jej informacjami powinien nie żyć już od jakichś 180 lat. Usiadła na łóżku i podciągnęła kolana pod brodę. To nie ma sensu! Dobrze znała lorda i wiedziała, że jest tylko zwykłym śmiertelnikiem. Usłyszała pukanie i oderwała czoło od nóg. W progu stał zaniepokojony Natsu.
- Co jest?- w dwóch susach pokonał dzielącą ich odległość i kucnął przy łóżku.
- Widziałam go.- zagryzła wargi, marszcząc czoło.- Widziałam lorda Dreyara.
- Co?- wytrzeszczyło oczy i złapał siostrę za dłonie. Zacisnął delikatnie palce, próbując dodać jej otuchy.- On chyba nie żyje od jakichś 180 lat. Może to jego potomek.
- Nie pomyślałam o tym.- przyznała, rozluźniając mięśnie.- Spanikowałam tak właściwie bez powodu.
            Wyjęła dłonie z uścisku brata i wydostała się z łóżka. Wygrzebała z szafy długie sprane jeansy i luźną koszule w czarno-czerwone paski. Ogarnęła się i przebrała w łazience. Kiedy wróciła do pokoju, Natsu, już w pełni ubrany, pakował jej książki do czarnej torby na ramie. Z uśmiechem rozczesała włosy i zebrała je w koński ogon, pozostawiając jednak kilka kosmyków dookoła twarzy. Na nogi założyła wysokie, czerwone trampki, a na ramiona narzuciła wygodną skórzaną kurtkę.
- Gotowa.- oznajmiła, zarzucając torbę na ramie.- Idziemy?- spytała uśmiechając się uroczo.
- Nie wiem, dlaczego ci się tak spieszy.- marudził, kiedy zbiegali po schodach.- Nawet, jeśli autobus odjedzie, jak użyjesz trochę swojej mocy, będziemy w szkole wcześniej.
- Wiesz, że nie lubię tego robić.- warknęła, zeskakując z trzech ostatnich stopni.- To mnie wysysa.
- Jesteś Istotą Wieczności. Zaakceptuj to w końcu.
- A ty i tata jesteście Istotami Ognia. Dlaczego tylko mi się to przytrafiło?- zapytała, kierując wzrok w niebo.
- To nie przekleństwo tylko dar.- pouczył ją.
- Ja dziękuje za taki dar.- naburmuszona zaplotła ręce na piersiach i weszła na ulice.
            Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Usłyszała piski opon i poczuła uderzenie w bok. Impet zwalił ją z nóg. Przetoczyła się po masce, uderzyła w szybę i runęła na ziemie. W pierwszym odruchu zwinęła się w kłębek, walcząc ze łzami bólu. Ktoś przykręcił ją na plecy i zobaczyła tę twarz. Tak doskonale go znała. Nim zdążyła jednak cokolwiek powiedzieć, zbawcza ciemność wciągnęła ją w swoje odmęty.

One-shot IMAA: Pierwszy dzień nowego życia.

A więc z okazji mojego powrotu wrzucam taki mały one-shot. W całości został napisany z perspektywy Star. Zapraszam.






&Starfire&
            Stałam na korytarzu Akademii Jutra, razem z Tony'm i Rhodey'm. James patrzył to na mnie, to na mojego kuzyna, jakbyś mieli zaraz zrobić coś głupiego. My za to spoglądaliśmy to na niego, na siebie nawzajem, na plany lekcji, na tłum uczniów i na szafki. I tak w kółko. W końcu spojrzeliśmy sobie w oczy i przez chwile prowadziliśmy niemą dyskusje. Westchnęłam, przenosząc wzrok na przyjaciela.
Star: Ta szkoła jest dziwna.
Rhodey: Nie dramatyzuj, Star. Przyzwyczaicie się.
            Przez chwile skojarzył mi się z przestraszonym czarnym królikiem. Zagryzłam wargi, by powstrzymać śmiech, i wspięłam się na palce, sięgając do plecaka Tony'ego. Kuzyn najwidoczniej to zauważył, bo mnie odsunął. Wściekła tupnęłam nogą jak obrażone dziecko, czym sprowokowałam ich śmiechy. Może to nie było najmądrzejsze posunięcie. W końcu mam zaledwie 1,45 m wzrostu.
Star: Daj mi coś słodkiego.
Tony: Masz chyba batona w torbie.
Star: Właśnie nie. Już nie.
            Tony przewrócił oczami i potarmosił mi włosy. Potem spojrzał na mój plan lekcji.
Tony:, Co masz teraz?
Star: Biologie. A wy?
Tony: WOS.
            Szlag! Dlaczego nie mamy lekcji razem?! Mamrocząc po nosem, zarzuciłam plecak na ramie i ruszyłam przed siebie.
Tony: Ej, Star!
            Obróciłam się i chwyciłam coś, czym we mnie rzucił. Spojrzałam na mojego ulubionego batona, leżącego w dłoni.
Tony: Tylko nikogo nie pobij!
            Zasalutowałam.
Star: Ta jest, szefie! Dzięki.
            Ruszyłam do klasy i nagle stanęłam na środku korytarza. Tylko gdzie ja powinnam iść. Spojrzałam na kartkę. Sala numer 3. Ok. Spojrzałam na drzwi najbliższej klasy. Trójka. Ha! Jestem genialna. Nie żeby to było coś nowego. Weszłam do klasy i podeszłam do nauczyciela. Starszy, łysy mężczyzna z widocznym brzuszkiem spojrzał na mnie niechętnie.
- Zgubiłaś się? To nie jest podstawówka.
            Zacisnęłam zęby i powstrzymałam się od wybicia mu zębów. No już Star. To nauczyciel. Nie wolno bić.
Star: Starfire Samantha Stark. Zaczynam tu naukę.
- A to ty. Tu masz podręcznik. Usiądź gdziekolwiek.
            Chwyciłam książkę i obróciłam się przodem do klasy. Jedyne wolne miejsce było w ostatniej ławce, obok jakieś dziewczyny. Usiadłam i oceniłam ją wzrokiem. Była niewiele wyższa ode mnie, gdzieś tak 1,50m może trochę więcej. Miała krótkie, rude włosy, jasną cerę przyozdobioną piegami i duże, zielone brązowe oczy. Uśmiechnęła się do mnie ciepło, co szybko odwzajemniłam.
- Hej, jestem Patricia, ale wszyscy mówią mi Pepper. Jesteś nowa? Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam. Przeprowadziłaś się? Akademia Jutra nie jest taka zła, chociaż ma beznadziejną nazwę. Też kiedyś byłam tu nowa.
            Przerwała, żeby nabrać powietrza, więc wykorzystałam okazje.
Star: Tak, jestem nowa. Starfire, ale mów mi Star. Kiedy się tu przeprowadziłaś?
Pepper: Jakieś pół roku temu. A ty, od kiedy mieszkasz w Nowym Yorku?
Star: Tak właściwie to od urodzenia. Co do nazwy szkoły masz absolutną racje. Jest beznadziejna.
Pepper: Gdzie chodziłaś wcześniej do szkoły? Pewnie do jakiejś renomowanej, prywatnej szkoły z kosmicznym czesnym.
Star: Nie. Tak właściwie to mój pierwszy dzień w jakiejkolwiek szkole. Do tej pory miałam tak zwane,, nauczanie domowe''.
Pepper: Super!
            Roześmiałam się. Ona jest urocza.
Star: Nie tak super. Ominęła mnie masa rzeczy. Klasówki, wycieczki klasowe i przyjaźnie.
Pepper: Klasówek nie masz, co żałować. Nic w tym fajnego. A co przyjaciół, nie wierze, że nie masz nikogo.
Star: W sumie to jest Rhodey. I jeszcze oczywiście mój kochany kuzyn.
Pepper: I masz jeszcze mnie.
            Okazało się, że mamy razem więcej, niż tylko tę jedną lekcje. Do lanchu nie rozstawałyśmy się na krok. Rhodey i Tony gdzieś zniknęli, ale szczerze mówiąc miałam ich w nosie. Razem z moją nową przyjaciółką przemknęłyśmy na dach i rozsiadłyśmy się na zadaszeniu nad drzwiami. Wygrzebałam z torby paczkę żelków i wyciągnęłam ją w stronę rudej. Pokręciła przecząco głową, wgryzając się w kanapkę.
            Nagle drzwi pod nami otworzyły się, a do barierek podszedł mój kochany kuzyn.
Star: Gdzieś się szwendał, u licha?!
            Tony podskoczył i obrócił się, a ja pomachałam mu z uśmiechem. Przez chwile przyglądał mi się ze zmarszczonymi brwiami, a potem przeniósł wzrok na Pepper. I jakby w oboje grom trafił. Gapili się na siebie jak zaczarowani, a ja obserwowałam ich z podstępnym uśmieszkiem i przekrzywioną głową. W moim mózgu pojawił się zarys pomysłu. Co by było, gdybym ich zeswatała? W sumie Tony'ego znam jak nikt, a Patricia wydaje się w porządku. Dobrze mi się z nią rozmawia, więc nadaje się na moją szwagierkę. Jeszcze Rhodey'ego trzeba zmusić do pomocy. A na razie wypadałoby ich jakoś obudzić.
Star: Tony, to Patricia alias Pepper, poznałyśmy się na biologii. Pep poznaj, to właśnie Tony, mój drogi kuzyn.
            Zeskoczyłyśmy z daszku, a oni podali sobie dłoni. Zerknęłam na zegarek i ruszyłam na dół, wiedząc, że idą za mną i rozmawiają. Fajnie, że się dogadują. Beztroską wolność przerwał dzwonek, a Pepper, po krótkim pożegnaniu zniknęła nam z oczu. Zerknęłam na kuzyna i z radością stwierdziłam, że wpatruje się w miejsce, gdzie oddaliła się moja nowa przyjaciółka. Zmrużyłam przewrotnie oczy, szczerząc się drapieżnie. Stanęłam na palcach i z całej, dość nieskromnej, siły rąbnęłam go w plecy. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę.
Tony: Czego?
Star: Ślinisz się.
Tony: Wcale nie.
            Wbrew temu, co mówił, obtarł usta wierzchem dłoni, a ja wybuchłam śmiechem. Złapałam go za ramie i raźnym krokiem ruszyłam do klasy.
Star: Wiesz co, Tony?
Tony: Nie czytam ci w myślach.
Star: Mam wrażenie, że ta szkoła wcale nie będzie taka tragiczna

Liebster Award

Aaaaaaa! Nie wierzę! Boże drogi, jestem w szoku! Zostałam nominowana do Liebster Award przez Annę Katari i Pepper. Dziękuje!


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.


No to zaczynamy!


Pytania od Anny Katari;


1. Oglądasz jakieś anime?
Tak, oglądam anime. Nawet więcej niż jedno. Do moich ulubionych należą Fairy Tail i Naruto.
Shija: Zapomniałaś o obecnej miłości, czyli One Piece.
2. Jesteś Otaku?
Chyba można tak powiedzieć, ale pewności nie mam.
3. Co kochasz robić?
Pisać, czytać, śpiewać, oglądać anime. I oczywiście bawić się z moim kochanym psiakiem.
4. Masz fioła na punkcie jakiegoś serialu czy filmu? Jaki?
Nie. Przeżywam filmy i seriale, ale fioła na punkcie żadnego nie mam. Chociaż kocham oglądać Iron Man, Castel, Dr. House i Elementary. A i oczywiście Zabójcze umysły.
5. Bez czego nie możesz żyć?
Nie mogę żyć bez muzyki Verby i Perfect. Bez książek. I, oczywiście, pisania.
6. Jakie masz motto życiowe?
Mam kilka. Oto one:
Każdy dzień jest początkiem nowego życia.
Każdy ból ma początek w słowach.
Gdziekolwiek będziesz, ja zawsze będę obok, by cię podnieść, kiedy upadniesz.
Shija: To ostatnie odnosi się do jej przyjaciół i rodziny.
7. Co cię doprowadza do szału?
Brak tolerancji, kłamstwa i daleko idący egoizm. Po prostu nie zdzierżę.
8.Masz jakiegoś pupila w domu?
Tak, mam. Mojego kochanego psiaka, owczarka niemieckiego, Hadesa.
9.  Gdybyś miała jedną super moc, jaka by to była?
Chyba zdolność latania. Tata zaraził mnie pasją do nieba, bo sam kocha latać. Dlatego zrobił licencje pilota. Ewentualnie czytanie w myślach.
10. Jakie masz najskrytsze marzenia?
Jak powiem to się nie spełni.
11.   Co robisz, jak piszesz? 
Zazwyczaj odpływam myślami do historii. Ręka pracuje sama. Oprócz tego słucham ulubionych kawałków.





Pytania od Pepper:
1. Co sprawiło ze zaczęłas/ zacząłeś pisać.
Tak, szczerze to nie wiem. Zaczęło się jakoś w podstawówce i się ciągnie.
2.masz przyjaciół?
 Tak. Moje trzy anioły.
3. Czego najbardziej lubisz słuchać?
Polskiego Rocka. Perfect, Oddział zamknięty, Dżem, Lady Pank. Są jeszcze Lemon, Verba i Linkin Park
4. Jesteś fanem muzyki klasycznej?
Raczej nie. Ale jeden z moich aniołów już tak.
 5. Czym się interesujesz?
Japonią, mechaniką i dziennikarstwem. No i jeszcze astronomią i astrologią
 6. Masz jakiegoś ulubionego pisarza.
Nie. Lubię wielu.
 7. Ktoś cię inspiruje do pisania.
Moje anioły, rodzina i ulubieni wykonawcy.
 8. Jaki jest twój ulubiony przedmiot w szkole i dlaczego.
Uwielbiam polski, ponieważ dzięki temu cały czas się udoskonalam i mam genialną nauczycielkę. Ale lubie też biologie i niemiecki.
 9.Jakie jest twoje ulubione zwierzę?
Wilk. Po prostu kocham te zwierzęta. Kiedyś dowiedziałam się, że wilka można przez dwa lata od urodzenia trzymać w domu. Potem włącza mu się instynkt stadny i papa.
10.Twój cel życiowy.
Wydać minimum jedną książkę, pracować w radiu jako DJ'ka.
 11. Twój ulubiony sport i dlaczego.
Do gry czy oglądania? jak do gry to koszykówka, bo to pierwsza gra w jaką wygrałam z bratem. A do oglądania siatkówka, w sumie nie wiem czemu.




No to teraz moja kolej. Nominuje:
1. TonyPepper:
pepperpotstonystrak.blog.pl
2. Post
immalove.blog.pl
3. Piegusek:
somewerenew.blogspot.com
4.Firegirl
iron-man-adventures.blogspot.com
5. Ann Isabell
pots-stark.blogspot.com
6. Nashi:
milosc-ktora-przezwyciezyla-strach.blogspot.com
7. Magda Lena:
code-yumi.blogspot.com
8.Justyna:
co-bendzie-dalej.blogspot.com
9.Idziocha:
kickinit-kimjack-mojawersja.blogspot.com
10.Grazyna J
słodkoiwytrawnie.blogspot.com
11.Wiktoria
szczesliwaliczba.blogspot.com


Pytania:
1. Co lubisz robić w wolnym czasie?
2. Gdzie najchętniej przebywasz?
3. Gdzie chciałabyś wyjechać?
4. Został ci jeden dzień życia. Co robisz?
5. Wygrywasz główną nagrodę w konkursie. Co by to było?
6. Jaki jest twój ulubiony film?
7. Jaka była najbardziej niesamowita rzecz, jaka ci się przydarzyła?
8. Ulubiony autor to...
9. Możesz zrobić jedną niezwykłą rzecz. Co by to było?
10. Jakiej muzyki słuchasz?
11. Wolisz psy czy koty? Dlaczego?


niedziela, 1 marca 2015

Toxic & Heaven: 1

Wróciłam, moi kochani czytelnicy! Laptop wciąż leży bez życia, ale dorwałam służbowy komputer taty. Mam tu dla was coś zupełnie nowego.
Shija: Pisała to jeszcze podczas wakacji, więc może być masa nieścisłości. Poza rokiem szkolnym ta istota zwyczajnie nie myśli.
EJ! Jak możesz być tak wredna?
Shija: A ty to niby aniołek jesteś?
Zmieńmy temat. Koniec naszego biadolenia. Zapraszam do czytania.












1


Toxic


            Stałam na placu zabaw, a u moich stóp leżał martwy mężczyzna. Dzieci dookoła płakały, a ich rodzice syczeli z nienawiścią: „pomiot szatana”. Bolało. Przecież nie zrobiłam tego specjalnie. Ten facet chciał mnie gdzieś zabrać i, zanim zdążyłam zaprotestować, chwycił mnie za ramie. Sekundowy dotyk wystarczył. Nim mrugnęłam leżał na ziemi, wijąc się w konwulsjach. Szybko wydał ostatnie tchnienie. Zasłoniłam twarz dłońmi i rozpłakałam się. Ktoś rzucił kamieniem. Mocne uderzenie o podłogę obudziło mnie, wraz ze znajomym głosem.


- Toooxi! Toxia!- ta Haven chyba chce dostać w twarz.- Wstawaj! Nowy dzień witaj! Ciesz się wschodem! No, wstawaj, no!


            Z cierpiętniczą miną, oderwałam głowę od zimnych paneli.


- Mam kilka spraw.- zaczęłam.- Primo: musisz drzeć mi się nad uchem? Dwa: dlaczego zwaliłeś mnie z łóżka? Po trzy: jaki świt skoro dochodzi…- zerknęłam na budzik.- dwunasta? I czwóreczka: jeszcze raz nazwiesz mnie „Toxia”, a ręka, noga, mózg na ścianie.- spojrzałam na niego i westchnęłam na widok jego durnego wyszczerzu.


- Dobra, dobra, Toxiu. Oboje wiemy, że nic mi nie zrobisz. W końcu jestem taki zajebisty.- oznajmił z charakterystyczną pewnością siebie, na co cisnęłam w niego poduszką. Złapał ją z dziecinną łatwością.


            W sumie miał racje. Nie mogłam go uszkodzić, a tym bardziej zabić. Był jedyną osobą odporną na mój szczególny dar. Nie wiedziałam, dlaczego moje ciało wytwarza śmiertelną truciznę, tak samo jak nie rozumiałam, jakim cudem ten młotek jest na nią odporny. Właśnie z tego powodu został mianowany moim partnerem.


            Wyplątałam się z kołdry, ale, oczywiście, musiałam zahaczyć o nią nogą i wpaść na niego.


- Zawsze wiedziałem, że na mnie lecisz.- zaśmiał się, a ja odskoczyłam od niego jak oparzona.


- Debil.- skwitowałam.


            Chciałam wziąć swoje rzeczy, ale znów przyciągnął mnie do siebie. Niemal stykaliśmy się nosami. Z uśmiechem oparł czoło o moje.


- Co ty wyczyniasz?- warknęłam. Odepchnęłam go i kopnęła w kolano.


-Jak zawsze urocza.- jęknął, siadając na moim łóżku.


            Pokazałam mu język i zniknęłam w łazience.


Haven


            Kiedy Toxic zniknęła w łazience, uśmiechnąłem się do siebie. Uwielbiałem ją wkurzać. Jest wtedy taka słodka. Po dwudziestu minutach w końcu wróciła do pokoju. Chwyciła szczotkę i zaczęła rozczesywać swoje blond włosy. Od ostatniego roku sporo urosły i teraz sięgały poniżej bioder. Chyba przez dwa dni ich ni czesała, bo co chwila szczotka zaczepiała się o kołtuny. Po kilkuminutowej obserwacji podniosłem się i wyjąłem jej szczotkę z dłoni.


- Daj. Ja to zrobię, bo powyrywasz sobie wszystkie włosy.- delikatnie rozplątywałem supły, a ona uśmiechnęła się, przymykając oczy. Lubiłem jej tęczówki w kolorze fuksji. Gęste rzęsy rzucały cień na opaloną twarz, przyozdobioną blizną, ciągnącą się od skroni przez policzek i szyje do ramienia. Nigdy nie mówiła skąd ją ma. Przesunąłem po niej palcami, a ona wytrzeszczyła oczy i odsunęła się.


- Nie dotykaj.- warknęła nieprzyjemnie.


- Skąd ją masz?- zapytałem. W odpowiedzi posłała mi spojrzenie spode łba.


- Nie twój interes.- prychnęła, dając jednocześnie znać, że powinienem skończyć temat. Stwierdziłem, że bezpieczniej nie wkurzać jej bardziej i odpuścić. Nie zamierzałem jednak zapomnieć.


- Dobra, dobra. A teraz chodźże tu.- przyciągnąłem ją do siebie i odwróciłem.- Jak ci je związać?- zapytałem i, nie czekając na odpowiedź, dodałem.- I tak zaplotę ci warkocza.


            Kiedy skończyłem robotę, objąłem ją, opierając brodę na jej głowie. Spojrzałem na nasze odbicie w wielkim lustrze.


- Mamy zadanie.- mruknąłem.


- Gdzie?- w jej oczach zatańczyły iskierki ekscytacji. Puściłem ją i poklepałem po głowie, unikając jednocześnie kopnięcia.


- Tym razem Rio.- oznajmiłem, obserwując, jak zaczyna przewalać swoje rzeczy.- Czego szukasz?


            Zignorowała mnie, dalej przerzucając ubrania, książki, buty i masę innych bibelotów. Przyglądałem się jej dopóki nie oberwałem trampkiem w czoło. W końcu Toxic poderwała się na nogi, trzymając w dłoni swoją lustrzankę.


- Serio? Tylko dlatego bijesz mnie butem?- żachnąłem się.


- Cichaj, koczkodanie ty. Bez aparatu nigdzie nie idę.- upierała się.


- Jak tam sobie chcesz.- wzruszyłem ramionami i wyszedłem.



sobota, 24 stycznia 2015

Przepraszam!

Hej wszystkim. Ja tylko na chwilke. Niestety przez pewien czas nie pojawi się nic nowego bo sfajczyłam ładowarke do laptopa i nie wiem kidy skombinuje nową. Jak coś się zmieni to dam wam znać.
Pozdrawiam i przepraszam.