sobota, 30 stycznia 2016

Ao no Exorcist: Rozdział 3

Witam wszystkich! Jak wam leci nowy rok? Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że tak. Zaczynają mi się teraz ferie, więc może wrzucę więcej niż jeden rozdział, ale nic nie obiecuję, bo mam sporo roboty.
Zielona, wiem, że mieli być Łowcy, ale musze rozdział jeszcze dopracować. Przepraszam!





Rozdział 3

Rei spojrzała niechętnie na trzymane w dłoni dokumenty, które niezwłocznie powinna dostarczyć do biura Mephisto. Mimo swojej marnej orientacji w terenie, dotarcie do gabinetu było dość proste. Problem zaczynał się w zgoła innym miejscu.

Otóż biuro było zupełnie puste, a dyrektor szwendał się zapewne nie wiadomo gdzie. Westchnęła sfrustrowana, sięgając wolną dłonią w kierunku, gdzie stał jej chowaniec. A przynajmniej powinien. Rozejrzała się, marszcząc brwi, ale ani Houkou, ani Akumy nie było nigdzie w zasięgu wzroku.

- Pięknie.- burknęła pod nosem.- I gdzie te kundle polazły?

Po krótkim namyśle ruszyła na poszukiwanie wszystkich zaginionych. Zgrabnymi ruchami omijała nauczycieli i uczniów, przeklinając nieco długą kurtkę od munduru i wysokie temperatury. W końcu, gdzieś w tłumie dostrzegła znajomy biały cylinder i zerwała się do biegu. Niemal wpadła na jednego z nauczycieli, ale wykonała wyćwiczony zwód, ratując się przed zderzeniem. Rozpęd i chwila nieuwagi zadziałały na jej niekorzyść. Uderzyła w kogoś, odbiła się i uderzyła o podłogę, boleśnie obijając sobie kość ogonową. Z mordem w czerwonych oczach spojrzała na przeszkodę… I natychmiast złagodniała.

Rin stał nad nią z lekkim uśmiechem i wyciągniętą ręką, a za nim kroczyły jej dwa chowańce, merdając ogonami i, co jakiś czas, powarkując na Kuro. Skorzystała z pomocy chłopaka i wstała, otrzepując mundur. Spojrzała ostro na psy, które, jakby niechętnie, przeszły za nią.

- Więc to twoje psiaki?- zapytał, przyglądając się zwierzętom.

- Można tak powiedzieć.- podrapała się po karku.- To Houkou i Akuma, moje chowańce.

- Czyli jesteś przywoływaczem.- stwierdził, jakby zawiedziony.

- Po części.- przyznała.- Mam tytuł Meistera jako Rycerz, Przywoływacz i Doktor.

- Serio?!- jego ciemnoniebieskie oczy błysnęły w podekscytowaniu.- Zmierzmy się kiedyś!

- Zły pomysł.- od razu przygasiła jego zapał, a na jej jasną twarzyczkę wpłynął złośliwy uśmieszek.- Nie chciałabym cię uszkodzić.

- Jesteś zbyt pewna siebie.- burknął oburzony, a ona roześmiała się dźwięcznie. Od razu polubił ten dźwięk.

- Rin, proszę cie.- opanowała śmiech.- Trenuję odkąd skończyłam pięć lat. Nie masz ze mną szans.

Wymruczał coś, co brzmiało jak „jeszcze zobaczymy”, a ona ponownie zaczęła się śmiać. Warknął coś na nią, ale potem sam do niej dołączył. Ten niecodzienny atak wesołości trwał przez dłuższą chwile. Przerwało go dopiero nagłe pojawienie się Mephisto, który bezceremonialnie chwycił Rei za ramie i zaczął prowadzić do swojego biura. Dziewczyna pomachała Rinowi na pożegnanie i zaczęła sztorcować dyrektora. Patrzył za nią, wspominając ostatnie wezwanie przywódcy.




Stanęli przed biurem Mephisto, a Rei otworzyła drzwi jednym, mocnym kopniakiem, bez poszanowania dla jakichkolwiek zasad kultury. Dyrektor siedział za biurkiem, pochłonięty czytaniem mangi i przegryzaniem pocky. Zdawał się nie zauważać dwójki uczniów, obserwujących go nachalnie.

- Oi, Mephisto!- dziewczyna straciła resztki cierpliwości i huknęła otwartą dłonią o blat, aż się echo poniosło.- Po co nas tu wezwałeś?

- Ohayo, Rei-chan. Kiedy przyszłaś?- Rin w porę złapał rówieśniczkę, powstrzymując od zabicia przełożonego.

- Przysięgam.- burknęła, siadając na jednym z foteli.- Pewnego pięknego dnia zatłukę cię. I nawet mój ojciec mnie nie powstrzyma.

- Dobrze, dobrze.- z lekceważeniem machnął ręką, a fioletowowłosa zmrużyła wrogo oczy.- Przyszedł list do ciebie.- podał jej kopertę. Rei tylko spojrzała na nadawcę i podarła go na kawałki.- Nie powinnaś tak traktować listów od ojca, Rei-chan.- dyrektor wzdrygnął się pod wpływem jej spojrzenia, które jasno mówiło „nie pouczaj mnie”.- A przechodząc do spraw ważniejszych.- tym razem podsunął Rinowi kartkę A4.

Chłopak przestudiował treść, a Rei przechyliła się nad oparciem, czytając mu przez ramię. Wiadomość była prośbą o przygotowanie wsparcia do Kioto. Nie podano żadnych szczegółów dotyczących sytuacji, a podpis był niedbały, niemal nieczytelny. Dopiero po dłuższej chwili odcyfrowali nazwisko. „Ketsuki Tobias”.

- Tobi jest w Kioto?!- wrzasnęła egzorcystka, poklaskując w dłonie.- I jeszcze prosi o pomoc. Dam mu ja popalić.

- Kiedy jedziemy?- zapytał Rin, spoglądając na podekscytowaną koleżankę.

- Dopiero kiedy przyjdzie prośba o wysłanie wsparcia.- ugasił ich zapał Pheles.- Puki co raporty są zbyt niedokładne, by coś stwierdzić. Twój brat powinien nad tym popracować, Rei-chan.- wrócił do swojego charakterystycznego, nieco ekscentrycznego podejścia.




Od listu minął ponad tydzień, ale sytuacja się nie zmieniała i, mimo że Rei grała niewzruszoną, martwiła się o brata. Zwykle żadne z nich nie musiało wzywać wsparcia. Byli w końcu jednymi z najlepszych wojowników w Anielskim Legionie. Wyżej stał tylko Palladyn.

Pogrążona w myślach nie zwracała uwagi na Mephisto, który już od dobrych paru minut nie odrywał od niej wzroku. Intrygowało go, co też zaprząta umysł tej niecodziennej osóbki. Bo nie mógł powiedzieć, by Ketsuki należała do ludzi normalnych. Przekrzywił głowę i odkaszlnął, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Cisza i brak reakcji. Spróbował znowu, a potem jeszcze raz i jeszcze. Za dziesiątym czy dwunastym podejściem dziewczyna uniosła głowę.

- Jesteś chory, czy planujesz zrobić mi przysługę i zejść z tego świata?- zapytała już nieco zirytowana, gromiąc go wzrokiem.

- Cóż za brak poszanowania dla przełożonych!- złapał się za serce i odchylił na krześle.- Jestem głęboko zraniony twoim zimnym podejściem, Rei-chan!- w odpowiedzi otrzymał tylko głośne prychnięcie i parę ledwie słyszalnych, ale z pewnością negatywnych epitetów.- Język,młoda damo!- pouczył ją żartobliwie poważnym tonem, ale ostre spojrzenie czerwonych oczu usadziło go w miejscu.

- Masz już odpowiedź?- pochyliła się nad biurkiem, szukając dokumentu.- Jeśli tak, to daj mi je i pozwól dostarczyć do Watykanu.

- Nie kłopocz się, Rei-chan.- zabrał z biurka plik kartek i wrzucił niedbale do białej aktówki w różowe kropki.- Sam dostarczę je twojemu ojcu. I przy okazji przekaże mu twoje gorące pozdrowienia.

- Spróbuj, a zgnijesz w piekle.- ostrzegła, muskając palcami bransoletkę.

- Według niektórych już jestem w piekle.- odpowiedział beztrosko. Po chwili ciszy podniósł się, obszedł biurko, postawił na nogi dziewczynę i zaczął popychać ją do wyjścia.- Idźże już, Rei-chan! Dzieci powinny spać po południu!- zatrzasnął drzwi i oparł się o nie.

- Zgiń w męczarniach!- wrzasnęła jeszcze na pożegnanie i ruszyła swojego akademika, odesławszy po drodze swoje chowańce.

Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Wbrew pozorom, utrzymanie dwóch potężnych demonów w Assiah nie było wcale prostym zadaniem. Zataczając się przemierzała korytarzem, starając się nie zemdleć.

Czarne mroczki tańczyły jej przed oczami, utrudniając dostrzeżenie czegokolwiek, a zawroty głowy nasilały z każdą chwilą. W końcu potknęła się o coś, nie wiedziała o co, i poleciał twarzą w podłogę. Przed upadkiem uratowały ją czyjeś ciepłe ręce, pomagając zachować pion.

- Oi, Rei!- głos Rina docierał do niej, jak przez mgłę.- Wszystko gra?

- Tak, pewnie.- potwierdziła słabo, mrugając gwałtownie.- Nic mi nie jest.

- Polemizowałbym.- wtrącił się Yukio, stojący u boku brata.- Jesteś blada, jak śmierć.

- To nic.- upierała się.- Po prostu za długo trzymałam Houkou i Akumę w naszym świecie.- usprawiedliwiła się. Naraz zdała sobie sprawę, że Rin nadal ją podtrzymuje.- Puszczaj mnie, Rin.- spróbowała się cofnąć, ale, kiedy tylko chłopak ją puścił, ponownie runęła na spotkanie z twardą posadzką.

- Widać, że nic ci nie jest.- sarknął starszy z bliźniaków, po raz drugi ją łapiąc.- Zaniosę cię do pokoju.- oznajmił, chwytając ją pod kolanami.

- Co?- zapytała nieprzytomnie i pisnęła, kiedy jej stopy oderwały się od ziemi.- Odstaw mnie, kretynie!

- Nie marudź.- uciął jej protesty, podrzucając ją lekko i zmuszając tym samym, by objęła go za szyję.- Ledwo trzymasz się na nogach.- ruszył przed siebie, a Yukio z nikłym uśmiechem ruszył za nimi, by upilnować Rina. Z tego, co słyszał o Rei, w połączeniu z jego bratem tworzyli mieszankę wybuchową.


KOMENTUJCIE!

czwartek, 31 grudnia 2015

Tora z Duchów: 5

Oto i grudniowy rozdział w ostatniej chwili, bo... Bo tak. Trzymajcie się wszyscy i nie zgińcie w Sylwestra. Szczęśliwego Nowego Roku!





5

Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam nad sobą twarz Valentine, ściągniętą w grymasie odrazy. Długie, błyszczące włosy w barwie zboża miała upięte w nienagannego koka, a czekoladowe oczy patrzyły na świat z zimnym dystansem. Była smukła, wysoka i uporządkowana, a uroda przyćmiewała niektóre modelki. Ale miejsce w Starszyźnie dał jej umysł, ostry i przejrzysty. Potrafiła przejrzeć człowieka w sekundę i może właśnie dla tego nie należała do zbytnio lubianych przeze mnie osób.

Przetarła mi czoło chłodną szmatką i napoiła wodą, podtrzymując mi głowę.

- Jak się czujesz, dziecko?- głos miała piękny. Taki czysty i melodyjny.

- Nie jestem dzieckiem.- wycharczałam. Miałam wrażenie, że ktoś przejechał mi tarką po gardle. Odkaszlnęłam.

- Cóż za brak szacunku.- westchnęła z pogardą.- Ty i Twój partner naprawdę zostaliście odpowiednio dobrani.

Prychnęłam pod nosem i usiadłam, próbując opanować chaos na mojej głowie. Każdy włos sterczał w inną stronę, tworząc dość ciekawą mozaikę. Szkoda tylko, że pomarańczową. Rozejrzałam się dookoła, szukając Sivy, a Valentine, jakby czytając moje myśli, wskazała na drzwi. Poderwałam się na nogi i, nieco chwiejnym krokiem, dotarłam na korytarz. Pod drzwiami, w swojej ludzkiej formie, czekał mój partner. I alleluja, bo na progu moje szczęście szlag trafił i poleciałam jak kłoda na ziemie. Na szczęście miał jeszcze tyle oleju w głowie, żeby uchronić mnie przed spotkaniem trzeciego stopnia z podłogą.

- Co to było?- spytaliśmy równocześnie, w następstwie mordując się wzrokiem.

- Cóż za synchronizacja.- zachichotał Axel i przyciągnął mnie do siebie.

Ucałował mnie w czoło, uważnie obejrzał, przygładził włosy i chwycił za policzki. Zaczęłam wymachiwać rękami, próbując trafić go w oko. Chyba się do tego przyzwyczaił, bo utrzymywał się poza zasięgiem moich pięści. W końcu się uwolniłam i odskoczyłam, opierając się plecami o Sivę.

- Zadzwoniłem do ojca.- oznajmił mój brat.- Będzie tu jutro.

Zdębiałam zupełnie. Z ojcem nigdy nie byłam szczególnie blisko. Uważał mnie za bezbronne dziecko i nadgorliwie, wręcz obsesyjnie próbował bronić. Bał się, że wpadnę w złe towarzystwo i wpakuję w ogromne kłopoty. Przecież jak zobaczy mojego partnera, zamknie mnie w pokoju i nie wypuści do osiemnastki! Albo i trzydziestki!

Z zaciśniętymi pięściami, rzuciłam się bratu do gardła, ale moje zamiary zniweczył Siva, chwytając jednym ramieniem w talii, a drugim , blokując moją szyję. Szarpałam się przez parę minut, próbując wbić w jego rękę zęby, ale brunet nie zamierzał mnie puścić.

- Już po mnie.- zwiesiłam głowę, a oni tylko zmarszczyli brwi.

Zgodnie z zapowiedzią, następnego dnia po południu przed główną bramą zaparkował doskonale mi znany samochód. Ojciec ubrany był w nowy, idealnie skrojony, czarny garnitur, a jasne włosy miał schludnie zaczesane do tyłu. Axel poszedł go przywitać, a ja zabarykadowałam się w pokoju, trzymając lampę jako broń. Siva odmówił pomocy.

- Ty chyba do reszty zdurniałaś.- oznajmił w którymś momencie.

- Zamilknij, pókim dobra.- warknęłam w odpowiedzi , siedząc za stertą poduch. Ja się tu buntuję, no!

Nagle drzwi otworzyły się, a ja mocniej chwyciłam przyszłe narzędzie zbrodni i pochyliłam się tak, że zza zapory wystawały mi tylko oczy. Będę walczyć do końca, choćby nie wiem co! Siva, chociaż w formie ostrza, cały czas miał na mnie oko. Do środka wszedł najpierw mój brat, a zaraz za nim ojciec.

- A więc to jest jej pokój. Jak widać pasuje do…- przerwał, kiedy zahaczył nogą o książkę i wyłożył jak długi na podłodze.

Wybuchłam śmiechem, obejmując się za brzuch, a po chwili dołączył do mnie Siva. Nawet ojciec się uśmiechnął. Leżałam na plecach targana spazmami śmiechu, a po policzkach ciekły mi łzy, niknąc we włosach. Po kilkunastu minutach usiadłam, opierając się o szafkę z książkami i ciężko dysząc. Axel z obrażoną miną siedział na łóżku, a tata zajął mój ulubiony fotel, zrzucając na podłogę skotłowany koc, naręcze ubrań i parę moich ukochanych, czarnych trampek.

Wyciągnęłam nogi i zaczęłam czytać kolejną książkę o jakże wdzięcznym tytule „Krew Olimpu”. Niestety, wwiercający się w moją głowę wzrok ojca, utrudniał mi skupienie się na treści lektury. Uniosłam spojrzenie na ojca i wzdrygnęłam się czując chłód i niechęć z jaką mnie obserwował. Gdzieś wewnątrz mnie narastał niepokój. Podniosłam się powoli i zaczęłam nerwowo wyłamywać palce. Ojciec tez wstał, a ja odskoczyłam nerwowo, jak wystraszone zwierzę. Nagle mężczyzna wyciągnął rękę, ale na drodze stanął mu Siva.

- Krok w tył.- warknął, zasłaniając mnie przed spojrzeniem zielonych oczu.

Wspięłam się na palce, wyglądając ponad ramieniem partnera, jak w oczach taty powoli budzi się gniew.

- Tato, poznajcie się.- spróbowałam załagodzić sytuacje.- To Siva, mój obecny partner. Siva, poznaj mojego ojca, Derecka.

- Wyjaśnisz, dlaczego zachowuje się jak pies stróżujący?- upewnił się Axel, a ja przygryzłam dolną wargę.

- Racja. Wypadałoby.- zadecydowałam, po chwilowym wahaniu.- Ja i Siva jesteśmy na pewnym poziomie połączeni. On reaguje na moje silne emocje. Jeśli jestem zaniepokojona, postara się o mnie zadbać.- wytłumaczyłam.- Siva, odpuść.- poprosiłam, zaciskając palce na jego koszulce.

- Wzbudził w tobie niepokój.

- Ale to mój ojciec, na miłość boską!- fuknęłam.- Uspokój się.

Wbrew moim prośbą, Siva przeszył ojca swoim najgroźniejszym spojrzeniem. Zawsze wzbudzało we mnie strach, więc objęłam go w pasie, chowając twarz w jego plecach i szepcząc ciche: „Uspokój się, proszę.”. Jednocześnie modliłam się do Boga, Buddy, Jahwe, Allacha, Latającego Potwora Spaghetti i innych dobrych bóstw o jakąś pomoc. Która nadeszła, wraz z pukaniem do drzwi. Rozluźniłam się nieco, zapraszając gościa, którym okazał się jeden ze Strażników.

- Kitsune Tora, adeptka 10. roku i Demoniczne Ostrze Siva są natychmiast proszeni do Komnaty Starszych.- ogłosił i wyszedł, a mój partner i ja wymieniliśmy spojrzenia.

czwartek, 24 grudnia 2015

ŚWIĘTA

- Zaraz nam zwieją!- warknął Siva, kiedy wylądowałam na krawędzi dachu.
- Wiem!- burknęłam, wznawiając pościg za kilkoma dziwacznymi stworzeniami.- Skakanie po oblodzonych dachach nie jest łatwe!
- Mniej narzekania, więcej biegania! Ruchy.- mruknęłam pod nosem kilka niezbyt pochlepnych określeń, przyśpiezając kroku.
Jaszczuropodobne stwory, które zrujnowały mój cudowny dzień wolny, nie zamierzały się poddać. Ba! Nawet jeszcze bardziej się rozpędziły. Ej! Nie dam zostawić się w tyle. Skoczyłam do przudu, lądując jednemu na plecach.
Niezdąrzyłam dobyć miecza, kiedy potwór zrzucił mnie z siebie i spróbował wbić pazury. Odtoczyłam się, wyciągając miecz. Spróbowałam cięcia zza głowy, ale miecz odbił się od twardych, zielonkawych łusek. Zatoczyłam się do tyłu i straciłam równowagę. Lód pod nogami utrudnił sytuacje i zaczęłam spadać. Szybko oceniłam sytuacje. Za wysoko, nie przeżyję upadku.
Nagle ktoś mnie pochwycił, dociskając do siebie. Nic nie widziałam, ale słyszałam łopot ogromnych skrzydeł. Kiedy tylko moje stopy dotknęły ziemi, wykorzystałam lata treningu i wymknęłam się napastnikowi. Okazał się nim wysoki, jasnowłosy chłopak, o oczach w kolorze ciemnej kawy. Jedynymi niepasującymi elementami były skrzydła, ogon i długie kły, odsłonięte w szerokim uśmiechu. Spròbowałam wystawić przeciw niemu miecz, ale Siva wrócił do ludzkiej formy. Stanął przede mną, jakby chciał mnie chronić.
- A to coś nowego.- mruknął nieznajomy, przyglądając się nam.
- Kim jesteś i czemu nam przeszkadzasz?- głos mojego partnera ociekał jadem i chłodem.
- Jestem Dante.- wystawił rękę, ale nawet nie drgneliśmy.- I gdyby nie ja, twojej małej koleżanki już by na świecie nie było.
W sumie ma racje. Przepchnęłam się przed przyjaciela i stanęłam naprzeciw niego. Wbite do głowy zasady kultury dały o sobie znać.
- Dzięki za pomoc.- uśmiechnęłam się.- Jestem Tora, a to mój partner Siva.
- Ciekawe im...- nie dokończył, bo tuż obok wylądowała dziewczyna o czarnych włosach, czerwonych oczach i kolorystycznie pasujących skrzydłach.- Już?
- Już. Słabeusze.- wyszczerzyła zęby w diabolicznym uśmiechu.- A ty znowu przyjaciół sobie znalazłeś.- burknęła, tłukąc go po głowie.
- Masz coś do mnie?- syknęłam, pochylając się do niej.
- Uważaj do kogo mówisz, kurduplu.- zaśmiała się zimno, a ja zacisnęłam pięści.
- Błagam. nie w Święta.- jękneli równocześnie Dante i Siva.
- Już wystarczy, że na codzień jesteś butna.- prychnął mój partner.
- To nie tylko Alex ma wieczny okres?- blądyn wydał się zaskoczony.
- Widać nie tylko. Tora też ma non stop PSM.- brunet odrzucił kilka kosmyków z odsłoniętego oka.
- A to co miało znaczyć?!
 
-A to co miało znaczyć?!- wrzasnęły i równocześnie huknęły towarzyszy w te ich puste łby. Obaj zareagowali inaczej, Dante uśmiechnął się do przyjaciółki głupio, a Siva zmierzył Torę zabójczym wzrokiem.
Alex zaplotła ręce na piersiach i obruciła się do niego plecami, podchodząc do pomarańczowowłosej dziewczyny i wyciągnęła rękę.
- Jestem Alexis.- przedstawiła się.- Ten debil za mną już się chyba przedstawił.
- Taa.- westchnęła niższa.- Chyba jest bardziej męczący od Sivy.- dodała sciskając dłoń anielicy.
- Dlaczego w ogóle goniłaś te demony?- brunetka ruszyła w kierunku najbliższej ruchliwej ulicy, a druga dreptała u jej boku, ogrzewając zmarznięte dłonie.
- Zwinęły mi ciastka.- warknęła, wspominając tę okropną zniewagę.- A poza tym kręciły się po terenie Zakonu i mnie wkurzały.
- Chyba nie masz zbyt wiele cierpliwości.- zachichotała, wracając do ludzkiej postaci i poprawiając rękawiczki.
- Tak jak ty.- młodsza dźgnęła ją w biodro.- Kim tak właściwie jesteś?
- I tak nie uwierzysz.- stwierdziła Alex, machnowszy ręką.
- Widziałam już naprawdę dziwne rzeczy.- Tora uśmiechnęła się jak dziecko.
- Skoro chcesz.- anielica pochyliła się do niższej koleżanki.- Jestem aniołem. Strąconym z Niebios, co prawda, ale wciąż aniołem.
- W sumie to pasuje ci to.- heterohroniczne oczy młodej Kitsune zmrużyły się, a ona sama przekrzywiła głowę.- Tylko mogłabyś się więcej uśmiechać.
- Od uśmiechania jest ten z tyłu.- burknęła czarnowłosa.
Dziesięć minut później stała na krawężniku, machając taksówce, w której odjechali Tora z Sivą. Poczuła, jak Dante obejmuje ją od tyłu i opiera brodę na czubku jej głowy. Usłyszała tylko, jak szepcze ,żeby się uśmiechnęła. Nagle zauważyła pomarańczową czupryne, wystającą z okna.
 
- Alex, Dante! Wesołych Świąt!- krzyknęłam, a potem Siva szarpnął mnie w pasie, wciągając spowrotem do środka. Opadłam na siedzenie i zapiełam pasy.
- Czy ty jesteś szalona?- jęknął mój przyjaciel.- Mogłaś wypaść.
Uśmiechnęłam się przepraszająco, opierając się na jego ramieniu.
- Wesołych Świąt, Siva.- wyszeptałam przymykając oczy.
- Wesołych Świąt, księżniczko.




Oto Krótki świąteczny special, specjalnie dla was. Z okazji świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć wam zdrowia, szczęścia, spokoju i spełnienia marzeń. Bogatego Mikołaja i szampańskiej imprezy w Sylwestra. Odpocznijcie i cieszcie się z czasu spędzonego z rodziną.  Mam nadzieje, że wytrzymacie ze mną kolejny rok (szczególnie ty, Zielona). Uwielbiam was wszystkich.

piątek, 27 listopada 2015

To miała być Yachiru. Pewnie nie wygląda, ale to ona. I nie, nie brałam LSD.
Chyba.
ŻYCZĘ WSZYSTKIM MIŁEGO CZYTANIA! (bo zapewne oglądanie moich prac nie będzie MIŁE)

/Pozdrawiam, Pseudografik

Numery: Rozdział I

Oto nowy rozdział nowego opowiadania. Z dedykacją dla Pauliny, Kingi i Agaty z włoskiego.






Rozdział 1




# Ryuu #

Wyciągałem z bagażnika torbę, kiedy ktoś złośliwie walnął mnie w plecy. Wyprostowałem się gwałtownie i huknęłam głową o klapę. Obróciłem się z zamiarem dokonania mordu na sprawcy. Niestety, akurat tej osoby nie mogłem ukatrupić. Bo oto tuż za mną stał irytujący mikrus imieniem Natsu.

Natsu, lub dokładniej Natsune Ichiro, była nad wyraz drobna i niepozorna. Miała duże, jaskrawofioletowe oczy i krótkie, jak na dziewczynę, nierówno obcięte włosy w kolorze kruczej czerni. Na głowie nosiła swoje nieodłączne, granatowe gogle, a na szyi dyndał kamień z runicznym symbolem ognia. Znowu miała na sobie za dużą kurtkę moro, T-shirt z logiem Linkin Park oraz ciemne, poprzecierane jeansy i, nieco zniszczone, trampki.

- Dobry, mikrusie!- przywitałem się po krótkiej chwili.

- Dobry, dryblasie.- odpowiedziała z złośliwym błyskiem w oku.- Wiesz coś?

- Parę zleceń jest, ale nic wymagającego.

- I kij z tym.- prychnęła.- Potrzebuję forsy.

Westchnąłem, wbijając wzrok w przyjaciółkę. Wyglądała jak kot, co zeżarł kanarka. Obszukałem kieszenie i wyciągnąłem rękę w jej stronę.

- Oddawaj portfel, kleptomanko.- zmrużyłem gniewnie oczy. Z podstępnym uśmiechem oddała mi moją własność.

- Co z ciebie za przyjaciel?!- oznajmiła.- Ja tu jestem głodującą licealistką w klasie maturalnej!

- A ja głodującym studentem przed sesją.- odpyskowałem, przeliczając pieniądze. Dzięki Bogu, nic nie zabrała.- Wiesz, że kradzież jest karalna?

- Ano.- przytaknęła, obserwując tłum przed nami.- Ale ty nikomu nie powiesz.

- Nie bądź tego taka pewna!- zawołałem za nią, ale Natsu zniknęła między ludźmi.

Kręcąc głową nad jej zachowaniem, ruszyłem na uczelnie. Na schodach przed wydziałem prawnym siedział Itachi, ze słuchawkami w uszach i książką na kolanach. Pochyliłem się nad nim, żeby zobaczyć, co czyta. Znowu horror. Klepnąłem go w ramię i usiadłem obok, wyciągając notatki.

# Natsu #

Ludzie, ludzie, ludzie. Wszędzie wokół ludzie. Fuknęłam na kolejną osobę, która niemal mnie przewróciła. Wiem, że jestem niska i nie trzeba mi o tym przypominać. Zaczęłam podskakiwać, próbując dojrzeć w tym kłębowisku moich przyjaciół. W końcu wyłapałam różową czuprynę Yachiru. Pognałam do niej i rzuciłam się przyjaciółce na plecy. Zaskoczona, wrzasnęła i odruchowo huknęła mnie w głowę, przez co zatoczyłam się i usiadłam na ziemi.

- Natsu?- jęknęła, kiedy mnie rozpoznała.- O Jezu! Przepraszam! Ale to twoja wina.

- Milusia jak zwykle.- mruknęłam, podnosząc się i otrzepując spodnie.

Yachiru Tsumoto otaksowała mnie i moją okolice czujnym spojrzeniem złotych oczu. Włosy miała różowe jak wata cukrowa i obcięte tuż poniżej uszu, sterczące jak po uderzeniu pioruna. W jakiś niezwykły sposób, pasowało to do jej ubioru czyli czarnych spodni, ozdobionych łańcuchami, T-shirtu z logiem Green Day, skórzanej kurtki i glanów. Z wyglądu wydawała się nieprzyjemna, ale to tylko stereotyp. Yachi była miła, nieco dziecinna i nad wyraz nieśmiała.

- A gdzie zgubiłaś swojego przystojnego kolegę?- zapytała.

- Kogo?- przekrzywiłam głowę, wyciągając z plecaka chleb melonowy.

- No tego studenta z prawa!- krzyknęła, klepiąc mnie po głowie.

- Mówisz o Ryuu?- upewniłam się, cofając się ciutkę.- Jeśli tak, to poszedł na wykłady. I nie dał mi ani grosza na obiad.- poskarżyłam się.

- I tak jesz więcej niż przeciętna dziewczyna.- wskazała ruchem głowy na moje śniadanie.- Ale jesteś, szlag, chuda.

- Wole pojęcie „szczupła”.- wymamrotałam z zębami wbitymi w chleb.- Gdzie w ogóle jest Tsu?

- Spóźni się, ale dotrze do nas.- odpowiedziała, klepiąc się po kieszeniach, zapewne w poszukiwaniu telefonu..- Muszę lecieć na rozszerzoną matmę. Uważaj na siebie.

Pomachałam jej i spokojnie dokończyłam jedzenie, wypatrując w tłumie mojego drogiego fundatora. W końcu pojawił się w polu mojego widzenia. Tsubasa Etero pojawił się z znikąd, wytrząsając coś ze swoich jasnych włosów. Niebieskie oczy skanowały otoczenie, jakby kogoś szukając. I chyba chodziło o mnie. W końcu mnie wypatrzył i ruszył w moim kierunku, przy akompaniamencie dzwonienia łańcuchów, które miał podoczepiane do granatowych jeansów. Ręce miał schowane w kieszeniach czarnej bluzy, a martensy rytmicznie uderzały o bruk.

- Hej, Natsu.- przywitał się ciepło, targając mi włosy.

- Dobry, Tsu.- odpowiedziałam, czepiając się jego ramienia.- Postawisz mi dzisiaj obiad.- zapytałam błagalnie.

- A mam inne wyjście?- uśmiechnął się sarkastycznie, obejmując mnie w pasie. Znaliśmy się od pieluch i byliśmy niemal jak rodzeństwo, więc coś takiego było u nas na porządku dziennym.

- Przypomnij mi, ile ci już wiszę?- przerwałam , panującą między nami ciszę.

-I tak mi nie oddasz, więc po co ci ta wiedza?- zripostował.

Zmrużyłam oczy i wbiłam mu łokieć pod żebra.

- Natsu…- warknął ostrzegawczo, a ja wysunęłam się spod jego ramienia i zniknęłam między tłumem. Uwielbiałam go irytować.

# Nate #

Zeskoczyłem z dachu i przetoczyłem się kawałek, chowając się za starym kontenerem. I gdzie są Natsu i Ryuu, jak ich potrzeba?!

Kiedy strzały ucichły, powoli wychyliłem głowę ze swojej kryjówki. Gangsterzy zniknęli. Oparłem się plecami o zimną blachę i docisnąłem palce do rany na ramieniu. Muszę skontaktować się z szefem. Wstałem powoli i, zataczając się lekko, ruszyłem do miasta.

Znalezienie jakiejkolwiek budki telefonicznej zajęło mi prawie godzinę. Wygrzebałem z kieszeni trochę drobnych i wybrałem numer alarmowy. Rozległ się sygnał, nakazujący rozpocząć sprawozdanie.

- Tu Numer 8.-powiedziałem szybko.- Nawaliłem.

sobota, 31 października 2015

Istoty: Rozdział 3

Zdążyłam! Obiecałam sobie, że nowe posty będą pojawiać się co najmniej raz w miesiącu i się udało.
Shija: Ledwie, ledwie. Dzisiaj 31.
Cichaj. Jeszcze mamy październik. Dzisiejszy post z dedykacją dla Pauliny. Mam nadzieję, że się spodoba.
Shija: MY mamy.
Japa.




Rozdział 3





Podczas lunchu spotkali się całą grupą pod ogromnym drzewem, rosnącym na tyłach szkoły. Dołączyła do nich też Wendy, uczęszczająca do pobliskiego gimnazjum Fiore. Chłopcy grali w karty, co jakiś czas dorzucając do puli słodycze. Nemu, na spółkę z Marvell, pochłaniała jedną paczkę pocky za drugą, rozmawiając przy tym o mieście.

- Hej, nowi.- rozległo się tuż obok, a bliźnięta uniosły głowy. Nad nimi stały cztery osoby. Trzy dziewczyny i chłopak. Na przedzie stała szkarłatnowłosa piękność. To ona ich zawołała.- Zadomowiliście się już? Jestem Erza Scarlet, przewodnicząca samorządu szkolnego.

- Natsu Dragneel.- wyszczerzył zęby w czymś, co zwykł nazywać uśmiechem.- A to moja siostra, Nemu.- uniosła rękę, uśmiechając się niepewnie.

- Macie idiotyczny kolor włosów.- wtrącił czarnowłosy towarzysz Erzy, oceniając rodzeństwo wzrokiem.

- Odwal się od nich, Fullbuster.- warknął Gajeel.- Gdyby chcieli, stłukliby cię. Nawet Wendy dałaby ci rade.

- Chcesz dostać, Redfox? Bo naprawdę niewiele ci brakuje.- na czole Fullbustera pojawiła się pulsująca żyłka.

- Spokój!-krzyknęły równocześnie Scarlet i Nemu. Chłopcy posłusznie zamilkli.

- Przepraszam za niego.-Erza zrobiła zawstydzoną minę.- To Gray Fullbuster. A ona to Lucy.- wskazała na blondynkę o czekoladowych oczach, hojnie obdarzoną przez matkę naturę.

- A o mnie to już wszyscy zapomnieli.- burknęła ostatnia z towarzystwa. Wysoka szatynka z hipnotycznymi fioletowymi oczyma.- Cana jestem.- przedstawiła się, wyciągając z paczki Nemu ostatnie pocky. Różowowłosa spojrzała smutno na nowo-poznaną, zajadającą się pałeczką. To jej, no!

Nagle zmarszczyła brwi, wyczuwając jakiś dziwny ślad. Bardzo słaby, ale wciąż wrogi odcisk myśli. Uniosła głowę i rozejrzała się.

- Co jest, mała?- Gajeel i Natsu wbili w nią spojrzenia.

- Nie, nic. Wydawało mi się. Za moment wrócę.- wzruszyła ramionami i wstała.

Otrzepała spodnie i niespokojnie ruszyła w kierunku nieznanego śladu. Stając w głównej bramie, zauważyła po drugiej stronie ulicy, czarnego vana. Przez przyciemniane szyby, nie potrafiła dostrzec kto jest w środku.

- Sonda.- szepnęła, a jej głowę wypełniły strzępki myśli. Ich myśli.

Gwałtownie obróciła się i ruszyła biegiem w kierunku reszty grupy. Wiedziała, że już wiedzą kim jest. Potykając się o własne nogi, rozpędziła się jeszcze bardziej i dopadła do reszty. Gajeel i Natsu spojrzeli na nią i przenieśli wzrok na ludzi w czerni, zbliżających się w niebezpiecznym tempie.

- Sting, Reyos.- Redfox pchnął przyjaciółkę w kierunku wspomnianych.- Zabierzcie ją w bezpieczne miejsce. Zawiadomcie też starszych.

- O co chodzi?- Erza patrzyła na wszystkich nieufnie.

- Nic ważnego. Wracajcie do szkoły.- Natsu uśmiechnął się sztucznie.- Nemu.

Różowowłosa zamknęła oczy i skupiła się na umysłach nowych znajomych. Cztery pary oczu zmętniały, a oni ruszyli sztywno do budynku. Zresztą, dziedziniec był już prawie pusty. Poczuła na ramionach dłonie przyjaciół i, zaciskając usta, chwyciła rękę Wendy. Dziewczynka próbowała dodać starszej koleżance otuchy, uśmiechając się. Oni zbliżali się coraz bardziej. W ostatniej chwili Sting i Rouge odwrócili się i, wraz z dziewczynami, popędzili przed siebie.


Niebo zaszło chmurami.



Biegła na końcu, co jakiś czas oglądając się za siebie. Natsu i Gajeel całkiem nieźle radzili sobie w roli zapory. Ale mimo to źle się czuła, zostawiając ich samych. Poczuła uścisk na dłoni i szarpnięcie. Sting zmusił ją do przyśpieszenia, a w jej oczach zebrały się łzy bezradności.



Pierwsze krople spadły na ziemie.



Niepotrzebna było dużo czasu, by ulewa rozpętała się na dobre. Rouge zacisnął usta, analizując sytuacje. Motory nie nadawały się w taką pogodę. Nawet nie próbował nakłaniać Nemu do zmiany aury. Wiedział, że obecne warunki meteorologiczne są adekwatne do jej nastroju. Sam nie czuł się najlepiej, zostawiając tamtą dwójkę samą, ale dziewczyny nie powinny zostać bez ochrony. Zwłaszcza, że to o jedną z nich Im chodziło.

Nagle za nimi rozległ się strzał, a Dragneel wrzasnęła z bólu i upadła na beton, ścierając sobie dłonie. Eucliffe wziął ją na plecy i ruszył do przodu. Rouge pchnął lekko Wendy, a sam zatrzymał się.

- Biegnijcie dalej. Ja zatrzymam tych.- oznajmił.

- Nie ma mowy. Mają broń.- Nemu, pomimo rany postrzałowej, zeskoczyła z pleców blondyna i stanęła obok Reyosa. Jej ciemnozielone oczy błyszczały determinacją i czymś jeszcze. Niezwykłą mocą Istoty.

Rozłożyła ramiona i skupiła się na otaczającej ją energii.

Pierwsza błyskawica przecięła niebo.

Zaraz potem pojawiły się kolejne. Wiatr przybrał na sile, a ziemie zaczęła lekko drżeć. Zacisnęła powieki, a piorun uderzył tuż przed nią i pomknął po mokrym asfalcie wprost na napastnika. Skupiła się wyczuwając umysły atakujących.

- Wymazanie.- mentalna fala pomknęła ku nim, wymazując wybrane przez nią wspomnienia. A oni stanęli, zagubieni w deszczu, rozglądając się.

Zanim ktokolwiek domyślił się, co jej chodzi po głowie, odbiła się od mokrego asfaltu, biegnąc jak szalona w kierunku szkoły. Wpadła na dziedziniec, a spojrzenie zielonych oczu zatrzymało się na dwóch chłopakach. Z rozpędu uderzyła o plecy Natsu i objęła smukłymi ramionami na wysokości serca. Brat poklepał ją tylko po dłoniach i wysunął się z uścisku.

- Nigdy więcej nie będę uciekać.- oznajmiła, a jej oczy zabłysły stanowczo. Chłopcy i Wendy spojrzeli na nią zaskoczeni.- Następnym razem też będę walczyć.- przyrzekła i, omijając ich, ruszyła do szkoły.



Późnym popołudniem wracali do domu, pogrążeni w ożywionej dyskusji o dzisiejszym zajściu. Tylko Nemu wlekła się z tyłu z posępną miną, wtrącając co jakiś czas krótkie zdania. Jej pesymistyczny nastrój nie uszedł uwadze Wendy. Deszcz nadal siąpił z nieba, sprawiając że ubranie ciążyło i lepiło się do skóry. To jednak nie zepsuło humoru pewnemu blondynowi.

- Zorganizujmy jakieś wspólne wyjście!- zaproponował Sting, obejmując Nemu ramieniem i przyciągając do swojego boku. Warknęła coś wrogo pod nosem, bo, przez jego chore wygłupy, zgubiła rytm kroków i omal nie wywaliła się na środku chodnika.

- W sumie dobry pomysł.- Gajeel zatrzymał się i spojrzał w górę.- Trzeba im w końcu pokazać miasto.

- Oni idą obok ciebie i wszystko słyszą!- fuknął na niego Natsu.

Do bójki jednak nie doszło. Tuż obok przemknęło czarne, sportowe auto, ochlapując ich wodą z kałuży. Chłopcy zaczęli wygrażać kierowcy, a Wendy próbowała ich uspokoić. Nemu wbiła wzrok w odjeżdżający samochód.

- Mercedes CL 63AMG. 550 koni. Dwudrzwiowy. Fajne autko.- oznajmiła rozmarzonym głosem.

- Tylko cholernie drogie.- sprowadził ją na ziemie Rouge.- Z twoim kieszonkowym cię nie stać.

- Morda w kubeł.- warknęła, pokazując mu język.- Nawet marzyć nie dają.

- O mnie nie musisz marzyć, Nemuś.- Sting ponownie ją do siebie przytulił.

- Jeszcze słowo, a stracisz wszystkie zęby.- ostrzegł go Gajeel.- Odpieprz się od krasnala.

- Te, dryblas! Nie pozwalaj sobie.- naskoczyła na niego różowowłosa.- A tobie, Sting, dobrze radze, zejdź na ziemie.

Nagle Wendy roześmiała się dźwięcznie, a pozostali poszli w jej ślady. Takie potyczki słowne były u nich na porządku dziennym. Atak wesołości trwał nieprzerwanie przez kilka dobrych minut, aż w końcu zapanował spokój. Różowowłosa otarła łzę, czającą się w kącikach oczu i wyrównała oddech.

- Chodźmy może coś zjeść.- mruknęła wesoło, a Natsu jej przytaknął.

Gajeel i Sting wymienili spojrzenia, a piętnaście minut później całym zespołem siedzieli w niedużej kawiarence 8Island. Chłopcy wpychali w siebie danie za daniem, Wendy delektowała się zieloną herbatą i rozmawiała z Rougem, a Nemu grzebała widelcem w talerzu, pogrążona w myślach. Oparła głowę na łokciu i wbiła wzrok okno.

Nagle zauważyła, przemykającą między ludźmi znajomą sylwetkę. Wiedziona impulsem poderwała się na nogi i biegiem wypadła na ulice. Potykając się o nierówności chodnika, biegła za znikającą sylwetką. Czuła się przy tym jakby historia zatoczyła koło.



Biegła ulicami Londynu, potrącając bogato ubranych mieszczan. Daleko przed nią majaczyła sylwetka wysokiej, smukłej kobiety. Czerwcowe słońce mocno grzało jej kark, a pot spływał stróżkami po plecach. Przyśpieszyła, kiedy postać zniknęła za zakrętem. Wpadła w zaułek i zatrzymała się tuż przed ceglaną ścianą. Rozejrzała się i zobaczyła ją na dachu. Wybiła się i skacząc po ścianach dostała się na sąsiedni budynek.

- Mamo!!!- głos Nemu zabrzmiał dziwnie piskliwie.

Hana uniosła głowę, spoglądając dużymi, fioletowymi oczami na córkę. Długie, różowe włosy spływał kaskadą do kostek, a prosta biała sukienka powiewała przy każdym ruchu. Bose stopy pokrywał brud wielkomiejskich ulic. Policzki miała poznaczone śladami łez. Nagle przechyliła głowę, uśmiechając się psychopatycznie. Jej oczy zabłysły, a sylwetka rozmazała się. Nemu zamrugała, ale, kiedy uniosła powieki, matki już tam nie było. O sunęła się na kolana, tępo wpatrując się przed siebie.

Odeszła... Zostawiła ich...

Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała żałośnie. Jak mogło do tego dojść?! Od tygodni podejrzewała, że coś się dzieje. Hana unikała przebywania z rodziną, była dziwnie oschła i wyrzuciła męża z ich wspólnej sypialni. Przestała nosić swoje piękne, bogato zdobione, kolorowe suknie, na rzecz czarnych, prostych. Włosów również nie spinała już w wymyślne fryzury. Nie raz, podczas tej przemiany, uderzyła któreś ze swoich dzieci, czego nigdy wcześniej nie robiła. A teraz po prostu uciekła...

Nemu podniosła się na chwiejnych nogach i, potykając się o rąbek pięknie zdobionej, czerwonej sukni, zeszła z dachu. Jak automat trafiła do domu i, nie patrząc na ojca i brata, zatrzasnęła się w swoim pokoju. W jej głowie tłukło się tylko jedno pytanie, na które nie potrafiła znaleźć odpowiedzi: ,,Dlaczego, mamusiu?''



Tym razem jednak nie miała zamiaru jej na to pozwolić. Opuściły już miasto i teraz biegła na wzgórze, z którego można było obserwować panoramę miasta. Na szycie, oparta o drzewo, stała Ona. Zupełnie nic się nie zmieniła. Tym razem miała na sobie czarne spodnie i lejącą się, grafitową bluzkę. Fioletowe oczy błyszczały zimno, a usta zdobił psychopatyczny uśmiech. Zatrzymała się kilka metrów od matki.

- Witaj, córeczko.- Hana przechyliła głowę.

- Nie masz prawa tak do mnie mówić.- warknęła Nemu, zaciskając pięści.

- Chodź ze mną, Nemu.- w głosie matki zabrzmiały rozkazujące tony.- Potrzebujemy twojej mocy.

- My?- dziewczyna cofnęła się ostrożnie.- Zresztą. Nigdzie z tobą nie pójdę.- buntowniczo zacisnęła pięści.

- Pójdziesz ze mną po dobroci czy muszę użyć siły?- kobieta wyciągnęła przed siebie dłonie, a fala niewidzialnej energii pchnęła Nemu na ziemie.

Różowowłosa zacisnęła palce na trawie, a deszcz przybrał na sile. Pchnęła ścianę wody w matkę. Hana odskoczyła na bezpieczną odległość i machnęła ręką, a niewidzialny bicz smagnął plecy córki. Koszula zaczęła nasiąkać krwią. Nemu podniosła się na kolana i wystawiła przed siebie lewą rękę, prawą obejmując nadgarstek. Z jej dłoni wystrzeliła błyskawica i uderzyła kobietę. Ta krzyknęła przeciągle i rozpłynęła się w powietrzu, a młodsza opadła twarzą w błoto. Nieuzupełnienie rezerwy po dzisiejszym spotkaniu okazało się błędem. Nie miała nawet siły by podnieść rękę. Ostatnim wysiłkiem przewróciła się na plecy, brudząc błotem włosy. Nie minęła chwila, a zanurzyła się w ciemność.

niedziela, 20 września 2015

Dla ludzi nieustraszonych, albo świrów co już im wszystko jedno.

WITAJCIE WSZYSCY!
Jam jest Zielona - nowy (i jedyny, no ale nieważne) grafik blogu 'W Otchłani Umysłu'.
Może moje skromne arty nie oddadzą w pełni gracji postaci Fumi, ale co nie zabije, to wzmocni.
Z tym, że to wam grozi śmierć. Nie mi.
heh
Postaram sie w miarę szybko wrzucić jakieś rysunki (bardzo szybko, bo przegrałam z PEWNĄ BLOGERKĄ zakład noalenieważne)
Tak więc jeszcze raz WITAM i życzę wszystkim, aby przeżyli moje jestestwo.
Hugs, Zielona
                                            

Łowcy: Rozdział 1

Witam wszystkich. Oto coś zupełnie nowego. Zapraszam do czytania.




Rozdział 1

Już od kilku dobrych godzin przedzierali się przez Starą Puszczę, unikając wszelkich dróg i ścieżek. Długie peleryny zahaczały o krzewy i gałęzie zmieniając marsz w katorgę. Liście smagały ich po twarzach, ukrytych w cieniach kapturów.

Nagle biegnąca na przedzie drobna postać zatrzymała się gwałtownie i opadła na kolana przyglądając się ziemi. Niecierpliwym ruchem odrzuciła kaptur na plecy i uderzyła pięścią o pobliskie drzewo.

- Coś nie tak?- Savanna oparła się o pień również odsłaniając twarz.

- Tu ślad się urywa.- El potrząsnęła głową, aż wielokolorowe włosy uniosły się lekko do góry. Warkocz zatoczył koło, uderzając ją w lewy policzek.- Czujecie coś?

Roy odchylił głowę, mrużąc brązowe oczy. Pociągnął kilka razy nosem i zdegustowany przysiadł na trawie, targając swoje ciemne włosy. Kilka listków i gałązek opadło mu na kolana, ale strzepał je niecierpliwymi ruchami dłoni.

Sava również potrząsnęła głową , a kilka czerwonych kosmyków wymknęło się z kucyka i opadło na oczy. Zdmuchnęła je szybko, delikatnie marszcząc brwi.

- Skoro nie mamy śladu, równie dobrze możemy rozbić tu obóz.- zadecydowała.

- I tak zachodzi słońce.- Chase rozsiadł się przy jej nogach, obracając w palcach jeden ze swoich sztyletów.- Ten wampir i tak nam nie ucieknie.

- Wredna pijawa jest już nasza.- Tami zdjęła plecak, a jej dziecięcą twarz rozjaśnił uśmiech.- Macie ochotę na rumiankową herbatę?- zapytała po chwili, wyjmując zioła.

- Jutro użyję zaklęć tropiących.- obiecał Elias, mrużąc figlarnie lodowe oczy.- A teraz dobranoc.- wykonał drobny gest, a z ziemi wyłoniły się korzenie, tworząc dookoła niego kopułę.

- Co za…?- Strateg rzuciła w jego stronę zimne spojrzenie różowych oczu. Nagle zmarszczyła brwi i rozejrzała się.- A gdzie Luna i Halt?

- Tu jestem.- blondynka wyskoczyła spomiędzy drzew z naręczem drobnych gałęzi, potykając się o korzenie.- Zbieraliśmy chrust na ognisko.

Chase zmrużył podejrzliwie oczy i uśmiechnął się złośliwie.

- Nie uwierzę, że tylko to robiliście.- oznajmił, opierając się o nogi Savanny. Ta spojrzała na niego z dezaprobatą i uderzyła kolanem w tył głowy.- No wiesz co?- jęknął.

- To nie twoja sprawa, co robili.- pouczyła go i przeniosła wzrok na Medyczkę.- Gdzie Halt?

Luna rozejrzała się szybko i, zawstydzona, przeciągnęła ręką po karku.

- Był zaraz za mną.- stwierdziła.

- Tu jestem.- mężczyzna zeskoczył ze starego dębu, lądując tuż obok El.- Obserwowałem teren.

- Jak zawsze przezorny.- Strateg skinęła głową z aprobatą.- Nie to co niektórzy.- dodała, patrząc wymownie na Snajpera.

- Dlaczego zawsze narzekasz na mnie?- oburzył się, unosząc głowę.

- Bo zawsze zachowujesz się jak jakiś smarkacz.- warknęła.

- W sumie chochliki są trochę dziecinne.- Tamara wtrąciła swoje trzy grosze.- Ale za to elfy stateczne i rozważne.- przyłożyła palce do brody i zamyśliła się.

- A tak właściwie, z jakimi rasami ja pracuję?- nagle tuż za plecami Luny pojawił się Elias. Przerażona Medyczka obróciła się z piskiem i wymierzyła Czarownikowi siarczysty policzek. Kiedy zdała sobie z tego sprawę, zaczęła go gorąco przepraszać, ale on tylko machnął ręką.- A więc?- ponaglił.

Między Łowcami zapanowała cisza. Sawanna przygryzła wargę, spoglądając na każdego z osobna. Znała ich akta, więc wiedziała więcej niżby chciała, ale taki los dowódcy. Teraz jednak milczała, dając im czas, by podjęli decyzje.

- Więc…- zaczęła cicho Tamara.- Ja w większości jestem człowiekiem, ale mam trochę krwi wilkołaka.

- Pół elf, pół chochlik.- włączył się Chase, błyskając uśmiechem.- A nasza pani Strateg jest dhampirem.- dodał po chwili, na co zmiażdżyła go spojrzeniem.

- Ja za to jestem czystej krwi Dzieckiem Księżyca.- Roy dumnie wypiął pierś, a potem wskazał na El i dopowiedział lekceważącym tonem:- A ona jest kundlem.

- Idź ganiać ogon, psie.- Tropicielka posłała mu złośliwy uśmieszek.- Ja jestem mieszańcem duchów natury.- wyjaśniła Eliasowi.

- A wy?- Czarownik ogarnął wzrokiem Lunę i Halta.

- Zwykły człowiek.- Łucznik zwinnie wspiął się na drzewo, znikając pośród konarów.

- Ludzka kobieta z domieszką krwi czarowników.- Medyczka ukłoniła się lekko.

- Jednym słowem: mamy tu niezła mieszankę rasową.- skwitowała Sava.- A teraz chodźmy spać.- Jutro o świcie wyruszamy dalej.- dodała głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Zespół, bez zastrzeżeń, zastosował się do polecenia.




Słońce stało w najwyższym punkcie, kiedy Roy i Savanna wyczuli poszukiwanego. Idąc za nim opuścili Puszczę, trafiając do królestwa trolli, co źle wpłynęło na Chase'a i El.

Trolle były wielkie, brzydkie i, w większości, nadzwyczaj głupie. Warto również dodać, że pałały żądzą mordu do wszelkich stworzeń leśnych. Stanowiły jednak doskonałych wojowników, bezgranicznie oddanych przywódcy, więc nikogo nie zdziwiło, że, owładnięty manią władzy, wampir postanowił ukryć się właśnie u nich. W ogólnym rozrachunku trolle niewiele różniły się od zwierząt, w większości przypadków działając pod władzą instynktu. Ich obecny dowódca był, co prawda, członkiem Rady, ale nie można było oczekiwać cudów. Na samą myśl o rozmowach dyplomatycznych z nim, po plecach Savy przybiegły dreszcze. Z głośnym westchnieniem przekroczyła granice i wkroczyła na główny trakt, a wraz z nią pozostali.

Chase kroczył u boku przywódczyni i, z każdym mijanym trollem stawał się coraz bardziej zdenerwowany. Tylko dłoń oparta na kaburze dawała delikatne poczucie bezpieczeństwa. Kiedy ktoś oparł mu rękę na ramieniu, cudem powstrzymał się od wbicia noża w serce, jak się po chwili okazało, El.

- Przepraszam.- burknął zawstydzony, chowając broń.

- Też się denerwuje.- pocieszyła go, wznawiając marsz.- Widzę, jak oni na nas patrzą. Zupełnie jakbyśmy byli gorszym gatunkiem.

- Nic dziwnego.- wtrącił się Elias.- W końcu niemal każde wydarzenie historyczne ma jakiś związek z zatargami między istotami lasu a trollami.

- Daruj sobie.- do rozmowy dołączył się Roy, spoglądając na, rozglądającą się nerwowo, dwójkę.- Nie zaatakują was przecież. To wbrew Przymierzu.

- Trolle, mimo wszelkich wad, szanują, ustanowione Reguły.- dodała Strateg, stając przed drewnianą bramą.- A teraz skupcie się łaskawie. Idziemy na spotkanie z ich królem.




Sala tronowa bardziej przypominała izbę w wiejskiej chacie niż pomieszczenie pałacowe, ale przynajmniej była czysta. Na drewnianym krześle, okrytym futrem niedźwiedzia, siedział Arrkadur, obecny pan tychże ziem.. Zgodnie z panującymi zasadami etykiety, podniósł się, kiedy strażnicy wprowadzili gości. Dworskim gestem ukłonił się, całując dłonie Łowczyń. Mężczyzn powitał uściskiem rąk. Rozkazał służbie przynieść krzesła dla oddziału i, dopiero gdy polecenie zostało wykonane, ponownie zasiadł na swym „tronie”.

- Czego potrzebujecie od trolli, Łowcy?- zapytał dudniącym basem, a po długich, ostrych kłach spłynęła ślina.- Trolle nie łamią Reguł. Trolle są dobre.

- Oczywiście, mój panie.- przemówiła Savanna.- Nie przybyliśmy do twego królestwa, aby niepokoić twój lud.

- Więc po co?- zapytał z wrodzoną nieufnością.

- Ścigamy pewnego wampira, mości królu.- wyjaśniła Strateg, neutralnym głosem.- Ukrył się on na twych włościach, więc, zgodnie z Kodeksem Łowców, chcemy prosić cię o pozwolenie na kontynuowanie naszych łowów. Oczywiście, obiecujemy powstrzymać się od walki z twym ludem.

- Jeśli Łowcy nie będą atakować trolli, Arrkadur zgadza się na gonienie złego wampira. Ale, kiedy Łowca zabije trolla, Arrkadur ogłosi wojnę.- ostrzegł ich, wyciągając pazurzastą łapę w kierunku Stratega.- Uściśnijmy sobie ręce, Strategu.

Mimo chwilowych oporów, Sava wystawiła dłoń, która zniknęła w silnym uścisku władcy, a umowa została zawarta. Chase odetchnął z ulgą, kiedy przywódczyni podniosła się z miejsca i wykonała dworski ukłon. Szybko opuścili sale tronową, ponownie wyruszając na łowy.




Jako że wampiry rzadko zapuszczały się na Słoneczną Równinę, zamieszkałą przez trolle, odnalezienie poszukiwanego stało się dziecinną igraszką. Biegnąc na przedzie, Roy, niemal wbrew sobie, czuł pewną ekscytacje. Dzieci Nocy i wilkołaki od zarania dziejów toczyły wojny. Przymierze, co prawda, zakazało zorganizowanych wystąpień zbrojnych, ale nie drobnych potyczek, nieprzerwanie toczonych przez te dwa ludy. Tak więc zabijanie parszywych krwiopijców miał we krwi. Chociaż fakt, iż jest pod rozkazami jednego z nich, nie wzbudzał w nim euforii, Sava wielokrotnie udowodniła, że zasługuje na swój tytuł i jego szacunek.

- Zatrzymajmy się na chwile.- rozkazała, dokładnie okryta płaszczem Savanna.- Pora opracować plan.

- Nie rozumiem, dlaczego uważasz to za tak ważne.- Roy lekceważąco machnął ręką.

- Jestem dowódcą i nie pozwolę, by któreś z was zginęło przez mój błąd.- oznajmiła hardo, wprawiając go w zakłopotanie.- Prędzej sama oddam swoje życie.

Elias spojrzał na dhampirzyce, zaskoczony pewnością w jej głosie. Nie łączył ich żadne więzi rasowe, a ona i tak zamierzała ich chronić. Wśród czarowników takie zachowanie byłoby potraktowane jak próba oszustwa. Ich społeczeństwo było zdominowane prze bogactwo i, mimo zakazów Wielkiego Maga, wciąż zdarzały się przypadki handlu niebezpiecznymi zaklęciami. Ostatnio nawet częściej niż zazwyczaj. Każdy czarownik czuł, że zbliża się coś strasznego. Gdzieś budziło się wielkie zło, ale nikt nie potrafił dokładnie określić co i gdzie. Wiadomo było tylko, że stanie się coś, co wstrząśnie obecnym światem i, być może, zburzy dotychczasowy porządek.

- Hej, Elias.- Tami szturchnęła go w bok.- Może wrócił byś na ziemie i wysłuchał, co Sava ma do powiedzenia?

Wyrwany ze swoich niepokojących rozmyślań, Czarownik kiwnął głową i skupił się na słowach Stratega. Na wszystko przecież przyjdzie czas.